Dziś rano, w wigilię Triduum Paschalnego, papież Leon XIV po raz pierwszy jako Biskup Rzymu przewodniczył Mszy Krzyżma w Bazylice Świętego Piotra – pierwszej z dwóch celebracji eucharystycznych sprawowanych przez papieża w Wielki Czwartek – w otoczeniu całej diecezji rzymskiej.
Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Źródło: ACI Prensa | 2 kwietnia 2026 |Photo credit: Daniel Ibañez/EWTN News
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Przeczytaj pełny tekst tutaj:
Drodzy bracia i siostry,
ZOBACZ RÓWNIEŻ:
Jesteśmy teraz u progu Triduum Paschalnego. Pan po raz kolejny poprowadzi nas na szczyt swojej misji, aby Jego męka, śmierć i zmartwychwstanie stały się sercem naszej własnej. To, co zaraz na nowo przeżyjemy, ma bowiem moc przemienić to, co ludzka pycha zwykle zatwardza: naszą tożsamość, nasze miejsce w świecie. Wolność Jezusa przemienia serca, leczy rany, perfumuje i rozświetla nasze twarze, jedna i jednoczy, przebacza i wskrzesza nas do nowego życia.
W tym pierwszym roku, w którym przewodniczę Mszy Krzyżma jako Biskup Rzymu, pragnę wraz z wami zastanowić się nad misją, do której Bóg nas konsekruje jako swój lud. Jest to misja chrześcijańska, misja samego Jezusa i żadna inna. Każdy uczestniczy w niej zgodnie ze swoim powołaniem i w osobistym posłuszeństwie głosowi Ducha Świętego, ale nigdy bez innych, nigdy nie zaniedbując ani nie zrywając komunii! Biskupi i kapłani, odnawiając nasze przyrzeczenia, służymy ludowi misyjnemu.
Razem ze wszystkimi ochrzczonymi jesteśmy Ciałem Chrystusa, namaszczonym Jego Duchem wolności i pocieszenia, Duchem proroctwa i jedności. To, czego Jezus doświadcza w kulminacyjnych momentach swojej misji, jest już zapowiedziane w fragmencie z Księgi Izajasza, który On sam wskazał w synagodze w Nazarecie jako Słowo, które spełnia się „dzisiaj” (por. Łk 4, 21). W godzinie Wielkanocy bowiem staje się definitywnie jasne, iż Bóg konsekruje, aby posyłać. On „posłał mnie” (Łk 4, 18), mówi Jezus, opisując ten ruch, który jednoczy Jego Ciało z ubogimi, więźniami, tymi, którzy błądzą w ciemnościach i uciśnionymi. A my, członkowie Jego Ciała, nazywamy „apostolskim” Kościół posłany, a nie statyczny, który wykracza poza siebie, poświęcony Bogu w służbie Jego stworzeniom: „Jak Ojciec Mnie posłał, tak i Ja was posyłam” (J 20, 21).
Wiemy, iż bycie posłanym oznacza przede wszystkim oderwanie, czyli ryzyko opuszczenia tego, co znane i bezpieczne, aby zapuścić się w to, co nowe. Ciekawe, iż „mocą Ducha” (Łk 4, 14), który zstąpił na Niego po chrzcie w Jordanie, Jezus powraca do Galilei i udaje się „do Nazaretu, gdzie się wychował” (w. 16). To właśnie to miejsce musi teraz opuścić. Porusza się „jak zwykle” (tamże), ale po to, by zainaugurować nową erę. Teraz musi definitywnie opuścić to miasto, aby to, co tam kiełkowało, szabat po szabacie, w wiernym słuchaniu Słowa Bożego, mogło dojrzeć.
Podobnie On wezwie innych do wyruszenia, do podjęcia ryzyka, aby żadne miejsce nie stało się celą, żadna tożsamość jaskinią. Drodzy bracia i siostry, naśladujemy Jezusa, który „nie skorzystał ze sposobności, aby na równi być z Bogiem, ale ogołocił samego siebie” (Flp 2, 6-7). Każda misja zaczyna się od takiego ogołocenia, w którym wszystko się odradza. Nasza godność jako synów i córek Bożych nie może zostać nam odebrana ani utracona, ale nie można też wymazać uczuć, miejsc i doświadczeń, które są u źródeł naszego życia.
Jesteśmy spadkobiercami tak wielu dóbr, a jednocześnie ograniczeń historii, w której Ewangelia musi nieść światło i zbawienie, przebaczenie i uzdrowienie. Misja rozpoczyna się zatem od pojednania z naszymi korzeniami, z darami i ograniczeniami otrzymanej formacji; jednocześnie nie ma pokoju bez odwagi odejścia, nie ma świadomości bez śmiałości oderwania się, nie ma euforii bez podejmowania ryzyka.
