Dlaczego umyka nam sens przypowieści o dobrym Samarytaninie? O książce ks. prof. A. Draguły

2 godzin temu

Obecna w książce interpretacja czyta przypowieść jako wskazanie, iż każdy jest nam bliźnim. By jednak bronić tej interpretacji, trzeba pominąć prośbę uczonego w Prawie.

Niewiele przypowieści Nowego Testamentu ma tak doniosłe znaczenie w naszej kulturze jak przypowieść o dobrym Samarytaninie, którą opowiada Jezus w Ewangelii według Łukasza (Łk 10,30-37). Nakładem Wydawnictwa Więź ukazała się właśnie „Ekstaza miłosiernego Samarytanina” – obszerna monografia autorstwa ks. prof. Andrzeja Draguły poświęcona tej przypowieści i jej wielorakim znaczeniom. W moim przekonaniu w monografii zabrakło jednak interpretacji najbardziej podstawowej. Zanim ją omówię, chciałabym przyjrzeć się dwóm interpretacjom, które Autor rozwija najpełniej, i spróbować wskazać, gdzie ujawniają się ich ograniczenia.

Nie jesteśmy jak Bóg

W swojej monografii Autor pragnie, jak sam zapowiada, udowodnić chrystologiczną interpretację postaci Samarytanina, która – jak wyjaśnia – ma długą historię w tradycji chrześcijańskiej. Jest to zarazem interpretacja soteriologiczna – mówi „o warunkach naszego zbawienia i Bogu, który wyszedł, aby nas zbawić” (s. 15). Wedle takich autorów jak Klemens Aleksandryjski (być może twórca tej interpretacji), Augustyn, Izydor z Sewilli, Bernard z Clairvaux czy Marcin Luter, pobity człowiek to my, ludzie, zaś Samarytanin, który przychodzi nam z pomocą, to Jezus, który nas zbawia.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Jak sam Autor zauważa, przy tej interpretacji Jezus, snując opowieść o Samarytaninie, opowiada o sobie. Przekazem, jaki otrzymuje słuchacz, jest, po pierwsze, iż na ratunek przychodzi mu Bóg, to Bóg jest jego bliźnim: „Ocalenie przychodzi z zewnątrz. A jest nim Chrystus” (s. 323) i, po drugie, iż by doświadczyć wieczności, ma zachowywać się jak Bóg: warunkiem „dziedziczenia życia wiecznego” jest „nie […] jako takie czynienie dobra, ale naśladowanie ocalającej misji Jezusa” (s. 324). Tu jednak pojawia się problem, bo wedle nauki chrześcijańskiej człowiek nie ma takiej zbawczej mocy, jaką miał Jezus – nie ma więc szansy skutecznie naśladować zbawczego działania Boga. Z kolei „jako takie czynienie dobra” to przecież nic innego jak troska o drugą żywą istotę, bo jak inaczej mielibyśmy czynić dobro? Czy faktycznie nie tędy prowadzi droga do Boga?

Chrystologiczna interpretacja generuje jeszcze inne problemy. By odczytać przypowieść jako opowieść o zbawczej roli Jezusa, trzeba odczytać ją alegorycznie. Z książki dowiadujemy się, iż takich alegorycznych interpretacji przypowieści, które wśród jej bohaterów widzą Jezusa, jest więcej – w jednej (omówionej powyżej) Jezusem jest Samarytanin, w innej − pobity człowiek (tę interpretację proponuje witraż z katedry Najświętszej Maryi Panny w Chartres, s. 136-38), w jeszcze innej − juczne bydlę, na którym Samarytanin transportuje pobitego do gospody (mowa tu o interpretacji Teofilakta z Ochrydy, s. 258). Wielość wariantów takich odczytań zdaje się podważać ich wiarogodność.

