Środa Popielcowa. Odpuść sobie i światu

2 godzin temu

Widzę ten dzień jako powrót do naszego złamania, kruchości, a czasem choćby życiowej porażki. Bo właśnie z tego miejsca płynie jakaś nowa pieśń.

„Człowiek nie może dostrzec niczego poza sobą” (Koh 7,14), mówił Kohelet. Czytając dosłownie, chodzi o obraz kogoś, kto wędruje, ale nie potrafi przewidzieć tego, co nadejdzie za miesiąc; widzi na swojej drodze tylko to, co leży niedaleko przed nim.

Szkoda, iż tych słów nie przytacza się dziś częściej. Nie skłaniają one nikogo do lekkomyślności. Raczej uderzają w pragnienie omnipotencji oraz w przekonanie, iż sukces życiowy jest rzeczą konieczną do osobistego spełnienia. A może świadomość naszej własnej skończoności była w istocie błogosławieństwem? Nic chyba nie szkodzi, aby tak założyć.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Może zresztą najzdrowiej jest dla nas żyć w wewnętrznym balansie. Wynika on z integralnego widzenia człowieka, tak jak przedstawiają go różne, pozornie ze sobą sprzeczne wątki Pisma Świętego. Uczniowie są jednocześnie dziećmi i prochem. Są święci, czyści, zbawieni, a zarazem krusi, wewnętrznie rozdwojeni, upadli. Mamy się radować, ale też smucić. choćby w samym 1 Liście św. Jana przeczytamy z jednej strony, iż ten, kto wierzy w Boga, nie grzeszy, bo nie może grzeszyć, a z drugiej – jeżeli grzeszy, to Bóg jest w miłosierdziu większy niż grzech. Stwierdzenia, które niby się wykluczają, budują tak naprawdę wieloaspektowy, pełen obraz tego, kim jesteśmy.

Środa Popielcowa to dzień, który w pewnym sensie jest nam wspólny, wierzącym i niewierzącym. Zdajemy sobie wtedy sprawę, iż jesteśmy przecież tym, czym jesteśmy. Wszyscy powstaliśmy z popiołu i każdy z nas w popiół się obróci. I wbrew pozorom, nie jest to coś, co powinno nas pogrążać w zwątpieniu czy smutku. Tak jak sama Księga Koheleta nie jest wcale wyrazem rozpaczy i fatalizmu. Starożytni rabini widzieli w niej raczej jedno z najbardziej pocieszających pism natchnionych przez Boga. Tyle iż to pocieszenie nie idzie przez sukces i sen o wielkości.

Pogoda ducha trąci szarością

Ostatnio dużo myślę o tych kilku osobach, które – jak same się deklarowały – powinny były umrzeć młodo. Nie udało się, więc z czasem zaczęło nam się wydawać, iż będą trwali wiecznie. Dożywszy sytości dni, wszyscy oni odeszli dość nieoczekiwanie, jeden po drugim, i to w przeciągu kilku miesięcy. Ktoś mógłby powiedzieć, iż nie ma się czemu dziwić. Na naszych oczach kończy służbę stara gwardia kontrkultury. To wszystko, taka jest kolej rzeczy. Ale czy nie przyzwyczailiśmy się jednak do tego, iż – powtórzę to raz jeszcze – oni po prostu są, wiecznie żywi i wiecznie młodzi?

Pod koniec ubiegłego roku zmarła Donna Jean Godchaux, jedyny żeński głos w Grateful Dead, a dwa miesiące później dołączył do niej wieloletni kolega z zespołu – Bob Weir. Tak oto słynna hipisowska formacja na zawsze przeszła do historii. A ja słucham właśnie ich obojga, wokalnie dialogujących w ekstatycznie radosnej końcówce „Good Lovin’”, pierwszego utworu na wybitnej płycie „Shakedown Street”.

Wszyscy powstaliśmy z popiołu i każdy z nas w popiół się obróci. Ale, wbrew pozorom, nie jest to coś, co powinno nas pogrążać w smutku.