Jesteśmy Ciałem Chrystusa, jeżeli wprawimy się w ruch, wychodząc poza siebie, godząc się z przeszłością, nie pozostając jej więźniami: wszystko zostaje odzyskane i pomnożone, jeżeli najpierw odpuścimy, bez lęku. To pierwszy sekret misji. I nie doświadcza się go tylko raz, ale w każdym nowym początku, w każdym kolejnym posłaniu.
Droga Jezusa objawia nam, iż gotowość do zatracenia się, do wyrzeczenia się siebie, nie jest celem samym w sobie, ale warunkiem spotkania i intymności. Miłość jest prawdziwa tylko wtedy, gdy jest bezbronna, potrzebuje niewiele, nie ostentacji i czule pielęgnuje słabość i nagość. Trudno nam podjąć się tak otwartej misji, a jednak nie ma „dobrej nowiny dla ubogich” (por. Łk 4, 18), jeżeli zbliżamy się do nich z oznakami mocy, ani nie ma autentycznego wyzwolenia, jeżeli nie uwolnimy się od zaborczości.
Dotykamy tu drugiego sekretu misji chrześcijańskiej. Za oderwaniem kryje się prawo spotkania. Wiemy, iż w historii misja była często wypaczana przez logikę dominacji, całkowicie obcą drodze Jezusa Chrystusa. Święty Jan Paweł II miał jasność i odwagę uznać, iż „dzięki więzi, która łączy nas wszystkich w Ciele Mistycznym, i choćby bez osobistej odpowiedzialności czy unikania sądu Boga, jedynego znającego serca, dźwigamy ciężar błędów i grzechów tych, którzy odeszli przed nami” [1].
Dlatego teraz należy koniecznie pamiętać, iż ani w sferze duszpasterskiej, ani w sferze społeczno-politycznej, dobro nie może zrodzić się z arogancji. Wielcy misjonarze dają świadectwo ostrożnego podejścia, którego metodą jest dzielenie się życiem, bezinteresowna służba, wyrzeczenie się wszelkich kalkulacji, dialog i szacunek. To jest droga Wcielenia, która wciąż na nowo przybiera formę inkulturacji. Zbawienie bowiem może być przyjęte przez każdego człowieka jedynie w jego własnym języku ojczystym.
„Jakżeż więc każdy z nas słyszy je w swoim własnym języku?” (Dz 2,8). Zaskoczenie Pięćdziesiątnicy powtarza się, gdy nie próbujemy kontrolować Bożego czasu, ale ufamy Duchowi Świętemu, który „jest obecny dzisiaj, tak jak za czasów Jezusa i apostołów, obecny i działający, przybywa przed nami, działa więcej i lepiej niż my; nie do nas należy sianie Go ani przebudzenie, ale przede wszystkim rozpoznanie Go, powitanie, pójście za Nim, utorowanie Mu drogi i pójście za Nim. On jest obecny i nigdy nie stracił nadziei co do naszych czasów; wręcz przeciwnie, uśmiecha się, tańczy, przenika, ogarnia, dociera choćby tam, gdzie nigdy byśmy sobie nie wyobrazili”[2].
Aby osiągnąć tę harmonię z tym, co niewidzialne, musimy z prostotą dotrzeć do miejsca, do którego jesteśmy posłani, oddając hołd tajemnicy, którą każdy człowiek i każda wspólnota nosi w sobie: świętości, która przenika nas ze wszystkich stron i która zostaje naruszona, gdy zachowujemy się tak, jakbyśmy byli właścicielami miejsc i życia innych. Jesteśmy gośćmi: jesteśmy gośćmi jako biskupi, jako księża, jako zakonnice i mnisi, jako chrześcijanie. W istocie, aby przyjąć innych, musimy nauczyć się pozwalać, by nas przyjęto.
Nawet miejsca, w których sekularyzacja wydaje się najbardziej zaawansowana, nie są ziemiami do podboju lub ponownego podboju: „Nowe kultury wciąż rozwijają się w tych rozległych geografiach ludzkich, gdzie chrześcijanin nie jest już zwykle propagatorem ani generatorem sensu, ale raczej otrzymuje od nich inne języki, symbole, przesłania i paradygmaty, które oferują nowe orientacje życiowe, często sprzeczne z Ewangelią Jezusa […]. Konieczne jest dotarcie do miejsc, w których kształtują się nowe narracje i paradygmaty, dotarcie ze Słowem Jezusa do najgłębszych jąder duszy miast”.[3]
Dzieje się to tylko wtedy, gdy wspólnie podążamy w Kościele, gdy misja nie jest heroiczną przygodą jednej osoby, ale żywym świadectwem Ciała o wielu członkach. Istnieje również trzeci wymiar, być może najbardziej radykalny, misji chrześcijańskiej.
