Puckie Hospicjum 10 lat po śmierci ks. Jana Kaczkowskiego

2 godzin temu

Po jego odejściu stanęli przed pytaniem: co dalej? Poprzestać na tym, co dotąd, czy się rozwijać i doskonalić, aby pomagać jeszcze większej liczbie ludzi? Zwyciężyła ta druga opcja.

Był styczeń 2013 roku. W rodzinnym domu księdza Jana Kaczkowskiego w Sopocie nagrywaliśmy rozmowy do książki „Szału nie ma, jest rak”. Jan był po operacji, podczas której usunięto mu część glejaka wrastającego w jego mózg. Na ogolonej głowie miał dużą szramę, kłopoty z chodzeniem, ogromny apetyt nie tylko na słodycze, ale przede wszystkim na życie. Był na zwolnieniu lekarskim, miał dochodzić do siebie.

W naszych rozmowach bardzo dużo miejsca zajmowało puckie hospicjum domowe i stacjonarne współutworzone z grupą podobnych do niego szaleńców oraz ludzi zafascynowanych medycyną paliatywną.

Jestem spokojny

Któregoś z tamtych styczniowych dni zapytałam Jana, który szefował hospicjum w sposób totalny, czyli we wszystko musiał mieć wgląd, czy nie niepokoi się o funkcjonowanie hospicjum pod swoją nieobecność. Odpowiedział: „Tęsknię za byciem tam, spotkaniami z naszymi pacjentami i personelem, ale jestem całkowicie spokojny, iż hospicjum działa bez zarzutu”.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

I miał rację, co miałam przywilej i zaszczyt obserwować, bo byłam wówczas częstym gościem w murach tego absolutnie wyjątkowego miejsca. Dziś identyczną deklarację składa dyrektorka hospicjum Anna Jochim-Labuda.

Bacznie obserwuję, co się w puckim hospicjum dzieje. Nie byłam tam jednak – chociaż zawsze jestem w tym miejscu serdecznie witana – od kilku lat. Tylko więc z rozmów z jej pracownikami, bliskimi Jana i śledzenia hospicyjnego życia na jego facebookowym profilu dowiadywałam się o nowych i często spektakularnych – jak mi się wydawało – działaniach. To, co kilka dni temu zobaczyłam na własne oczy, przerosło jednak moje najśmielsze oczekiwania.

Jan marzył o rozbudowie hospicjum oraz nieustannym udoskonalaniu, rozwijaniu opieki nad pacjentami i ich bliskimi oraz propagowaniu wiedzy o „dobrym umieraniu”. Jego teza, iż „do śmierci trzeba się dobrze przygotować” była dla mnie, kiedy po raz pierwszy ją usłyszałam, dość szokująca.

Dwie pielęgniarki

– Po śmierci księdza Jana wszyscy, cały hospicyjny zespół, byliśmy w głębokiej żałobie. I z lękiem zadawaliśmy sobie pytanie, jaka będzie nasza przyszłość bez niego – opowiada Alicja Makowska, dyrektor operacyjna hospicjum w Pucku. – Razem z Anią Jochim-Labudą czułyśmy dodatkowo wielką, spoczywając na nas odpowiedzialność, skoro podjęłyśmy się kierowania hospicjum. Niejeden z obawą zastanawiał się pewnie wtedy, jak te dwie pielęgniarki dadzą radę zachować standardy, jakie ksiądz Jan wyznaczył, i czy hospicjum w ogóle ma szansę przetrwać.

– Dołączyłam do zespołu hospicjum rok po śmierci księdza Jana – opowiada Majka Wieczorek, doradczyni zarządu ds. komunikacji (która najpierw dojeżdżała z Warszawy, a potem przeprowadziła się na Kaszuby). – Członkinie ówczesnego zarządu – oprócz Ani i Alicji była w nim wtedy również Małgosia Kaczkowska (bratowa Jana, która w tej chwili działa w fundacji jego imienia) – stanęły przed wyzwaniem: co dalej? Poprzestać na tym, co dotąd, czy się rozwijać i doskonalić, aby pomagać jeszcze większej liczbie ludzi? Zwyciężyła ta druga opcja. Zaimponowało mi to i bardzo mnie ucieszyło – mówi Majka Wieczorek.

