Zdaję sobie sprawę, iż temat który chcę poruszyć należy do sfery spraw delikatnych i drażliwych, mimo to zdecydowałem się zabrać głos, ponieważ bardzo często czytelnicy moich powieści i tekstów publicystycznych zadają mi pytanie, dlaczego jestem tak bardzo antyklerykalny, iż aż pachnie to nienawiścią?
Jeżeli krytyka poczynań Kościoła, jako instytucji zaufania społecznego, a także niektórych przedstawicieli jego, czyli duchownych, uważana jest za objaw nienawiści, to mam jasny dowód na to, iż faktycznie z Kościołem katolickim coś jest nie tak.
Używając określenia Kościół mam na myśli wspólnotę, pełny wymiar Kościoła, począwszy od wiernych, a następnie duchowieństwa, Konferencji Episkopatu Polski, 14 metropolii łacińskich, 1 grekokatolickiej, 41 diecezji ( w tym 14 archidiecezji ), jednego głównego Ordynariatu Polowego Wojska Polskiego, a skończywszy na parafiach, podstawowych jednostkach organizacyjnych Kościoła katolickiego i innych wyznań chrześcijańskich. Jest ich w Polsce ponad 10 000 tysięcy. Nad tą machiną czuwa przedstawiciel papieża, pod postacią Nuncjusza Apostolskiego.
Trzeba przyznać, iż struktura Kościoła jest nieprawdopodobnie sprawną instytucją. Dzięki parafiom przenika do podstawowych komórek społecznych, czyli rodzin, przez co pozostaje w bezpośrednim i stałym kontakcie z wiernymi.
Przez setki lat Kościół podporządkowywał wiele obszarów życia społeczno politycznego, miał wpływ na politykę międzynarodową i wewnętrzną, a także na szkolnictwo. Odgrywał kluczową rolę w kształtowaniu państwowości i tożsamości narodowej, wynikającej z nauki Kościoła i jego wyobrażeń o patriotyzmie. A wyobrażenie to było tożsame z mnożeniem i utrwalaniem przywilejów, co owocowało rosnącą pozycją episkopatu. Sami historycy kościelni piszą wprost, iż w żadnym europejskim kraju episkopat, czyli w rzeczywistości Kościół katolicki, nie miał takich wpływów, jak w Polsce. Można ze spokojnym sumieniem stwierdzić, iż prymasi w dawnej Polsce mieli większą władzę niż królowie.
Kościół miał do dyspozycji swój aparat propagandowy – rzecz nie do przecenienia – wykorzystywany głównie dla dobra własnego.
Podobnie było z kościelną dyplomacją. Polska, Polską, jednak najważniejsze zawsze były przywileje. jeżeli kto nie wierzy, niech zapozna się z historią rozbiorów i przede wszystkim Targowicy ( Konfederacja targowicka ). Nie jest to jednak proste zadanie, bowiem w wielu tekstach ( szczególnie w internecie ) jedynymi sprawcami zdrady targowickiej byli magnaci i część szlachty. To zwykłe kłamstwo. Niech zabrzmią tu słowa znanego historyka i literata przełomu wieków, Aleksandra Świętochowskiego, który pisał: „nigdy i nigdzie nie było tylu przedajnych biskupów”.
Konfederaci zaprzepaścili wszystkie reformy wynikające z Konstytucji 3 maja, dając pierwszeństwo warcholstwu i nepotyzmowi. Winni byli paraliżowi prawnemu sądów i wojewodów. W ciągu roku oddali państwo pod władzę Kościoła i Rosji. Przyszło jednak konfederatom zapłacić za tę zdradę podczas Insurekcji Kościuszkowskiej – większość zdrajców zawisła na szubienicach.
A teraz, zanim przejdę do dalszej części, ważna uwaga. Wszystko o czym piszę, to moje i tylko moje opinie na ten temat, jednak nie są one wymysłami człowieka zacietrzewionego, owładniętego nienawiścią do Kościoła. Od lat interesują mnie wierni, ich stosunek do religii i jej wpływ na życie codzienne.
Śmiem twierdzić, iż wiara (używając skrótu myślowego) traktowana jest w Polsce powierzchownie, jako kontynuacja tradycji i zwyczajów ludycznych: świąt Bożego Narodzenia, Wielkanocy, Pierwszej Komunii Świętej, chrzcin, ślubów i pogrzebów, ale bez zagłębiania się w duchową głębię tych uroczystości. Wigilia została zawłaszczona przez zwyczaj rozdawania pod choinkowych prezentów, Wielkanoc przez śmigus – dyngus, a Pierwsza Komunia spłaszczona została tradycją bezsensownych prezentów, od zegarków, laptopów i rowerów, po nieszczęsne quady niosące kalectwo, a nierzadko i śmierć.
Wymienione przeze mnie fundamentalne dla wiary katolickiej święta, zamiast stanowić czas wyciszenia i głębokiej zadumy nad duchowością człowieka, są okazją do gastronomiczno towarzyskich „domówek”. Nikt nie jest w stanie wiarygodnie określić jaki procent wiernych podczas świąt kościelnych przechodzi odnowę duchową, ponieważ badania statystyczne dotyczące tak intymnej materii nie zapewniają miarodajnych odpowiedzi, a poza tym nikomu nie zależy na prawdzie, której na dodatek nie da się zmierzyć, zważyć ani policzyć. Ważniejsze są przekonania.
