Pęknięty Mesjasz. O najtrudniejszym krzyku, jaki słyszał świat

2 godzin temu

Sekret życia to nie przyspieszać zmartwychwstania. Ale żyć z pewnością, iż ono w końcu przyjdzie.

Tekst stanowi ostatni odcinek wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” – zatrzymania przy ważnych pytaniach bez łatwych odpowiedzi.

„Nie bój się ciemności / W głębi serca / Odnajdziesz sposób, / By nieść ciężar świata / Na swoich barkach” – w głośnikach w Galerii Krakowskiej brzmiał delikatny głos Jacoba Colliera. Słońce właśnie zachodziło, więc cały korytarz wypełnił się pomarańczowym światłem. Mimo iż byłam już spóźniona z tekstem – pisałam właśnie jeden z odcinków tego cyklu – przymknęłam na chwilkę oczy, zatrzymując się przy wszystkich ludzkich światach, które rozpadły się wokół mnie przez poprzednie dwa tygodnie. Ciekawe, choćby nie wiedziałam wtedy, ile z nich miało się rozpaść przez następne 48 godzin.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

„Znajdziesz drogę do domu” – śpiewał dalej Collier. Wśród cierpień i łez kilkorga moich znajomych i przyjaciół, które przelatywały mi przed oczami, ten cichy, ciepły głos brzmiał nadzwyczaj pewnie.

Popękany wśród popękanych

Kiedy miałam kilkanaście lat, po raz pierwszy od deski do deski przeczytałam Ewangelię wg św. Marka. Polecał nam to na rekolekcjach jakiś ksiądz, twierdząc, iż tam „dzieje się” najwięcej. Trudno odmówić mu racji – 18 cudów w 16 rozdziałach to jednak coś.

Ku mojemu zdziwieniu przeczytanie tej Ewangelii za jednym zamachem pozostawiło jednak we mnie zupełnie inne wrażenie. Nie odkryłam wcale Jezusa-cudotwórcy, niezniszczalnego superbohatera, bez wysiłku rozprawiającego się ze złem. Nie odkryłam, jak u Mateusza, Jezusa-Nauczyciela. Nie odkryłam Janowego Jezusa chwalebnego, od początku do końca kontrolującego wszystko, co się dzieje. Nie. Nie tutaj.

U Marka odkryłam Popękanego wśród popękanych. Ciekawe, zresztą, iż tak wiele Jego poobijań i kruchości opisał właśnie Marek – chyba najbardziej kruchy z ewangelistów. Może jest tak, iż ci poranieni łatwiej dostrzegą cierpienie innych – choćby to „ukryte” za 18 cudami?

W zasadzie tylko w pierwszym rozdziale jest względny spokój. Już na początku drugiego przeciwko Jezusowi zaczynają zwracać się Jego rodacy. Bo bluźni (2,7), je i pije z celnikami i grzesznikami (2,16b). Kłopotem jest, iż uczniowie Jana i faryzeuszów poszczą, a Jego nie (2,18) i iż po prostu robi w szabat „to, czego nie wolno” (2,24). Bardzo gwałtownie więc Jezus zaczyna być śledzony (3,2) i już na samym początku tej Ewangelii faryzeusze naradzają się, jak Go zgładzić (3,6).

Po faryzeuszach można by się tego jeszcze spodziewać. Tymczasem jednak Jego bliscy, słysząc, iż mówi się, iż odszedł od zmysłów, zamierzają Go powstrzymać (3,21). Kiedy oni wyruszają w drogę, Jezus akurat jest oskarżany o bycie opętanym (3,22).

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Mogłoby się wydawać, iż jakieś pocieszenie przyniesie Jezusowi przebywanie z uczniami. gwałtownie jednak załamuje ręce, kiedy ci nie rozumieją choćby podstawowej przypowieści (4,13). Brak lotności umysłu można by jeszcze jakoś przeżyć, ale to nie jedyny kłopot. Chwilę później uczniowie zarzucają Mu, iż zupełnie nie obchodzi Go perspektywa ich utonięcia (2,38), a Jezus po raz pierwszy głośno mówi, iż brakuje im wiary (4,40).