– Zanim to jednak nastąpiło, dokonaliśmy analizy naszych zasobów finansowych – dodaje Alicja Makowska. – Prowadzenie każdego hospicjum, a tym bardziej w standardzie takim, jaki wypracowaliśmy z księdzem Janem, wymaga naprawdę dużych finansów. Dotacje z NFZ stanowią w naszym budżecie ok. 50-60 proc., resztę pieniędzy musimy zdobyć sami. Kiedy żył ksiądz Jan, to właśnie on zajmował się – jak zwykł mawiać – żebraniem na hospicjum. Ania i ja wiedziałyśmy, iż my żebrać nie będziemy, bo nie potrafimy, nie mamy Janowej charyzmy.

– Tymczasem Małgosia Kaczkowska wyliczyła, iż pieniędzy, którymi wówczas dysponowaliśmy, wystarczy na dwa lata działalności – wyjaśnia dalej Makowska. – jeżeli więc nie rozpoczniemy intensywnych działań fundraisingowych, dojdziemy do miejsca, w którym zostaniemy bez wystarczających środków na dalsze funkcjonowanie. Wiedziałyśmy, iż jeżeli chcemy podążać w kierunku, który wytyczaliśmy wspólnie z księdzem Janem, to droga jest tylko jedna: do przodu. To zaś oznacza rozwój, a konkretnie odważenie się na realizację Janowych i naszych marzeń oraz planów. Tylko skąd na nie wziąć pieniądze?

Blisko chorego

– Jednym z marzeń ks. Jana była edukacja. Niestrudzenie powtarzał i pokazywał poprzez to, co i jak robił, iż chorujący, również na śmiertelną chorobę, ma prawo żyć pełnią życia, jeżeli oczywiście jego stan mu na to pozwala. Realizować swoje plany i marzenia, spełniać dotychczasowe role: męża, matki, córki, dziadka, przyjaciela itp. Ma prawo – jak sam Jan to ujął – „żyć aż do końca”. Ale, żeby to było możliwe, on sam oraz opiekujący się nim muszą nauczyć się instrukcji obsługi choroby, z którą się zmaga – stwierdza Alicja Makowska.

Jednym z marzeń ks. Jana była edukacja. Niestrudzenie powtarzał i pokazywał poprzez to, co i jak robił, iż chorujący, również na śmiertelną chorobę, ma prawo żyć pełnią życia

Alicja Makowska

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

– Żeby chory mógł „żyć aż do końca”, musi być otoczony odpowiednią opieką. Zapewniamy taką w hospicjum stacjonarnym i domowym oraz w poradni medycyny paliatywnej. Ale przecież nie wszyscy chorzy mogą z opieki hospicjum skorzystać, wielu choruje w swoich domach – mówi Majka Wieczorek. I dodaje: – A tam opiekują się nimi ich bliscy czy inne osoby, które nie mają przecież zwykle wiedzy medycznej, psychologicznej, fizjoterapeutycznej, jak taką opiekę sprawować. Stąd pomysł, aby osobom opiekującym się chorymi w domu przekazać bardzo konkretną wiedzę naszych specjalistów. I tak wpadliśmy na pomysł stworzenia portalu bliskochorego.pl. To była gigantyczna praca, która przyniosła nam mnóstwo satysfakcji.

Jak gigantyczna, widać już na pierwszy rzut oka po wejściu na ten portal. Wystartował w sieci w 2020 roku i okazał się ogromną pomocą nie tylko dla osób opiekujących się samodzielnie nieuleczalnie chorymi w domu, ale też dla tych, którzy mierzyli się (i często przez cały czas mierzą) z konsekwencjami COVID–19. Co szczególnie ważne, portal bliskochorego.pl oferuje wszechstronną wiedzę w zakresie wielu dziedzin, jednocześnie podaną w przystępny sposób.