Michał Gołębiowski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Śmierć Boba Weira miała w sobie coś ikonicznego. Muzyk regularnie bywał na scenie, nic nie zapowiadało odejścia. To jeden z ostatnich psychodelicznych cowboyów Ameryki, całe życie rozkoszujący się pokojem ducha i blaskiem słońca, śpiewający o pięknie życia w drodze. Teraz udał się w ostatnią podróż. Kto wie, być może do domu. Kiedyś trzeba przecież osiąść, usadowić się w bujanym fotelu i zapuścić korzenie.

Ostatnią piosenką, którą Bob wykonał na scenie, był „Touch of Grey”. Tytuł oznacza „dotyk szarości”, czy raczej „trącenie siwizną”, bo chodzi tutaj o naturalnie białe pasma we włosach, a wraz z nimi – nowy, specyficzny posmak i zapach życia. To jeden z niewielu, może poza piosenkami Pete’a Townshenda, utworów powstałych z klimatu kontrkultury (ponoć wiecznie młodej), podejmujących temat starości.

I ten niepoprawnie optymistyczny refren: „I will get by, I will get by, I will survive”, czyli: „Dam radę, dam radę, przetrwam”. Choć, trzeba przyznać, dało się tam słyszeć dobroduszną ironię. „Przetrwam, bo już odpuszczam” – czy o to chodziło? Bob Weir to w ogóle dobroduszny ironista, pogodny i ufny wobec rzeczywistości, a zarazem zdystansowany do wielkich deklaracji. Kilka miesięcy później zasnął spokojną, szczęśliwą śmiercią. Najwidoczniej dotknęła go szarość. Tym razem była to jednak szarość prochu, w który obróci się kiedyś każdy z nas.

Czy można było się tego domyślać? Prawdę powiedziawszy, przez ostatnie lata życia Bob coraz częściej miewał wyraz twarzy, który nie bez nutki sarkastycznego humoru, ale też pogodnej akceptacji dla czasu i przemijania, zdawał się mówić: „Było całkiem w porządku, ale to chyba na tyle”.

Spaść w świadomość własnej skończoności

Niedługo później odszedł Chuck Negron, jeden z trzech głosów legendarnej grupy Three Dog Night. Ponieważ od lat jestem oddanym wielbicielem tej formacji, uosabiającej nieskrępowaną hipisowską euforia życia (ich największy przebój to „Joy to the World”), potraktowałem wieść o śmierci Chucka jako przygotowanie do nadchodzącej Środy Popielcowej.

Chuck był w pierwszej połowie lat 70. wielką sceniczną gwiazdą. W pewnym sensie stał się uosobieniem hasła flower power. Problem w tym, iż Chuck nie znał słów, takich jak granice i umiar. Całym sobą oddał się więc temu, co w latach siedemdziesiątych najbardziej szalone i kolorowe, a zarazem najgorsze. Stąd tytuł jego autobiograficznej książki – „Three Dog Nightmare”, czyli „Koszmar Trzech Psów”.

Wokalista spowiada się w niej z seksoholizmu i uzależnienia od heroiny. Był jednym z najlepiej zarabiających wokalistów swojej generacji, a z powodu narkotyków wynajmował tanie hotele. Zdarzyło się, iż podczas jednej nocy przespał się z tak dużą liczbą kobiet, iż skończyło się to wszystko poważnym uszczerbkiem na zdrowiu i potrzebą hospitalizacji. W swojej książce wspomina, jak w pewnym momencie upadł tak nisko, iż raz za razem budził się z potwornie obitą twarzą, nie pamiętając tego, co dokładnie działo się kilka godzin wcześniej. Przypominał sobie jedynie, iż chodziło o interwencję policyjną.

Tutaj również miało – bo musiało mieć – miejsce dotknięcie szarości. Doświadczenie, które zmienia dotychczasowe trajektorie życia. A może należałoby je nazwać po prostu uświadomieniem sobie własnej skończoności. „Zabawne, iż spadanie myliłem z lataniem”, śpiewał Jeff Bridges. Tutaj było podobnie, choć ostatecznie – całkiem na odwrót. Upadek we własną kruchość pozwolił wzbić się do lotu, a wreszcie stał się początkiem czegoś dobrego. Przez następne lata wokalista Three Dog Night zaangażował się w działania na rzecz edukacji dotyczącej zagrożeń związanych z używkami.

