Przebaczyć, czyli nie pozwolić złu na ostatnie słowo

7 godzin temu

Przebaczenie nie jest zapomnieniem. Nie oznacza także, iż wszystko wróci do dawnego porządku, a człowiek, który nas skrzywdził, znów stanie się naszym przyjacielem. Nie musi choćby oznaczać końca cierpienia. Czym więc adekwatnie jest? Odpowiedź, jaką daje chrześcijaństwo, okazuje się znacznie bardziej wymagająca, ale też bardziej realistyczna, niż mogłoby się wydawać.

Czy przebaczyć to znaczy zapomnieć? Oczywiście nie. Pamięć nie podlega przecież naszej woli. Nie możemy na rozkaz usunąć z niej wydarzenia, które było dla nas bolesne. A im poważniejsza krzywda, tym trudniej o niej zapomnieć.

Może więc przebaczenie oznacza rezygnację z zemsty? prawdopodobnie tak, ale to chyba jeszcze nie wszystko. Można przecież powstrzymać się od odwetu, a jednocześnie przez całe lata pielęgnować w sobie urazę, cieszyć się z nieszczęść krzywdziciela i życzyć mu jak najgorzej.

Może wobec tego przebaczyć znaczy żyć tak, jakby nic się nie stało? I to nie jest możliwe. Krzywda bywa wydarzeniem, które zmienia życie nieodwracalnie. Człowiek zdradzony nie stanie się już człowiekiem, którego nigdy nie zdradzono. Ktoś, kto utracił przez cudzą nieuczciwość dorobek życia, nie odzyska go dzięki samemu aktowi przebaczenia.

A może przebaczenie jest po prostu pojednaniem, powrotem do dawnej przyjaźni i zaufania? Przecież i tego nie sposób wymagać. Można wybaczyć złodziejowi, a mimo to przez cały czas zamykać przed nim drzwi na klucz. I nie ma w tym żadnej sprzeczności. Czym więc jest przebaczenie, jeżeli odrzucimy wszystkie te odpowiedzi?

Nie pamięć jest tutaj najważniejsza

Zacznijmy od pewnego zaskakującego fragmentu Katechizmu Kościoła Katolickiego. W punkcie 2843 czytamy:

„Nieodczuwanie obrazy i zapomnienie o niej nie leży w naszej mocy”.

To niezwykle trzeźwe stwierdzenie. Kościół nie żąda od człowieka rzeczy niemożliwych. Nie domaga się, aby przestał pamiętać, ani choćby aby przestał odczuwać ból. Katechizm mówi natomiast o sercu, które pod wpływem Ducha Świętego przemienia ranę we współczucie, a pamięć o krzywdzie w modlitwę wstawienniczą.

Zwróćmy uwagę na tę różnicę. Nie chodzi o wymazanie przeszłości, ale o przemianę naszego stosunku do niej. Krzywda pozostaje krzywdą, a pamięć pozostaje pamięcią. Zmienić może się jednak to, co z tą pamięcią robimy.

Nie jest też konieczne, aby przebaczeniu towarzyszyło jakieś szczególnie wzniosłe uczucie. Człowiek może przez cały czas odczuwać gniew, smutek czy żal, a mimo to podjąć rzeczywistą decyzję przebaczenia. Uczucia nie zawsze nadążają za rozumem i wolą. To ważne, ponieważ zbyt łatwo utożsamiamy życie moralne ze stanami emocjonalnymi. Tymczasem moralność nie polega na tym, żeby zawsze czuć to, co powinniśmy czuć. Polega przede wszystkim na tym, aby świadomie wybierać dobro.

Święty Tomasz i miłość do nieprzyjaciela

Spróbujmy zatem sięgnąć głębiej. Do świętego Tomasza z Akwinu. W Sumie teologicznej (II-II, zagadnienie 25, artykuły 8 i 9) Doktor Anielski zastanawia się nad obowiązkiem miłości nieprzyjaciół. I dokonuje rozróżnienia, które wydaje mi się kluczem do całego problemu.

Nieprzyjaciela nie mamy kochać ze względu na jego nieprzyjaźń. Przeciwnie, zło, które czyni, powinno budzić nasz sprzeciw. Mamy go natomiast kochać dlatego, iż jest człowiekiem, a więc istotą stworzoną przez Boga i powołaną do zbawienia.

Innymi słowy: możemy odrzucać to, co człowiek uczynił, nie odrzucając samego człowieka. Nie jest to jedynie piękna formuła. Wynikają z niej bardzo konkretne konsekwencje.