Mniej istotny, ale wart odnotowania jest też fakt, iż takie odczytanie odwraca uwagę od możliwości moralnych człowieka. jeżeli odczytamy Samarytanina jako człowieka (jednego z nas), wówczas przypowieść mówi nam (w standardowym odczytaniu), iż będąc ludźmi, powinniśmy (czyli możemy) zatroszczyć się o innych w potrzebie. Opowieść ma wtedy być może większą siłę motywacyjną (pomoc innym ludziom leży w zakresie naszych możliwości, ich zbawienie od zła czy od śmierci – nie), niż gdy przypomina, iż – jak to ujmuje Marcin Luter – Jezus zbawia nas, „nędznych ludzi”, którzy „wpadliśmy wszyscy przez grzech między najzłośliwszych zbójców”, tj. śmierć i diabła (cytat z Lutra za Autorem, s. 315).

Kto jest moim bliźnim?

Druga interpretacja, która w książce jest wyraźnie obecna, czyta przypowieść jako wskazanie, iż kochać mamy wszystkich ludzi, iż każdy jest nam bliźnim, każdemu powinniśmy pomóc: „To oczywiste, iż miłosierdzie wobec bliźniego jest fundamentalnym przesłaniem tej przypowieści” (s. 14); oczywista jest też powszechność tego przykazania ukazana w przypowieści (s. 269). Wydaje się na pierwszy rzut oka, iż ta (standardowa, by tak rzec) interpretacja jest mocno osadzona w tekście biblijnym. Jezus opowiada przypowieść w kontekście przykazania miłości (Łk 10,27-28), którego wypełnienie ma dać człowiekowi życie wieczne, a cała scena kończy się słowami: „Idź, i ty czyń podobnie!” – w domyśle: jak Samarytanin.

By jednak bronić tej interpretacji, trzeba pominąć prośbę uczonego w Prawie, by Jezus określił, „kto jest [jego] bliźnim”, która sprawia, iż Jezus decyduje się opowiedzieć całą historię. Inna opcja to nie tyle pominąć pytanie milczeniem, ile uznać, jak proponuje Autor, iż pytanie to jest nieistotne dla przebiegu całej interakcji między uczonym w Prawie a Jezusem: „Jezus […] zamiast odpowiadać na pytanie «kto jest bliźnim?», opowiadając przypowieść, de facto pozostaje przy pytaniu «co robić?»” (s. 86). jeżeli uwzględnimy prośbę uczonego, otrzymamy inną definicję bliźniego i inne znaczenie przykazania (o czym poniżej). Nawiasem mówiąc, interpretacja, która mówi, iż troszczyć mamy się o wszystkich, pomija też fakt, iż Samarytanin w opowieści nie pomaga gospodarzowi – temu, który nie jest w potrzebie – zatem choćby on nie pomaga wszystkim bez wyjątku.

Nie ma potrzeby wyrzekać się siebie

Zanim przejdę do interpretacji, której w moim przekonaniu brak w monografii, a która wydaje mi się wyjątkowo trafna, chciałabym przez chwilę zatrzymać się przy tytule książki w kontekście – może nieoczekiwanym – etyki troski. Tytuł książki – „Ekstaza miłosiernego Samarytanina” – omówiony w rozdz. XIV, zakłada rozumienie słowa „ekstaza” jako „wyjście poza siebie”. Rozumienie to obecne jest w tradycji od czasu Akwinaty przez Karola Wojtyłę (także jako Jana Pawła II), Karla Rahnera i papieża Franciszka[1]. Samarytanin tak oto – ekstatycznie − zachowuje się wobec pobitego człowieka: „Ekstaza miłosiernego Samarytanina jest […] wyjściem z siebie, by nie powiedzieć – porzuceniem siebie dla drugiego człowieka” (s. 292). Sformułowanie to wskazuje na zdolność, by przedłożyć potrzeby innego człowieka nad własne, ale mówi, iż trzeba wtedy wyrzec się siebie[2]. Istnieje jednak w tej chwili teoria moralna – etyka troski − wedle której ludzie są relacyjni, współistnieją ze sobą w relacjach, zatem by spotkać drugiego nie ma potrzeby wyrzekać się siebie.