Promocja!
  • Wojciech Marczewski
  • Damian Jankowski

Świat przyspiesza, ja zwalniam

39,98 49,98
Do koszyka
Książka – 39,98 49,98 E-book – 35,98 44,98

Niedługo przed odejściem Chuck pojednał się z Dannym Huttonem, dawnym kolegą z zespołu. Jakby przeczuwał swoją śmierć. Choć może nie trzeba sięgać aż tak daleko. Chuck mógł po prostu uświadomić sobie, mocniej niż kiedykolwiek, iż życie to podróż zbyt krótka, aby marnować choćby jeszcze jeden poranek, a on sam – jest tylko prochem.

Wydarzyło się to daleko poza światłem reflektorów, a mimo to miało głęboki sens. I, jak zasugerował Chuck, paradoksalnie dopiero wtedy można było na trzeźwo wsłuchać się i docenić muzykę, którą zostawił jako wokalista Three Dog Night.

Pokój pośród niepokojów

W olbrzymim zbiorze starożytnych apoftegmatów Ojców pustyni znajdziemy wiele pouczeń o tym, jak pozyskać pokój duszy. Bodaj żadne z nich nie opiera się na przekonaniu o ludzkiej wszechmocy. Raczej przeciwnie: pokój rodzi się tam, gdzie odpuścisz sobie i światu.

Pewnego dnia młody mnich spotkał się ze swoim mistrzem i powiedział: „Nauczycielu, przebywam na tej pustyni od wielu miesięcy. Wyruszyłem tu, ponieważ obiecano mi, iż znajdę pokój ducha, którego tak mocno pragnę i tak bardzo potrzebuję. Tymczasem raz za razem miotają mną niepokoje. Kiedy dusza uspokaja się na kilka dni, to wiem, iż lada chwila znów zaleją mnie fale złych myśli”. Stary mistrz, słuchając tych skarg, zdjął z siebie habit, rzucił na piasek i powiedział: „Spójrz na tę szatę. Jest wyciągnięta i wystrzępiona. To dlatego, iż mieszkam na pustyni od bardzo dawna, nie kilka miesięcy, ale kilkanaście lat. Ludzie przychodzą do mnie, prosząc o naukę i modlitwę. I odchodzą pocieszeni, ocaleni, a choćby wolni od dręczących ich demonów czy chorób. ale muszę cię, bracie, rozczarować: nie miałem ani jednego dnia, w którym nie atakowałyby mnie palące, ciężkie myśli. I twoja sytuacja jest, niestety, równie beznadziejna”.

Młody mnich zasmucił się na te słowa. Wrócił do swojej pustelni, usiadł w ciemności i milczeniu, ukrył twarz w dłoniach, i cicho zapłakał. W tamtym momencie dotarło do niego, jak złą decyzję podjął, uciekając z miasta na pustynię i paląc za sobą mosty, które łączyły go z dawnym życiem. Gdy tak jednak rozpaczał, w sercu zaczęła kiełkować akceptacja tego beznadziejnego stanu. Wreszcie pogodził się z myślą, iż już nigdy nie opuszczą go złe myśli i niepokoje. I dopiero w tym momencie doznał głębokiego pokoju ducha, który wcześniej był mu całkowicie obcy, choćby w chwilach, gdy doznawał krótkotrwałej ulgi.

Przypomina mi to pewien werset z Księgi Daniela, gdzie czytamy o trzech Izraelitach wrzuconych, z rozkazu króla babilońskiego, do rozpalonego pieca: „Przechadzali się oni wśród płomieni, śpiewali hymny Bogu i błogosławili Pana” (Dn 3,24). Ogniem byłyby tutaj myśli, które dręczyły młodego mnicha. Sytuacja daleka od tego, co rozumiemy przez osobisty sukces, a jeszcze dalsza od iluzji omnipotencji. A jednak to właśnie stamtąd dały się słyszeć pieśni pochwalne.

Tak właśnie widzę Środę Popielcową. Jako powrót do naszego złamania, kruchości, a czasem choćby życiowej porażki. Bo właśnie z tego miejsca płynie jakaś nowa pieśń, być może piękniejsza niż kiedykolwiek.

Przeczytaj też:

Idź do oryginalnego materiału