Potem Gerazeńczycy proszą Go, żeby odszedł z ich granic (5,17), a tam, dokąd wraca, swoi Go wyśmiewają (5,40). Idzie więc do Nazaretu, ale… wiadomo, jak to się kończy (6,3). Później Herod zabija Jego ukochanego kuzyna (6,27), uczniowie traktują Go jak zjawę (6,49), a faryzeusze nie przestają zarzucać Mu nieprzestrzegania tradycji (7,5).

Jezus po raz kolejny doświadcza, jak niepojętni są ci, których wybrał (7,18), a szczytem jest chyba moment, w którym po raz drugi (tak, pierwszy już był) na pustkowiu brakuje chleba, a uczniowie nie mają pojęcia, kto mógłby nakarmić tłum (8,4). Później zresztą sami zapominają wziąć prowiant do łodzi, a na próbę nauczania ze strony Jezusa reagują tylko paniką, iż nie będzie co jeść. „Tak otępiały macie umysł?” (8,17) – pyta w końcu Jezus. Myślę, iż jest już zrezygnowany.

Później boli bardziej. Jezus trzykrotnie próbuje podzielić się swoim sercem – opowiedzieć uczniom, co czeka Go w Jerozolimie. Czy to ma mieć wyłącznie funkcję dydaktyczną? Nie sądzę. Myślę, iż skoro jest w pełni człowiekiem, potrzebuje też najzwyczajniej w świecie w obliczu cierpienia, które Go czeka, pobyć z kimś bezpiecznym. Nie udaje się. „Wtedy Piotr wziął Go na bok i zaczął Go upominać” (8,32); „oni milczeli, w drodze bowiem posprzeczali się między sobą o to, kto z nich jest największy” (9,34); „daj nam, żebyśmy w Twojej chwale siedzieli jeden po prawej, drugi po lewej Twojej stronie” (10,37), a „gdy dziesięciu [pozostałych] to usłyszało, poczęli oburzać się na Jakuba i Jana” (10,41).

W międzyczasie coś chyba w Jezusie zaczyna pękać. Wykrzykuje w końcu do słuchających Go, iż są niewiernym plemieniem i pyta, jak długo ma ich cierpieć (9,19). Faryzeusze nieustannie chcą Go wystawiać na próbę (10,2), a jedyna osoba, która zdaje się Go rozumieć i która chce przynieść Mu choć odrobinę ulgi, słyszy od Jego własnego ucznia, iż MARNUJE na Niego olejek (14,4).

Czy te kości mogą ożyć?

Potem idzie już szybko. Judasz Go sprzedaje (14,10), a żaden z uczniów nie jest pewien, czy to przypadkiem on nie jest zdrajcą (14,19). Kiedy Jezus modli się w Ogrodzie Oliwnym, nie mogą z Nim czuwać choćby godziny (14,37).

Zbyt proste opowiadanie wielkopiątkowej historii, niewytrzymywanie jej dramatu, sprawia, iż później na Wielkanoc w wielu wierzących tworzy się duchowo-emocjonalne rozszczepienie. euforia zmartwychwstania, i owszem, jest – ale wewnętrzny ból nie potrafi za nią nadążyć

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Bardzo porusza mnie w tym kontekście intuicja interpretacyjna twórców serialu „The Chosen”, którzy łączą ten fragment Ewangelii z zupełnie innym opisem biblijnym. Przerażony i opuszczony Jezus znajduje się na chwilę w… dolinie zeschłych kości, w towarzystwie Ezechiela (por. Ez 37,1-14).

Zawsze zastanawiał mnie fakt, iż pytanie, czy kości mogą ożyć, zadaje w tej opowieści nie Ezechiel, a Bóg. Pan sprawdza proroka? Podpuszcza? Zaprasza do myślenia? Pewnie tak. W ekranizacji Dallasa Jenkinsa zdanie to ma jednak zupełnie inne zabarwienie emocjonalne. To pytanie, owszem, zadaje Bóg – ale robi to drżącym głosem, w osobie przerażonego Syna. A widz wie, iż Jezus nie pyta tylko o kości wypełniające dolinę, ale i o swoje własne. Jakby prosił o potwierdzenie od kogokolwiek, iż Mu się nie wydaje, iż Jego śmierć nie będzie końcem. „Ty wiesz, Panie” – odpowiada Ezechiel. Mam nadzieję, iż wie.