Etyka troski unika stosowania opozycyjnych kategorii: egoizm versus altruizm. Troszcząc się o drugiego, zarazem zaspokajamy własne potrzeby

Joanna Klara Teske

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Etyka troski – paradygmat etyczny, który rozwija się od lat 80. XX wieku i odzwierciedla kobiecą wrażliwość moralną – stawia na pierwszym miejscu troskę. Jak mówi Nel Noddings: „Moją pierwszą i nigdy niekończącą się powinnością jest okazać temu, kogo spotkam, troskę”[3]. Zgodnie ze słowami Virginii Held, troska zdaje się być „najgłębiej fundamentalną wartością”[4], zaś „centralnym punktem etyki troski jest nieodparta moralna istotność troski o potrzeby konkretnego drugiego, za którego bierzemy odpowiedzialność”[5]. Widać tu wyraźnie podobieństwo etyki troski do etyki chrześcijańskiej. Wprost pisze o nim Held: „Można przyjąć, iż etyka troski przypomina w jakiejś mierze chrześcijańską etykę miłości, nakazującą nam kochać naszych bliźnich i troszczyć się o potrzebujących”[6].

Co istotne, etyka troski skłania się do przyjęcia relacyjnego modelu człowieka, zgodnie z którym osoby pozostające w relacji wzajemnie się konstytuują: „Charakterystyczne dla etyki troski jest ujęcie osób jako moralnie i epistemicznie relacyjnych, wzajemnie od siebie zależnych”; co za tym idzie − „nasze relacje w pewnej mierze stanowią o naszej tożsamości”[7]. Z tego wynika, iż w typowej relacji nie ma indywidualnych, obcych sobie, autonomicznych podmiotów. W sytuacji, w której jedna osoba troszczy się o drugą, zarazem troszczy się ona o siebie, bo wobec relacyjności osób troska (podobnie jak krzywda) nabiera cechy zwrotności: “troszczący się i ten, który otrzymuje troskę, są wzajemnie zależni”[8].

W ten sposób, jak wyjaśnia Held, inaczej niż inne teorie moralności, etyka troski unika stosowania opozycyjnych kategorii: egoizm versus altruizm. Troszcząc się o drugiego, zarazem zaspokajamy własne potrzeby[9]. Warto tu odnotować, iż model relacyjny (choć czasem w nieco odmiennej wersji) przyjmują także teologowie chrześcijańscy, których inspiracją jest teologia prawosławna, tacy jak nieżyjący już o. Wacław Hryniewicz, Rowan Williams, arcybiskup Canterbury w latach 2002-2012, czy znany amerykański filozof i teolog chrześcijański David Bentley Hart. Ten ostatni pisze m. in. tak: „Czymże jest osoba, jeżeli nie historią wszystkich powiązań, miłości, wspomnień, przywiązań i powinowactw? Kimże jesteśmy, jeżeli nie tymi [osobami], które sprawiły, iż jesteśmy tym, kim jesteśmy, i do których należymy tak, jak one należą do nas. Jesteśmy tymi [osobami]”[10].

Oczywiście model relacyjny może być modelem błędnym, ale warto przy okazji dyskusji o dobrym Samarytaninie i etyce miłości bliźniego pamiętać o tej teoretycznej propozycji (alternatywnej wobec etyki cnót, utylitaryzmu czy deontologii Kanta), bo wedle etyki troski, przy założeniu ludzkiej relacyjności, nie musimy porzucać siebie, ani pokonywać siebie w zmaganiach z własnym egoizmem (por. s. 276), by spotkać się z bliźnimi i okazać im troskę.