Tomasz przypomina, iż miłość oznacza pragnienie dobra dla drugiego człowieka. o ile więc potrafię pragnąć dobra kogoś, kto mnie skrzywdził, jeżeli nie życzę mu nieszczęścia dla samej satysfakcji z jego cierpienia, jeżeli potrafię szczerze pragnąć jego nawrócenia i zbawienia, to dokonuje się we mnie coś istotnego.

Właśnie tutaj zaczynamy docierać do sedna przebaczenia. Nie muszę lubić człowieka, który mnie skrzywdził. Nie muszę szukać jego towarzystwa. Nie muszę powierzać mu swoich spraw. Ale nie wolno mi wyłączyć go z kręgu ludzi, których dobro powinno być dla mnie ważne.

Święty Tomasz jest zresztą bardzo daleki od sentymentalizmu. Rozróżnia obowiązek miłości, obejmujący wszystkich ludzi, od szczególnych oznak serdeczności, które okazujemy przyjaciołom. Tych ostatnich nie musimy okazywać każdemu nieprzyjacielowi. Powinniśmy jednak zachować gotowość przyjścia mu z pomocą, gdy znajdzie się w rzeczywistej potrzebie. Jest to stanowisko zarazem bardzo wymagające i bardzo rozsądne.

Przebaczenie nie znosi sprawiedliwości

W tym miejscu pojawia się jednak kolejna trudność. o ile naprawdę przebaczyłem, czy wolno mi domagać się ukarania winnego? Czy mogę żądać zwrotu skradzionych pieniędzy? Czy mam prawo dochodzić sprawiedliwości przed sądem?

Odpowiedź świętego Tomasza jest jednoznaczna, choć nieco zaskakująca. W zagadnieniu 108 drugiej części Sumy teologicznej, poświęconym zemście i karze, Akwinata wyjaśnia, iż o moralnej wartości ukarania winnego decyduje przede wszystkim cel, do którego zmierzamy.

Jeżeli pragnę kary dlatego, iż chcę cierpienia drugiego człowieka i znajduję w tym cierpieniu upodobanie, postępuję źle. o ile jednak chodzi mi o naprawienie niesprawiedliwości, powstrzymanie sprawcy przed dalszym złem, ochronę innych ludzi albo doprowadzenie winnego do poprawy, kara może być moralnie uzasadniona.

A zatem przebaczenie nie jest rezygnacją ze sprawiedliwości. To rozróżnienie ma olbrzymie znaczenie. Zwłaszcza tam, gdzie krzywda dotyczy nie tylko nas samych, ale także innych ludzi. Przebaczenie przestępcy nie może oznaczać, iż pozwalamy mu bezkarnie krzywdzić kolejne ofiary.

Można więc przebaczyć i jednocześnie zeznawać przeciwko sprawcy w sądzie. Można przebaczyć i domagać się odszkodowania. Można wreszcie przebaczyć i zdecydować, iż dla własnego bezpieczeństwa nie będziemy już utrzymywali z kimś kontaktów.

Sprzeczności tutaj nie ma. Istnieje bowiem zasadnicza różnica między pragnieniem sprawiedliwości a pragnieniem odwetu.

Czy mogę przebaczyć komuś, kto nie żałuje?

To chyba najtrudniejszy przypadek. Łatwiej przebaczyć człowiekowi, który przychodzi, przyznaje się do winy i prosi o wybaczenie. Ale co zrobić, jeżeli krzywdziciel nie tylko nie żałuje, ale choćby nie przyznaje, iż uczynił coś złego?

Święty Augustyn w Podręczniku o wierze, nadziei i miłości (rozdziały 73–74) wskazuje, iż przebaczenie z serca temu, kto żałuje i prosi o wybaczenie, jest elementarnym wymaganiem chrześcijaństwa. Zarazem miłość nieprzyjaciela, który przez cały czas pozostaje wrogiem, przedstawia jako szczególnie wzniosłą postać miłości.

Nie oznacza to jednak, iż dopóki winowajca nie okaże skruchy, wolno nam żywić do niego nienawiść. W innym miejscu Augustyn, komentując Pierwszy List św. Jana, pokazuje, na czym polega miłość nieprzyjaciela. Mamy kochać w nim nie zło, które w tej chwili wybiera, ale dobro, którym może się stać. Mamy pragnąć jego przemiany.

To bardzo ważna myśl. Przebaczenie nie musi oznaczać, iż między mną a krzywdzicielem nastąpiło pojednanie. Oznacza natomiast, iż ja sam nie chcę już trwać wobec niego w nienawiści.

Pojednanie wymaga bowiem czegoś więcej niż jednostronnej decyzji. Wymaga przynajmniej gotowości obu stron do odbudowy relacji, a tam, gdzie doszło do poważnej winy, także uznania prawdy o tym, co się wydarzyło.