Badania statystyczne określają ilość katolików w Polsce na 94%, w przybliżeniu. Gdyby choćby owo 94% pomniejszyć o „przybliżenie”, to uzyskany wynik budzi respekt, ale wobec ochrzczonych, ponieważ akt chrztu jest jedynym, dokładnie policzalnym wyznacznikiem wiary i dopóki problem wiary polskiego narodu rozgrywa się głównie na płaszczyźnie Kościoła statystycznego, to ma się naprawdę nieźle. Gorzej jest w zderzeniu zasad wiary z codziennością.
Moim zdaniem owe zasady nie wytrzymują pokus życia rozgrywającego się poza kościołem. Praktyka pokazuje, ( oczywiście nie mam zamiaru generalizować ) iż nieuczciwość w życiu prywatnym, w bogaceniu się, uciechy cielesne, czyli hedonizm, zdecydowanie wygrywają z katolicką doktryną nagradzania za dobre uczynki, za przestrzeganie przykazań i nakazów, według której katolik dostępuje życia wiecznego w niebie.
A propos liczby katolików w Polsce, to bardzo zasłużony duchowny działający we Wrocławiu, Stanisław Orzechowski, który był długoletnim duszpasterzem akademickim Wawrzyny, był także duszpasterzem robotników i kolejarzy, któremu Kardynał Henryk Gulbinowicz w uznaniu jego duszpasterskiej działalności, powierzył funkcję diecezjalnego duszpasterza świata pracy, powiedział: moim zdaniem mamy w Polsce około 4% wiernych w pełni zasługujących na miano katolik, czyli kogoś takiego, kto łączy wiarę z życiem codziennym.
A teraz rozejrzyjmy się uważnie. Jest nas w kościołach bez liku, tłumy w nawach głównych i nawach bocznych. Pełne skupienie. Pochylone głowy, przekazujemy sobie znak pokoju, następnie przystępujemy do komunii, odchodzimy w ciszy, a potem już droga wolna. Wzmocnieni duchowo ruszamy w boży świat. Pierwsi ruszają katolicy zmotoryzowani. Lepiej nie wchodzić im w drogę. Większość z nich nie łączy zachowania na drodze z udziałem we mszy świętej. Zakazy i nakazy kodeksu drogowego mają za nic, a im bardziej czują się sfrustrowani, tym większa rodzi się w nich drapieżność. Rocznie w wypadkach drogowych ginie około 2000 tysięcy osób! Co roku zatrzymywanych jest ponad 90 000 tysięcy nietrzeźwych kierowców, ale należy pamiętać, iż policja nie jest w stanie prowadzić codziennej kontroli trzeźwości na obszarze całego kraju. Czyni to wyrywkowo, w związku z czym śmiało można przyjąć, iż liczba nietrzeźwych kierowców uważających się za osoby wierzące, wzrosłaby dziesięciokrotnie, może stukrotnie. Strach pomyśleć ilu pijanych porusza się każdego dnia drogami katolickiego kraju.
A jaki jest udział procentowy w społeczności katolickiej pijaków niezmotoryzowanych, złodziei i okazjonalnych złodziejaszków, oszustów, łobuzów, bandytów i zwykłych rozrabiaków, zawistników, donosicieli, ile jest niewiernych kobiet i mężczyzn, ilu damskich bokserów, seksualnych zboczeńców i zwykłych, nieokrzesanych chamów?
Nikt nie wie, bo nie ma kompleksowych badań poświęconych problemowi moralności społeczeństwa, przekładających się na poczucie narodowej dumy, lub frustracji i wstydu. Ale to drugie raczej nam nie grozi, ponieważ bardzo wysoko i dumnie nosimy głowy, i nic nie mąci naszych pysznych nastrojów, bez względu na społeczno polityczne okoliczności.
W takim razie na koniec wyleje kubeł chłodnej wiedzy na nasze rozgorączkowane dumą tysiącletniego istnienia głowy.
Otóż na terenie dzisiejszej Turcji znajduje się stanowisko archeologiczne, liczące ponad 10 tysięcy lat. Jest to miasto, tak, miasto, które na długo przed naszą erą miało około 8 – 10 tysięcy mieszkańców, więcej niż w średniowiecznym Krakowie, ówczesnej stolicy naszego państwa.
„Çatalhöyük, tak nazywa się to prastare miasto, nie jest jedyną, tak starą osadą na tamtym terenie. Co ważne, owe miasta zamieszkiwała zaawansowana technicznie ludność, niewątpliwie dzieci Boga, ( według chrześcijan) mimo iż nie byli ochrzczeni, ponieważ nie było księży, biskupów ani stolicy apostolskiej. Trzeba było poczekać kilka tysiącleci, aż człowiek stworzy Kościół dla własnych potrzeb, ponieważ nie istnieje najmniejsza wzmianka o sprawstwie Boga w tym przedsięwzięciu, a słowa Jezusa: „To czyńcie na moją pamiątkę” wypowiedziane podczas Ostatniej Wieczerzy, nie stanowią przymusu tworzenia budowli i potężnej instytucji, tylko nakaz powtarzania Eucharystii. Ot i cała prawda, oczywiście w wielkim skrócie, co nie znaczy, iż oparta na kłamstwie i manipulacjach.
„Dzięki Bogu” każdy człowiek posiada wielki i potężny dar, rozum, którym powinien się posługiwać, próbując rozumieć świat samodzielnie, bez fundowanych mu gotowych rozwiązań zapewniających wyimaginowaną krainę szczęśliwości, obietnicę, której w żaden sposób nie da się uwiarygodnić.

1 tydzień temu