Bliźni to ten, kto mi sprzyja

Wróćmy do przypowieści. Interpretację, która, w moim przekonaniu, dobrze odczytuje jej podstawowy sens, zaproponował w latach osiemdziesiątych dr Piet van Veldhuizen, teolog i pastor Kościoła Reformowanego[11]. Wedle tej interpretacji, Jezus opowiada przypowieść, by objaśnić, kto jest moim bliźnim (kogo mam kochać). Gdy przypowieść dobiega końca, Jezus pyta uczonego w Prawie, kto okazał się bliźnim pobitego, i – można założyć – milcząco akceptuje jego odpowiedź, iż okazał się nim ten, który pobitemu okazał miłosierdzie[12]. Oznacza to, ogólniej, iż bliźnim dla mnie jest ten, kto się o mnie troszczy – czyli, skoro mam kochać swego bliźniego, to kochać mam tego, kto mi sprzyja.

To nas oczywiście nie zadowala, nie brzmi ambitnie, nijak się ma do interpretacji, która mówi, iż bliźni to każdy inny człowiek, i nijak się ma do zalecenia Jezusa, by jego uczniowie – inaczej niż poganie – kochali nieprzyjaciół. Może dlatego nikt tego znaczenia nie chce dostrzec. To jakby minimalistyczne przykazanie: kochaj tego, kto udzielił wsparcia tobie – jak nietoperze wampiry, które dzielą się wzajemnie krwią, jeden wspiera drugiego, któremu akurat mniej się poszczęściło w łowach, licząc w przyszłości na podobną przysługę. Mimo to Piet van Veldhuizen ma moim zdaniem rację, iż to jest właśnie podstawowy sens opowieści (warto pamiętać, iż choćby jeżeli mamy kochać tych, którzy mają staranie o nas, wciąż możemy kochać także i tych, którzy tego starania o nas nie mają – nikt tego nie zabrania).

Nowość Nowość
  • Ks. Andrzej Draguła

Ekstaza miłosiernego Samarytanina

44,00 55,00
Do koszyka
Książka – 44,00 55,00

Przy tej interpretacji nabiera też interesującego sensu postać Samarytanina. W standardowym odczytaniu Samarytanin okazuje się być jedynym gotowym nieść pomoc potrzebującemu. Przekaz jest taki: Izraelu, spójrz, inne grupy etniczne czy religijne pod względem moralnym stoją wyżej od ciebie (takie pouczenie narodu wybranego to dość częsty motyw w Nowym Testamencie). W odczytaniu van Veldhuizena przekaz jest inny: kochaj tego, kto jest twoim bliźnim, tj. tego, kto ci sprzyja, nieważne kim jest (choćby choćby był Samarytaninem).

Są oczywiście w przypowieści i inne sensy (niesprzeczne, ale też niespójne z powyższym):

(1) Czyń jak Samarytanin, tj. opiekuj się tym / kochaj tego, kto jest w potrzebie. Znaczenie to wynika z wezwania Jezusa: „Idź, i ty czyń podobnie”[13], które to wezwanie niewątpliwie przyjmuje jako wzór „tego, który mu [pobitemu] okazał miłosierdzie”, tj. Samarytanina. Mamy zatem, jak ów Samarytanin, okazywać miłosierdzie tym, którzy są w potrzebie. Zauważmy, iż Samarytanin nie stosuje się do nakazu kochania bliźniego, bo troszczy się o osobę, która nie wykazała troski o niego, nie była zatem bliźnim Samarytanina.

(2) Nie pogardzaj Samarytanami albo, szerzej, ludźmi innymi niż ty. Mogą oni moralnie zachować się lepiej od Żydów albo, szerzej, ludzi takich jak ty. Ta myśl zawarta jest w kontekście kulturowym i wyrażona poprzez dobór postaci: to niewątpliwie znaczące, iż po dwóch wędrowcach, którzy byli religijnie zaangażowanymi i szanowanymi Żydami – kapłanem i lewitą − pojawia się Samarytanin, przedstawiciel grupy etnicznej i religijnej, którą Żydzi mieli w pogardzie, i tylko on staje na wysokości zadania[14].