Czemuś mnie opuścił?

Później – tu już znowu w Markowej relacji – plują na Niego, szydzą, biją (14,65), wypiera się Go Piotr (14,71), a Jego naród uwalnia Barabasza i krzyczy, żeby Jezusa ukrzyżowano (15,9-13). Żołnierze urządzają z Niego widowisko, uderzając w Jego tożsamość (15,17-19).

A potem jest krzyż. Przeklinają Go ci, którzy przechodzą obok (15,29). Przeklinają Go ci, którzy są z Nim ukrzyżowani (15,32). A „o godzinie dziewiątej” (15,34) ciszę rozdziera najbardziej przerażający krzyk, jaki słyszał świat: „Eloi, Eloi, lema sabachthani?”, „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?”.

Najchętniej tutaj przerwałabym pisanie tego tekstu. No bo co na to powiedzieć? Pewnie, iż można pogdybać nad biblijnym rozumieniem Jezusowego krzyku. Czy to jest tak, iż na krzyżu zaczyna modlić się Psalmem 22, a resztę psalmu dopowiedzą już same następujące później wydarzenia? A może da się zrozumieć ten fragment w kontekście 2 Kor 5,21: „On to dla nas grzechem uczynił Tego, który nie znał grzechu, abyśmy się stali w Nim sprawiedliwością Bożą”? Świętość Boga nie mogła przecież zostać przy Synu, który stał się grzechem, prawda? Można by też pewnie cytować von Balthasara, mówiąc, iż Chrystus schodzi tam, gdzie człowiek doświadcza oddzielenia Boga, i robi to aż do końca, także w perspektywie wielkosobotniego zstąpienia do piekieł.

Można by napisać wiele. Ale nie w tej chwili. Trudno skupiać się na własnych próbach zrozumienia, kiedy On krzyczy.

Aż pod krzyż

A jeżeli nikt nie słyszy mojej modlitwy? Jaką cenę zapłacę za swoją wiarę? Co zrobić z poczuciem bezsensu? A jeżeli stracę wszystko, co kocham? Co jeżeli nic po mnie nie zostanie? Jak zaufać na nowo pomimo ran? – sporo pytań padło już w tym wielkopostnym cyklu.

Sale!
  • Wiesław Dawidowski OSA
  • Damian Jankowski

Leon XIV. Papież na niespokojne czasy

28,00 35,00
Do koszyka
Książka – 28,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

Być może droga Jezusa opisana przez św. Marka jest wystarczającym dowodem na to, iż żadnego z pytań, jakie mogłabym tu zadać, człowiek nie niesie sam? Że Jezus jest rzeczywiście doświadczony „we wszystkim na nasze podobieństwo” (Hbr 4,15), iż wszystkie te lęki poniósł w sobie do końca i doszedł w nich do kresu rozpaczy – do ostatniego krzyku z krzyża?

A może to, iż On wziął te pytania ze sobą, to dla nas szansa, żeby choć na chwilę zostawić je w Jego rękach? Żeby na moment odwrócić wzrok od siebie i… po prostu z Nim tam pobyć?

Poruszająca jest dla mnie wrażliwość, jaką wobec Jezusa miała św. Teresa z Lisieux. Kiedy zatrzymywała się ona, na przykład, przy perykopie opisującej Jezusa śpiącego podczas burzy, zwykła mówić, iż nie chciałaby Go budzić. Wolałaby raczej zrobić wszystko, by mógł spokojnie odpoczywać, bo z pewnością jest zmęczony.

Może tak samo da się być wobec Niego pod krzyżem? Przecież w końcu w „Dilexit nos” papież Franciszek pisał o „tajemnicy, o której nie tylko [człowiek wierzący – AK] pamięta, ale która, dzięki łasce, staje się obecna, a raczej prowadzi nas do mistycznej obecności w tym odkupieńczym momencie”.

Zaraz później papież przekonywał: „Tajemnica Odkupienia przez Mękę Chrystusa, dzięki łasce Bożej, przekracza wszelkie ramy czasu i przestrzeni, tak iż jeżeli On na Krzyżu ofiarował się również za przyszłe grzechy, nasze grzechy, to w ten sam sposób nasze czyny ofiarowane dzisiaj dla pocieszenia Go, przekraczając czasy, dotarły do Jego zranionego Serca”.