Zaufanie nie jest czymś, co można komuś nakazać. Jest owocem doświadczenia i sprawdzonej wiarygodności. Przebaczenie może nastąpić choćby wtedy, kiedy odbudowa zaufania nie jest możliwa.

Jacek Woroniecki proponuje drogę

W Pełni modlitwy o. Jacek Woroniecki zwraca uwagę na rzecz, która w tym kontekście wydaje się szczególnie cenna. Pisze mianowicie, iż chrześcijaństwo nie poprzestaje na negatywnym stosunku do krzywdziciela, polegającym na powstrzymaniu się od zemsty i odpłacania złem za zło. Domaga się czegoś pozytywnego.

Ale jak to osiągnąć, o ile serce przez cały czas pełne jest bólu i niechęci? Woroniecki odpowiada krótko: „W praktyce od modlitwy trzeba zaczynać”. Wyjaśnia, iż nie zawsze mamy możliwość uczynienia czegoś dobrego dla przeciwnika, ale zawsze możemy się za niego modlić. Modlitwa stopniowo usposabia człowieka do darowania uraz.

To nie jest wyłącznie pobożna rada. Zawiera się w niej pewna głęboka prawda o ludzkiej naturze. Trudno bowiem jednocześnie szczerze modlić się o czyjeś dobro i pragnąć jego nieszczęścia. Trudno prosić Boga o czyjeś nawrócenie, a jednocześnie czerpać zadowolenie z tego, iż człowiek ten pozostaje zły.

Modlitwa za krzywdziciela nie zmienia przeszłości. Nie daje też żadnej gwarancji, iż on sam się zmieni. Może natomiast zmieniać tego, kto się modli. Oczywiście nie zawsze przychodzi to łatwo. Niekiedy człowiek nie potrafi jeszcze szczerze powiedzieć: „Boże, obdarz go dobrem”. Może jednak powiedzieć: „Boże, spraw, żebym potrafił pragnąć dla niego dobra”. I to już jest początek drogi.

Co więc pozostaje na samym dnie?

Spróbujmy teraz zebrać wszystkie te rozważania. Nie możemy cofnąć czasu. Nie możemy sprawić, aby doznana krzywda przestała być faktem. Nie możemy choćby zagwarantować sobie, iż przestanie boleć.

Możemy jednak zdecydować, iż człowiek, który nas skrzywdził, nie przestaje z tego powodu być naszym bliźnim. Możemy odmówić nienawiści prawa do kierowania naszym postępowaniem. Możemy przestać pragnąć jego zła, choć przez cały czas potępiamy jego czyn. Możemy życzyć mu prawdziwego dobra, choćby jeżeli nie chcemy już mieć z nim nic wspólnego.

Być może więc najgłębszą istotę przebaczenia można wyrazić następująco:

Przebaczyć to uznać, iż człowiek jest kimś więcej niż złem, które mi wyrządził, i dlatego nie odmawiać mu prawa do dobra.

Nie chodzi przy tym o jakąś abstrakcyjną życzliwość wobec ludzkości. Chodzi o tego konkretnego człowieka, który nas skrzywdził. Właśnie jemu mamy być zdolni życzyć nawrócenia, ocalenia, ostatecznie zbawienia.

To już nie jest zwykła rezygnacja z zemsty. To rzeczywisty akt miłości, choćby jeżeli bardzo odległej od uczuciowej serdeczności. Chrześcijaństwo daje nam tutaj jeszcze jeden obraz, o którym warto pamiętać.

Kiedy zmartwychwstały Chrystus ukazuje się apostołom, nie ukrywa ran. Przeciwnie, pokazuje je Tomaszowi. Rany pozostały, choć śmierć została pokonana. Nie jest to oczywiście opis psychologicznego procesu przebaczania. Ale trudno nie dostrzec w tej scenie głębszego sensu: zwycięstwo nad złem nie polega na zaprzeczeniu, iż zło rzeczywiście się wydarzyło.

Chrystus, który na krzyżu modlił się za swoich prześladowców, nie twierdził przecież, iż nie czynią niczego złego. Prosił Ojca, aby im przebaczył. I może właśnie tu jest ostateczna odpowiedź.

Przebaczenie nie oznacza, iż krzywda znika. Oznacza, iż krzywda nie musi mieć ostatniego słowa w naszym stosunku do człowieka, który ją wyrządził. Ostatnie słowo może należeć do miłości. A to jest już coś znacznie większego niż zapomnienie.

Czytaj także:Marcin Gomułka: Ks. Popiełuszko to dowód na to, iż świętość równa się normalność
Czytaj także:Przebaczenie rozbraja urazę. Leon XIV o drodze do pokoju
Czytaj także:Nowenna o przebaczenie, czyli 9 dni prowadzących do wewnętrznego uzdrowienia
Idź do oryginalnego materiału