Szarbel Machluf spędził dwadzieścia trzy lata w pustelni nad Annają. Nie zostawił pism ani wielkich dzieł. Ponad sto lat później do jego grobu wciąż ciągną pielgrzymi z całego świata.
Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Źródło: EWTN Polska/ks. mgr lic. Fabio M. LoutfiPhoto credit: Vatican Media
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Klasztor świętego Marona w Annai leży wysoko, tam gdzie kończą się cedry, a zaczyna kamień. Zimą wieje przenikliwy wiatr. To właśnie tutaj, w pustelni bez pieca, przez ostatnie dwadzieścia trzy lata życia mieszkał ojciec Szarbel. Spał na sienniku, jadł raz dziennie to, co zostało z klasztornego stołu, a noce spędzał przed Najświętszym Sakramentem. Umarł w Wigilię Bożego Narodzenia 1898 roku, po ośmiu dniach agonii. Ostatnie jego słowa były modlitwą „Ojcze prawdy”, którą kapłan maronicki wypowiada, podnosząc Hostię.
Przez kilka tygodni po pogrzebie mieszkańcy okolicy widzieli nad jego mogiłą światło. Kiedy w końcu ją otwarto, ciało było nienaruszone, mimo iż spoczywało w rozmokłej ziemi; sączyła się z niego ciecz, w której rozpoznano potem i krew. Zaczęły się uzdrowienia. I tak zakonnik, którego za życia znała garstka współbraci, stał się jednym z najbardziej czczonych świętych chrześcijańskiego Wschodu. Do Annai zaczęli przyjeżdżać nie tylko chrześcijanie, ale także osób dobrej woli.
Jak trzeba żyć, żeby po śmierci nie dało się o tobie zapomnieć, skoro za życia nie zrobiło się niczego, co nadawałoby się do gazety?Paweł VI beatyfikował go w 1965 roku, a jedenaście lat później wpisał w poczet świętych. Cuda robią jednak wrażenie tylko przez chwilę. Ciekawsze jest inne pytanie.
Chłopiec z gór
Youssef Antoun Makhlouf przyszedł na świat w 1828 roku w Bekaa Kafra, najwyżej położonej wiosce Libanu, w ubogiej maronickiej rodzinie. Maronici to katolicki Kościół wschodni, który wyrósł wokół postaci pustelnika świętego Marona i nigdy nie zerwał jedności z Rzymem. Youssef pasał zwierzęta i uciekał do pobliskiej groty, żeby się modlić. Mając dwadzieścia trzy lata wstąpił do zakonu i przyjął imię Szarbel, po antiocheńskim męczenniku I wieku. Święcenia otrzymał w 1859 roku. Szesnaście lat przeżył we wspólnocie, aż wyprosił u przełożonych zgodę na życie w pustelni.
O tamtych latach adekwatnie nie ma czego opowiadać. Modlił się, uprawiał skrawek ziemi, odprawiał Mszę. Może dlatego jego prawdziwy portret łatwiej znaleźć nie w życiorysie, ale w modlitwie, którą maronici śpiewają w dniu jego wspomnienia: w porannym Safro i wieczornym Ramsho. Te godziny brewiarza, utkane z psalmów, mówią o nim więcej niż jakakolwiek kronika.
Mianowicie, świadkowie zgadzają się co do jednego: dniem Szarbela rządziła Msza. Przygotowywał się do niej godzinami, a potem długo klęczał, jakby nie potrafił się rozstać. Wieczorne Ramsho śpiewa nad nim wers psalmu: „niech moja modlitwa wznosi się jak kadzidło”. Zachował się drobiazg, który mówi o tej zażyłości więcej niż niejeden traktat. Kiedy współbrat, chcąc go wypróbować, nalał do jego oliwnej lampki wody, lampka i tak się paliła. Można w to wierzyć albo nie. Ci, którzy Szarbela znali, nie mieli wątpliwości, skąd brał się ten ogień.
Nazywano go „ikoną ciszy”, ale jego milczenie nie było zamknięciem w sobie. W modlitwie w kościele maronickim, jest opis o nim słowami pierwszego psalmu: rozważa Prawo Pańskie dniem i nocą niczym drzewo zasadzone nad wodą. Św. Szarbel nie miał już czego szukać w świecie, bo znalazł wszystko w jednej Osobie. Zatem, jego cisza była bardziej nasłuchiwaniem, bliższym Marii z Betanii, która usiadła u stóp Jezusa, niż jakiejkolwiek technice wyciszania umysłu, którą dziś sprzedaje się na weekendowych kursach czy w rekolekcjach charyzmatycznych.
Zwycięstwo bez świadków
Antyfona jego jutrzni mówi o „czystym i prawym Szarbelu”. To nie jest grzecznościowy komplement. W tej tradycji czystość serca jest po prostu warunkiem oglądania Boga, dokładnie tak, jak obiecuje Kazanie na Górze. Obok niej idzie ta cnota, najważniejsza z tych wszystkich: pokora, bez której cała reszta byłaby tylko sportowym wyczynem ascety. Nasza liturgia zatrzymuje się na jednym zdaniu, kiedy rano rozważamy jego wspomnienia: Bóg „zdobi pokornych zwycięstwem”. Zwycięstw Szarbela nikt nie widział w tym zyciu. Rozgrywały się w celi, nocą, bez publiczności.
Maronici powtarzają zdanie, które mogłoby streścić to życie: kto szuka Ukrzyżowanego bez krzyża, znajdzie krzyż bez Ukrzyżowanego. Umartwienia pustelnika nie były pogardą dla ciała, ale codziennym umieraniem sobie samemu, żeby, jak pisał święty Paweł, to Chrystus żył w nim. I właśnie takie życie, z pozoru jałowe, okazało się płodne. Stary psalm obiecuje sprawiedliwemu, iż rozrośnie się jak cedr Libanu i trudno o trafniejszy obraz dla człowieka z tamtych gór.
Wspomnienie świętego Szarbela wypada 24 lipca a w Libanie jest celebrowany w 3 niedziela miesiąca w Lipcu, a maronici także w całym świecie wracają do niego każdego dwudziestego drugiego dnia miesiąca. W Polsce łatwo potraktować go jak egzotycznego świętego z Bliskiego Wschodu, cudotwórca, dobrego od trudnych spraw i uzdrowień. Ale byłaby to jednak strata, ponieważ dla samego świętego Szarbela to eucharystia, którą on adorował nocami w Annai, jest tą samą, którą sprawujemy w naszych kościołach i jest cedno jego duchowości. Nie mamy innego Chrystusa niż on miał. Różni nas tylko to, ile miejsca jesteśmy gotowi Mu zostawić w naszym sercu.
Może na tym polega cały sekret zakonnika, mnicha pustelnika z Libanu, który niczego nie napisał i prawie nic nie powiedział. Pokazał, iż o wartości życia nie decyduje jego głośność ale, iż czasem najwięcej do powiedzenia ma ten, kto milczy przy tabernakulum.
ks. mgr lic. Fabio M. Loutfi, kapłan maronicki z Archidiecezji Cypryjskiej, pełniący posługę duszpasterską w Polsce.
ZOBACZ RÓWNIEŻ:

2 godzin temu