Może więc możemy choć na chwilę odwrócić się od własnych pytań – wierząc, iż w Jezusie i tak są one wypowiedziane – i nie tylko powspominać krzyż, ale też, dzięki Jego łasce, rzeczywiście tam z Nim być? I – jakkolwiek potrafimy – okazać Mu miłość i troskę?

„Nie bój się ciemności / W głębi serca / Odnajdziesz sposób, / By nieść ciężar świata / Na swoich barkach / I znajdziesz drogę do domu”. Czy właśnie nucę Mu Jacoba Colliera? Być może…

Ocalić od bólu?

Zwieńczeniem tego wielkopostnego cyklu nie jest, ostatecznie, proste rozwiązanie. W końcu Jezus właśnie jest na krzyżu ze swoim pytaniem. A my – pod krzyżem, z naszymi pytaniami. Mam pokusę, jak w wielu innych przypadkach, przeskoczyć gwałtownie ten moment i czmychnąć do zmartwychwstania.

Sale!

Dyskretny urok softalitaryzmu | Przyszłość polskiej religijności | Czy słuchania muzyki można się nauczyć?

34,83 39,96
Do koszyka
Książka – 34,83 39,96 E-book – 29,00 32,30

A jednocześnie myślę, iż właśnie takie – czasem zbyt proste – opowiadanie tej historii, niewytrzymywanie jej dramatu, sprawia, iż później na Wielkanoc w wielu wierzących tworzy się duchowo-emocjonalne rozszczepienie. euforia zmartwychwstania, i owszem, jest – ale wewnętrzny ból nie potrafi za nią nadążyć, a pytania jak były, tak są. Jakby Zmartwychwstały wyszedł z grobu i zapomniał ludzi zabrać ze sobą. Głupio się tylko do tego przyznać, żeby nie psuć innym świętowania…

„W godzinie mojej agonii bądź ze mną Twoim cierpieniem, / Które nie może świata ocalić od bólu” – pisze Miłosz. Ano, nie może. Ani od bólu, ani od pytań.

Może więc trzeba wytrzymać pod krzyżem trochę dłużej? Spotkać nasze bezbronności z Jego bezbronnością? Wspólnie z Nim zderzyć się z milczeniem Nieba? Odkryć w Nim własne człowieczeństwo?

Sekret życia

Dawno temu zachwyciłam się jednym z rozdziałów książki „Jesteś cudem” Reginy Brett. Autorka pisze tam, co według niej składa się na sekret życia. „To workowate ogrodniczki. Muzyka Louisa Armstronga. Czekoladki firmy Godiva. To uważnie słuchać. Poprosić kogoś do tańca. Jechać samochodem z opuszczonym dachem. Kochać swoje odbicie w lustrze. Czekać, aż twoi rodzice wrócą do domu. Dawać wszystkim szansę. Nie skupiać się na błędach. Nie liczyć punktów. Sekret życia to chłodna strona poduszki. I wodoodporny tusz do rzęs…”. Lista autorki trwa i trwa…

Myślę, że, zupełnie paradoksalnie, ten moment spotkania przy krzyżu – spotkania Jezusowego krzyku z naszymi wewnętrznymi krzykami, Jego umierania z naszą śmiercią – też opowiada o życiu.

Sekret życia to nie próbować domknąć historii, które potrzebują czasu, żeby wybrzmieć. To nauczyć się żyć z pytaniami, ale nie zakręcić się wokół nich. To odnaleźć sens poza sobą. Złapać do siebie pełen miłości dystans.

To kochać mimo perspektywy utraty. Dać czwartą szansę. Spotkać popękanego Mesjasza. Odkryć, iż to On jest najważniejszym Pytaniem.

Sekret życia to nucić Jezusowi Jacoba Colliera. Nie budzić Go, kiedy śpi w łodzi. To pozwolić sobie na przyjęcie pomocy. Uznać, iż wokół toczy się historia, która znacznie cię przerasta.

Sekret życia to nie przyspieszać zmartwychwstania. Ale żyć z pewnością, iż ono w końcu przyjdzie.

Już niedaleko.

Wszystkie odcinki wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” dostępne są tutaj.

Idź do oryginalnego materiału