Gwałtowna reakcja mieszkańców Nazaretu na słowa Jezusa ujawnia już dramatyczną możliwość niezrozumienia i odrzucenia: „Gdy to usłyszeli, wszyscy w synagodze zawrzali ze złości. Porwawszy się, wyrzucili Go z miasta i zaprowadzili aż na szczyt góry, na której było zbudowane miasto, z zamiarem strącenia Go ze skały” (Łk 4, 28-29). Chociaż czytanie liturgiczne pomija tę część, to, co będziemy celebrować od tego wieczoru, zobowiązuje nas nie do ucieczki, ale do „przejścia” próby, tak jak Jezus, który, ciągnięty przez tłum na skraj przepaści, „przeszedłszy pośród nich, odszedł” (Łk 4, 30).
Krzyż jest częścią misji; posłanie staje się bardziej gorzkie i przerażające, ale też bardziej dobrowolne i rewolucyjne. Imperialistyczna okupacja świata zostaje wówczas przerwana od wewnątrz, przemoc, która do tej pory była uświęcona jako prawo, zostaje zdemaskowana. Biedny, uwięziony, uciskany Mesjasz pogrąża się w mroku śmierci, ale czyniąc to, rodzi nowe stworzenie.
Ileż zmartwychwstań jesteśmy świadkami, kiedy uwolnieni od postawy obronnej, poświęcamy się służbie niczym ziarno w ziemi! Możemy napotkać w życiu sytuacje, w których wydaje się, iż wszystko się skończyło. Wtedy zastanawiamy się, czy misja nie poszła na marne.
To prawda, iż w przeciwieństwie do Jezusa, my również doświadczamy porażek wynikających z naszych własnych niedociągnięć lub niedociągnięć innych, często z plątaniny obowiązków, światła i cienia. Możemy jednak utożsamić się z nadzieją wielu świadków. Wspominam dwóch z nich, których darzę szczególnym szacunkiem. Miesiąc przed śmiercią, w swoim notatniku Ćwiczeń Duchownych, święty Óscar Arnulfo Romero napisał: „Nuncjusz papieski w Kostaryce ostrzegał mnie w tym tygodniu przed grożącymi niebezpieczeństwami. […] Nieznane okoliczności będę przeżywał z Bożą łaską. On wspierał męczenników, a jeżeli zajdzie taka potrzeba, poczuję Go bardzo blisko, gdy będę wydawał ostatnie tchnienie. Ale cóż jest cenniejszego niż chwila śmierci – oddać Mu całe swoje życie i żyć dla Niego? Wystarczy mi, iż jestem szczęśliwy i pewny, wiedząc z całą pewnością, iż moje życie i moja śmierć są w Nim, iż pomimo moich grzechów złożyłem w Nim ufność i nie będę zawstydzony, i iż inni będą kontynuować dzieło Kościoła i narodu z większą mądrością i świętością”.
Kardynał Joseph Bernardin, arcybiskup Chicago, powiedział dziennikarzom z uśmiechem dwa miesiące przed śmiercią: „Dorastałem z trzema wielkimi lękami: rakiem, śmiercią i możliwością, iż pewnego dnia zostanę fałszywie oskarżony. Los chciał, iż musiałem stawić im czoła i nagle odkryłem, iż się nie boję. Wierzę, iż to wszystko dzięki wierze… Modlitwa uczyniła mnie silniejszym, niż kiedykolwiek sobie wyobrażałem”.
Drodzy bracia i siostry, święci tworzą historię. Oto przesłanie Apokalipsy: „Łaska i pokój od Jezusa Chrystusa, Świadka Wiernego, Pierworodnego z umarłych i Króla królów ziemi” (Ap 1, 4-5). To pozdrowienie podsumowuje podróż Jezusa w świecie rozdartym przez walczące moce, które go niszczą. W nim formuje się nowy lud, nie ofiar, ale świadków. W tej mrocznej godzinie historii Bóg postanowił posłać nas, abyśmy szerzyli zapach Chrystusa tam, gdzie panuje odór śmierci. Odnówmy nasze „tak” dla tej misji, która wzywa do jedności i przynosi pokój. Tak, jesteśmy tutaj! Pozwól nam przezwyciężyć poczucie bezsilności i strachu! Głosimy Twoją śmierć, Panie, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie, oczekując Twojego przyjścia.

1 godzina temu






![Abp Galbas: w kazaniach nie chodzi o własną chwałę czy polityczne zyski, ale o zbawienie ludzi [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/04/26402062.jpg)