Sens, jaki odnajduje w przypowieści van Veldhuizen − kochaj tego, kto troszczy się o ciebie – określa (i ogranicza) zakres znaczenia słowa „bliźni”[15]. Jak utrzymuje ks. dr Tadeusz Hanelt, w judaizmie, przynajmniej w pewnych okresach (choć niekoniecznie w czasach Jezusa) termin „bliźni” był interpretowany jako odnoszący się po prostu do wszystkich ludzi czy każdego człowieka[16]. Wypełnienie nakazu „kochaj bliźniego” przy tej szerokiej interpretacji jest jednak zgoła niemożliwe, bo każdy z nas ma ograniczone zasoby, a bliźnich jest nieskończenie wielu (dramat tej niemożności opisał Emmanuel Lévinas).

Sytuacja nie jest może tragiczna, dopóki wezwanie przy tej szerokiej interpretacji bliźniego sformułowane jest pozytywnie. Można jednak, jak w ustępach komentujących słowa papieża Franciszka czyni to Autor „Ekstazy miłosiernego Samarytanina”, popatrzeć „negatywnie”: „Powstrzymanie się od pomocy jest równoznaczne z przyłączeniem się do stronnictwa zbójców” (s. 287), „ci, którzy omijają rannego” są jak „ci, którzy zadają rany” (s. 287). Wystarczy pomyśleć o losie Palestyńczyków czy uchodźców próbujących przekraczać polsko-białoruską granicę, by stało się jasnym, iż zbójcami jesteśmy prawie wszyscy.

Może chcemy Boga, który wskaże nam takie wartości moralne, które nas zachwycą, a nie takie, którym może od biedy damy radę sprostać?

Joanna Klara Teske

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Co gorsza, wydaje się, iż sami zbójcy też są „ranni” – iż może bardziej niż inni ludzie potrzebują troski, wszak – wedle wiary chrześcijańskiej – oni najbardziej oddalili się od Boga. Oprawców też winniśmy kochać, bo oni też (wciąż przy szerokiej definicji „bliźniego”) są naszymi bliźnimi[17]. Jak pokochać izraelskich polityków wzywających do eksterminacji Palestyńczyków czy polskich pograniczników dokonujących brutalnych push-backów? Ofiary i ich oprawcy potrzebują pomocy, jak pobity człowiek z przypowieści, my przechodzimy obok. Jesteśmy współwinni. „I ja / ciebie ominąłem”, jak przyznaje podmiot liryczny w wierszu „Zakręt” autorstwa ks. Draguły, który zamyka książkę. Ścisłe odczytanie treści przypowieści uwalnia nas od moralnego niepokoju – jeżeli ani uciemiężeni Palestyńczycy, ani dążący do ich eksterminacji Izraelczycy nie troszczyli się o nas, nie mamy moralnego obowiązku przejmować się ich losem. Możemy się ich losem przejąć – przypowieść tak odczytana tego nie zabrania, ale, ograniczając kategorię bliźniego, zwalnia nas z tego zobowiązania (choć to niezgodne z innymi wskazaniami Jezusa).

Dlaczego wciąż umyka nam – a przynajmniej takie jest moje doświadczenie płynące z wielu lektur i rozmów – podstawowy, czy ścisły, sens przypowieści o dobrym Samarytaninie? Samo sparafrazowanie odpowiedzi uczonego w Prawie nie jest kontrowersyjne, jak o tym świadczą przykładowo słowa Antonio Orby: „bliźnim jest ten, kto kocha drugiego dobroczynną miłością” (s. 276). Opór budzi powiązanie tej odpowiedzi z wyjściowym założeniem, iż to bliźniego – a w takim razie tego, który dobroczynnie mnie kocha − mam kochać.