– Po uruchomieniu portalu, mieliśmy ogromny odzew, ludzie nam dziękowali za informacje, jakie tam znajdują, bez których czuli się bezradni i zagubieni. I to wciąż trwa, bo w portalu jest skrzynka, można do nas pisać, cały czas mamy więc feedback – opowiada Majka Wieczorek. – Nie bez znaczenia było również to, iż portal pozwolił nam wypłynąć na szerokie wody, bo ma przecież zasięg ogólnopolski. Poczuliśmy – mówiąc językiem fundrasingu – iż nie jesteśmy już marką wyłącznie lokalną. A bez księdza Jana, który kiedyś rozsławiał nas w Polsce i świecie, taką się staliśmy. To było dla nas wielkie święto, również dlatego, iż taka rozpoznawalność pozwala zainteresować naszymi działaniami większą liczbę darczyńców.

Jak takie myślenie i działania procentują, przekonałam się podczas oprowadzania po hospicjum. Wcześniej znałam tu adekwatne każdy zakamarek, miałam możliwość przebywać w hospicjum wielokrotnie oraz towarzyszyć Janowi i innym pracownikom w ich codziennych zajęciach. Teraz potrzebuję przewodnika, żeby trafić do hospicyjnej (nowej) kaplicy czy pomieszczeń administracyjnych.

Budynek hospicjum został rozbudowany i częściowo przebudowany. Jego powierzchnia zwiększyła się o ok. 50 proc. Dawną kaplicę i kilka innych pomieszczeń na parterze budynku zaadaptowano na pokoje dla chorych. – Dla księdza Jana i całego naszego zespołu zawsze priorytetem było stworzenie jak najlepszych warunków pacjentom. Dlatego dzięki tym zmianom mogliśmy zrezygnować z pokoi trzyosobowych. Dziś nasi pacjenci mają do dyspozycji pokoje dwu- i jednoosobowe – opowiada Alicja Makowska, która oprowadza mnie po hospicjum.

Z dumą i euforią prezentuje mi piękny pokój SPA z wanną wyposażoną w funkcję masażu i oczywiście podnośnik. Tu pacjent nie tylko ma możliwość wykąpania się w celach higienicznych, ale też zażycia nieco relaksu. Kąpieli może towarzyszyć wybrana muzyka, odpowiednio dobrany kolor światła, aromaterapia. Wszystko to w pięknej aranżacji tego miejsca: jedną ze ścian ozdabia kwiatowo-liściasta tapeta przywodząca na myśl egzotyczny ogród.

– W pokoju SPA realizowane są również zabiegi beauty, takie jak: koloryzacja, obcinanie i modelowanie włosów, manicure czy lakierowanie paznokci – dowiaduję się później podczas rozmowy z Wiolettą Broniarz, koordynatorką opiekunów medycznych.

Życie i śmierć

Bardzo ważnym miejscem w hospicjum jest pokój pożegnań. – Bardzo zależało nam, aby ciało zmarłego do samego końca pobytu w hospicjum traktowane było z szacunkiem. To ważne nie tylko dla jego bliskich, którzy właśnie tu mogą się ze swoim zmarłym pożegnać, ale także dla całego zespołu – opowiada Alicja Makowska. I wyjaśnia: – Skoro w medycynie paliatywnej tak mocno akcentuje się troskę o godność chorego i umierającego, to również z szacunkiem trzeba i warto traktować ciało człowieka po śmierci.

Urządzony ze skromną elegancją pokój pożegnań znajduje się na tyłach budynku hospicjum, także dlatego, by odbieranie ciała przez firmy pogrzebowe odbywało się z odpowiednią dyskrecją.

Bestseller Sale!
  • Ks. Jan Kaczkowski
  • Katarzyna Jabłońska

Szału nie ma, jest rak

28,56 34,00
Do koszyka
Książka – 28,56 34,00 E-book – 24,48 30,60

W przestronnym holu części hospicjum zamieszkiwanej przez pacjentów przez cały czas stoi pianino. Obok niego umieszczono tuż po śmierci księdza Jana jego duży portret. W tym holu toczy się codzienne życie pensjonariuszy i personelu medyczno-opiekuńczego. Ci z chorych, którzy poruszają się o własnych siłach, w jasnym, dzięki licznym oknom, holu wspólnie siadają do posiłków. W tym miejscu uczestniczą w różnego rodzaju warsztatach, w tej chwili trwa przygotowywanie palm wielkanocnych.

Odbywają się tu również różnorakie wydarzenia i aktywności: koncerty, Dzień Regionalnych Smaków, wyciskanie soków ze świeżych owoców i warzyw, zajęcia dogoterapii oraz inne spotkania. Część z nich, jak na przykład projekcje filmów czy pokazy zdjęć na dużym ekranie, mają miejsce w obszernej kaplicy, gdzie na czas trwania wydarzenia ołtarz oddzielony zostaje przesuwaną ścianką.

– Do udziału w tych aktywnościach zapraszani są pacjenci, ich bliscy, personel hospicjum (jeśli właśnie dysponuje czasem) i nasi wolontariusze, na szczęście wciąż mamy ich wielu – opowiada Wioletta Broniarz, która niejedną z tych aktywności wymyśliła i dba o ich cykliczność.

– Wiola troszczy się o to, żeby stworzyć w hospicjum jak najbardziej domową atmosferę – mówi Alicja Makowska. – To arcyważne, bo, jak dowodzą badania, za najlepsze miejsce do umierania ludzie uważają swój dom i przysłowiowe własne łóżko.

A pani Wioletta dodaje: – Bardzo nam zależy, żeby nasi pacjenci, którym choroba odebrała możliwość wielu różnych aktywności, nie zostali ich całkowicie pozbawieni. Na przykład w Dniu Regionalnych Smaków hospicyjny hol jest zastawiony stołami, na których serwowane są różne lokalne i sezonowe specjały, podarowane nam przez okolicznych producentów. To może nie to samo co wyjście do restauracji, ale jednak forma pewnej celebracji.

Jeśli w tym czasie pacjenci mają gości, również oni zapraszani są do kosztowania potraw. Stwarza to znakomitą okazję do nawiązywania rozmów, przełamywania lodów i lęków zarówno u pacjentów, jak i u ich bliskich.

– Niejednokrotnie właśnie takie nieformalne spotkania i rozmowy podczas degustacji potraw czy wspólnie przygotowanych świeżo wyciśniętych soków dają początek późniejszym rozmowom na tematy dotyczące umierania lub pożegnania z bliskim, który śmierć ma już na horyzoncie – opowiada Wioletta Broniach.

Najważniejsze są relacje

– Wiola ma niezwykły dar budowania relacji, a te są w chorowaniu najważniejsze, przekonywał ksiądz Jan. Wiola ma także umiejętność dostrzegania rzeczy drobnych, ale niezwykle ważnych, dlatego powierzyliśmy jej jeszcze jedną funkcję: animatorki relacji – mówi Alicja Makowska.

– Wspaniale jest wykonywać taki zawód, który jeszcze dodatkowo został wymyślony specjalnie dla ciebie – śmieje się Wioletta Broniarz.

– A mówiąc serio, to funkcja odpowiedzialna i wymagająca uważności – wyjaśnia Alicja Makowska. I kontynuuje: – Zadaniem Wioli jest wychwycenie tych, często drobnych, ale ważnych potrzeb czy obaw pacjentów i ich bliskich, które w ich niełatwej sytuacji bywają kolejnym utrudnieniem czy troską. A także tych potrzeb, które sprawiają im euforia lub choćby drobną przyjemność.

– To może być na przykład podanie pacjentowi o siódmej rano kawy, którą od lat miał zwyczaj pijać w domu właśnie o tej porze – włącza się pani Wioletta. – Taka mała rzecz, bywa dla pacjenta bardzo ważna, każdy z nas ma przecież swoje codzienne rytuały. Dlaczego więc mielibyśmy ich w hospicjum nie kontynuować?

– Oczywiście, iż możemy – dodaje Alicja Makowska. – Ale raczej ani pacjent, ani jego bliski nie poprosi o to. Będą się wstydzili lub uważali, iż to nadmierne oczekiwanie z ich strony. Dlatego potrzebujemy animatora relacji, czyli kogoś tak wrażliwego i uważnego jak Wiola.