Być może mając w pamięci przykazanie miłości nieprzyjaciół i słowa: „I jeżeli dobrze czynicie tym tylko, którzy wam dobrze czynią, jaka za to dla was wdzięczność? I grzesznicy to samo czynią” (Łk 6,33), obraz sądu, podczas którego troska okazana „jednemu z najmniejszych braci Boga” okazuje się być troską okazaną Bogu (Mt 25,31-46), albo przykazanie, byśmy wzajemnie się miłowali, jak umiłował nas Bóg (J 13,34-35), chcemy z nimi uzgodnić sens przypowieści? A może chcemy Boga, który wskaże nam takie wartości moralne, które nas zachwycą, a nie takie, którym może od biedy damy radę sprostać?

Kończąc ten nieco polemiczny tekst, chciałabym wyrazić wdzięczność Autorowi „Ekstazy miłosiernego Samarytanina” za zaproszenie do ponownej refleksji nad przypowieścią o dobrym Samarytaninie i gorąco zachęcić do lektury książki. Monografia ks. prof. Andrzeja Draguły udostępnia czytelnikowi wiedzę zarówno na temat samej przypowieści, jak i jej miejsca w kulturze europejskiej. Swoje odczytanie Autor przedstawia na tle tradycji Kościołów chrześcijańskich oraz publikacji współczesnych biblistów i teologów; uwzględnia też szeroko tradycje interpretacyjne wyrażone artystycznie: w obrazach, rzeźbach, kantatach, witrażach czy poezji.

Warto podkreślić też zawarte w książce szczegółowe informacje − jak ta, iż życie wieczne w Nowym Testamencie może oznaczać określony sposób życia jeszcze przed śmiercią, iż kapłana i lewitę obowiązywał zakaz dotykania ciał zmarłych, albo iż w języku hebrajskim zapis słów „bliźni” i „wróg” jest taki sam (oba słowa różnią tylko samogłoski, które w języku starohebrajskim nie były zapisywane) − które pozwalają lepiej zrozumieć zachowanie i wypowiedzi postaci z przypowieści. Monografia zawiera ponadto omówienie kwestii ordo caritatis (rozdz. XIII) – jeżeli bowiem założymy, iż każdy jest moim bliźnim, pozostaje wciąż kwestia, czy każdego mam kochać tak samo, czy może istnieje jakiś porządek kochania. W swojej książce Autor nie narzuca swoich opinii czytelnikowi, przedstawia możliwe odczytania i argumenty, które za nimi przemawiają, pozostawiając czytelnikowi ocenę ich trafności.

Niezależnie od tego, jaką interpretację tej opowieści przyjmiemy, dotyka ona tego, co, wedle wielu chrześcijan, etyczek troski i ludzi spoza obu tych kategorii, decyduje o sensie ludzkiego życia. Warto przemyśleć tę opowieść jeszcze raz.