W Ogrodzie Marzeń

Za dużymi oknami centralnej części holu znajduje się założony kilka lat temu „Ogród Marzeń”. Umieszczono w nim figurę Matki Bożej. Co miesiąc wokół niej ustawiane są znicze z imionami i nazwiskami osób, które w minionym miesiącu zmarły w hospicjum. Wcześniej odprawiana jest w ich intencji Msza św. w hospicyjnej kaplicy.

Małe rzeczy bywają dla pacjentów bardzo ważne, każdy z nas ma przecież swoje codzienne rytuały. Dlaczego więc mielibyśmy ich w hospicjum nie kontynuować?

Wioletta Broniach

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Pośród drzew i różnorodnych ozdobnych roślin w przyhospicyjnym ogrodzie usytuowano ławki i altany, zarówno te zamykane (w tym jedna jest ogrzewana), jak i otwarte. Z ogrodu korzystają także pacjenci, którzy samodzielnie nie są w stanie się poruszać. Wjeżdżają na jego teren na wózkach i łóżkach.

– Nie stanowi to żadnego problemu, jakiś czas temu zmieniliśmy choćby kostkę tuż za oknami balkonowymi holu, żeby te wyjazdy do ogrodu odbywały się komfortowo – wyjaśnia Alicja Makowska. A ja czuję się, jakbym słyszała Jana, który w 2013 roku opowiadał mi swoją wizję działania hospicjum, gdzie centralne miejsce zajmował chory człowiek, a zaraz za nim jego bliscy.

Medycyna paliatywna poświęca wiele uwagi również bliskim chorych osób. W puckim hospicjum działają – niektóre z nich już od czasów księdza Jana – grupy wsparcia w żałobie dla dzieci i dorosłych, których bliscy byli pacjentami tutejszego hospicjum stacjonarnego i domowego oraz poradni medycyny paliatywnej. w tej chwili z ogólnej grupy dzieci wydzielono grupę młodzieży. Ich uczestnicy mogą liczyć nie tylko na pomoc psychologiczną, ale też psychiatryczną, a choćby prawną. W ramach spotkań realizowane są różnorakie warsztaty. Uczestnicy zapraszani są także na specjalnie dla nich organizowane wydarzenia oraz na wiele z tych, które realizowane są z różnych okazji w hospicjum.

– Kilka lat temu trafił do nas na praktyki student psychologii. W trakcie rozmowy kwalifikacyjnej okazało się, iż jako dziecko uczestniczył w jednej z takich grup, bo jego mama była naszą pacjentką – opowiada Alicja Makowska. – Kiedy zapytałam, dlaczego na staż wybrał właśnie nasze hospicjum, odpowiedział: „W czasie chorowania mojej mamy i po jej śmierci doświadczyliśmy z tatą w hospicjum i od hospicjum tak wiele dobra, iż chciałbym choć odrobinę go teraz hospicjum podarować”. Dodał też, iż pomysł stażu u nas popiera mocno jego tata – mówi wzruszona pani Alicja.

Od wielu lat przy hospicjum funkcjonuje Pomorska Grupa wsparcia im. Rafała Zawidzkiego. Wiele z jej uczestniczek (bo to głównie kobiety) jest w niej od lat, podobnie jak prowadząca ją psycholożka Hanna Ukleja. Panie nie tylko nawzajem się wspierają, ale też wspólnie podróżują po Polsce i świecie oraz realizują swoje pasje, angażują się w przeróżne aktywności. Inspirują też innych – w Glasgow powstał siostrzany odpowiednik grupy. Oczywiście są z jej uczestniczkami w bliskim kontakcie.

Ciąg dalszy nastąpił

Wszyscy pracownicy hospicjum mają świadomość, iż może ono oferować swoim pacjentom oraz ich bliskim opiekę o najwyższych standardach, a także rozwijać się dzięki hojności darczyńców. W dobudowanej części hospicjum na piętrze znajdują się, oprócz gabinetów lekarskich i fizjoterapeuty, liczne pomieszczenia biurowe, ponieważ załoga hospicjum znacznie powiększyła się w ciągu ostatnich dziesięciu lat.

Bestseller Sale!
  • Ks. Jan Kaczkowski
  • Katarzyna Jabłońska

Żyć aż do końca

39,92 49,90
Do koszyka
Książka – 39,92 49,90 E-book – 35,92 44,91

– Niektórych pewnie może dziwić, iż w placówce takiej jak nasza, zatrudnionych jest aż kilka osób zajmujących się komunikacją i fundraisingiem – mówi Majka Wieczorek. I wyjaśnia: – jeżeli naprawdę chce się zbudować realną więź z darczyńcami, potrzeba systematycznych, konkretnych działań. Pozostawania z nimi w stałym kontakcie, informowania, na co przeznaczamy ich pieniądze, jakie mamy potrzeby i plany. To codzienna, bardzo czasochłonna, wymagająca zaangażowania praca. Ale jej rezultaty przynoszą nie tylko wymierne efekty w postaci finansowania naszych projektów, ale też dają nam ogromną satysfakcję.

– Darczyńców uważamy za integralną część naszej hospicyjnej społeczności, podobnie jak wolontariuszy, którzy podarowują hospicjum swój czas i talenty – dodaje Alicja Makowska.

Pośród darczyńców są osoby, którym powiodło się w biznesie, ale też pacjenci hospicjum, ich bliscy oraz ci, którzy cenią to, co się tutaj dzieje. Wcześniej niestrudzenie opowiadał o tym, jak również o tym, czym jest życie z chorobą, Jan Kaczkowski. Z wyboru stał się onkocelebrytą, jak sam siebie określał. – W tym gwiazdorzeniu świadomie wykorzystuję swoją chorobę i zainteresowanie moją osobą, żeby mówić o pasji mojego życia: opiece hospicyjnej i w ogóle medycynie paliatywnej – mówił w książce „Żyć aż do końca. Instrukcja obsługi choroby”.

– W tej materii ksiądz Jan był niezastępowalny – mówi Alicja Makowska. – Ale chyba tam z góry czuwa nad nami, by o nas nie zapomniano, skoro na przykład powstał film „Johnny”, którego przecież nasze hospicjum jest jednym z bohaterów.

– Premiera filmu zbiegła się z otwarciem naszego Ogrodu Marzeń. Ależ to było wydarzenie! – opowiada Wioletta Broniarz. – Maćkowi Dolewskiemu, który odpowiadał za ten projekt, postanowiliśmy podarować ogrodniczki z napisem: Ogrodnik Marzeń. Wręczał mu je… Dawid Ogrodnik.

O tym, co dzieje się w hospicjum, i jak to się dzieje, iż tyle się tam dzieje, można by napisać książkę. Zawarta byłaby w niej opowieść o ludziach, których zaskoczyła śmiertelna choroba. A także o ich bliskich, których przygniotła choroba i umieranie tych, których kochali. Byłaby to też historia o tych, którzy nie boją się być z umierającymi i tymi, którym tak trudno rozstać się z kochanymi bliskimi, iż niekiedy proszą hospicyjny personel o coś, co jest sprzeczne z zasadami medycyny paliatywnej (a co oznaczą już terapię uporczywą, czyli taką, która przysparza choremu cierpienia). Oczywiście działają w dobrej wierze, gdyby wiedzieli, iż dopominają się o procedury medyczne, które przysparzają cierpienia ich chorym bliskim, wielu z nich najprawdopodobniej by ich zaniechała.

To byłaby również książka, której głównymi bohaterkami stałyby się choroba, umieranie i śmierć. Brzmi źle, a choćby bardzo źle. Chorobę i umieranie, którym towarzyszą przecież ból, cierpienie i lęk, można by potraktować jako krańcową niesprawiedliwość, skandal, a choćby dowód na obojętność Boga wobec człowieka. Można by, gdyby nie działania takich miejsc, jak puckie hospicjum i takich osób, jak ksiądz Jan Kaczkowski.

Puckie hospicjum udowadnia, iż „ciąg dalszy nastąpił”.

Idź do oryginalnego materiału