[1] Kontrastuje ono ze znaczeniem, jakie podaje „Encyklopedia katolicka”, „Leksykon duchowości chrześcijańskiej” czy zwykłe słowniki, które Autor przytacza, a które wiążą ekstazę z utratą kontaktu z rzeczywistością.
[2] Wspomnieć można, iż taka interpretacja doświadczenia Samarytanina zmienia sens przy odczytaniu chrystologicznym, bo Bóg, jeżeli w ogóle potrzebuje „wyjść z siebie”, by spotkać się z człowiekiem, to na pewno nie w tym sensie, co człowiek, który musi (być może) pokonać swój egoizm.
[3] „My first and unending obligation is to meet the other as one caring” (s.17); Noddings, Nel. „Caring: A Relational Approach to Ethics and Moral Education”. 1984. 2nd ed. California UP, 2013. [w tekście proponuję własne przekłady, bo polskich przekładów cytowanych tu książek brak]
[4] „Care is probably the most deeply fundamental value” (s.17); Held, Virginia. „The Ethics of Care: Personal, Political, and Global”. Oxford UP, 2006.
[5] „[…] the central focus of the ethics of care is on the compelling moral salience of attending to and meeting the needs of the particular others for whom we take responsibility” (Held, s.10).
[6] „It may be suggested that the ethics of care bears some resemblance to a Christian ethic of love counseling us to love our neighbors and care for those in need” (Held, s.21).
[7] „The ethics of care […] characteristically sees persons as relational and interdependent, morally and epistemologically”, i „[…] our relations are part of what constitute our identity” (Held, s.13-14).
[8] „[…] the one-caring and the cared-for are reciprocally dependent” (Noddings, s.58).
[9] Por. „Persons in caring relations are acting for self-and-other together. Their characteristic stance is neither egoistic nor altruistic; these are the options in a conflictual situation, but the well-being of a caring relation involves the cooperative well-being of those in the relation and the wellbeing of the relation itself” (Held, 12).
[10] Por. „After all, what is a person other than a whole history of associations, loves, memories, attachments, and affinities? Who are we, other than all the others who have made us who we are, and to whom we belong as much as they to us? We are those others” (s.78); Hart, David Bentley. „That All Shall Be Saved: Heaven, Hell, and Universal Salvation”. Yale UP, 2019.
[11] Tak pamiętam interpretację Pieta van Veldhuizena. On sam jej jednak nie pamięta i aktualnie opowiada się za inną, którą można streścić następująco: „bliźni jakby nam się zdarza i nie da się z góry ustalić, kto do tej kategorii będzie należał, a kto nie” oraz: „Jezus mówi: «stań sie bliźnim każdego człowieka, który cię potrzebuje»”. Jednocześnie zgadza się, bym w tekście przypisała mu zgodnie z tym, co sama pamiętam, interpretację, którą można streścić słowami: „Kochaj bliźniego, to jest tego, kto troszczy się o ciebie”.
[12] W swojej książce ks. prof. Draguła przytacza hipotezę, iż uczony w Prawie nie odpowiada „Samarytanin”, bo słowo to zbyt mu jest niemiłe (s.262-63). Gdyby jednak tak było − gdyby poprawna odpowiedź brzmiała „Samarytanin” − to można oczekiwać, iż Jezus skorygowałby odpowiedź uczonego, a tego nie czyni.
[13] Słowa te nie pasują do logiki przypowieści, która odpowiada nie na pytanie: „co czynić?” (bo to już wiadomo – „kochać”), tylko na pytanie: „kogo kochać?”, tj. „kto jest Twoim bliźnim?”, bo to bliźniego masz kochać.
[14] Kontrfaktualnie przypowieść mogłaby znaczyć „kochaj nieprzyjaciół swoich”, gdyby na pytanie Jezusa, „Któryż z tych trzech okazał się, według twego zdania, bliźnim tego, który wpadł w ręce zbójców?”, uczony w Prawie odparł: „Ten, który był mu wrogiem” (co miałoby przecież sens, biorąc pod uwagę, iż Żydzi tak postrzegali Samarytan – z niechęcią, jak wrogów). Uczony w Prawie jednak tak nie odpowiada. W moim odczuciu to odczytanie kontrfaktualne, ale Autor przytacza cytat z Brada H. Younga, zdaniem którego uczony w Prawie wysnuwa z przypowieści taki właśnie morał: „kochaj choćby wroga jak siebie samego” (s.279).
[15] Można argumentować, iż również sens „kochaj tego, kto jest w potrzebie, bo to twój bliźni” (w innej interpretacji) ogranicza zakres słowa „bliźni”, czyni to jednak tylko pozornie – wszyscy ludzie są w potrzebie, taka już jest natura żywych organizmów, iż nieustannie odczuwają wielorakie potrzeby.
[16] Hanelt, Tadeusz. „Pojęcie bliźniego w starotestamentalnym przykazaniu miłości”. „Ruch Biblijny i Liturgiczny” 30.5 (1977): 238–244. https://doi.org/10.21906/rbl.1697.
[17] Podobna myśl pojawia się też w książce ks. prof. Draguły w cytacie z Levine: „każdy zasługuje na miłość – tutejszy albo obcy, Żyd albo poganin, terrorysta lub gwałciciel, każdy” (s.276, cytat za Autorem).

Idź do oryginalnego materiału