Największym przejawem miłosierdzia jest „bycie-z”. Nieraz nie wiemy już, co zrobić, jak komuś pomóc, ale możemy z nim po prostu być.
„Błogosławieni miłosierni, albowiem oni miłosierdzia dostąpią” (Mt 5,7). To błogosławieństwo jest dopełnieniem poprzedniego – tych, którzy łakną i pragną sprawiedliwości. Nie wystarczy być sprawiedliwym – owszem, jest to konieczne, ale sprawiedliwość winna być uzupełniona miłością.
Słowo „miłosierny” ma ten sam rdzeń co „miłość”. I słusznie, bowiem prawdziwa miłość jest zawsze miłosierna. Język łaciński używa tu terminu misericordia, które jest złożeniem dwóch słów: miser – ktoś ubogi, nieszczęśliwy oraz cor – serce. Mamy iść do ubogich, pokrzywdzonych, zmarginalizowanych z sercem na dłoni.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Misericordia to wzruszenie się na widok czyjejś biedy, współczucie pełne miłości. Nie wyczerpuje to jednak w pełni tego, co chciał powiedzieć nam Jezus; trzeba sięgnąć do oryginalnego języka, jakim się posługiwał.
Stał się chorym z chorymi
Szkocki teolog William Barclay w swoim komentarzu do Ewangelii św. Mateusza pisze: „Hebrajskie słowo oznaczające miłosierdzie to chesed. Chesed, miłosierdzie, oznacza umiejętność takiego wczucia się w sytuację człowieka, iż możemy patrzeć na rzeczy jego oczami, myśleć jego umysłem i czuć jego sercem. Oznacza coś więcej niż tylko emocjonalny przypływ litości, współczucia, wymaga pełnego, świadomego zaangażowania umysłu i woli. Oznacza współczucie nie tylko przemijające, uwarunkowane wrażeniem danej chwili, ale wynikające ze świadomego utożsamienia się z daną osobą, dzięki czemu potrafimy patrzeć na sprawy jej oczami i odczuwać jej sercem. To dosłownie znaczy współczucie”.
Chesed to wczucie się w położenie osoby nieszczęśliwej, wejście w jej los, wspólne dźwiganie krzyża. Czy był w historii ktoś, kto zdecydował się na taki krok? Jezus Chrystus.

I przyjaciele, i nieprzyjaciele chętnie uczestniczą w czyimś dobru, ale pragnienie dzielenia z innymi bólu jest adekwatne tylko dla tych, którzy pałają miłością
Ks. Andrzej Muszala
Całe Pismo Święte, począwszy od upadku Adama, ukazuje miłosierdzie Boże – współczucie pełne miłości wobec ludzi w ich dramatycznym położeniu. By ich uratować, Bóg nie zawahał się zstąpić na ziemię, stając się jednym z nas. A przecież mógłby pozostać w niebie i ponaprawiać wszystko jak lekarz, który leczy chorego, sam będąc zdrowym. Nie była to jednak Jego metoda – On chciał stać się chorym z chorymi, nie przestając być lekarzem.
Wyobraźmy sobie pewną sytuację. Na pewnym zamkniętym obszarze przebywają chorzy zarażeni bardzo niebezpieczną, śmiertelną chorobą. Nikomu nie wolno tam wejść, choćby służbie zdrowia – niech poumierają, niech nikogo nie zarażają, bo i tak nie ma dla nich ratunku. ale oto znajduje się człowiek, który znalazł lekarstwo na ową straszliwą chorobę. Nikt mu jednak nie wierzy, nie może on przedostać się na drugą stronę ogrodzenia. Zaraża się więc dobrowolnie, w wyniku czego zostaje natychmiast przetransportowany na teren zamknięty. Znalazł środek, by być z chorymi.
Po prostu być
Taki właśnie jest Bóg. On jest miłosierny do bólu, solidarny z człowiekiem. Chciał dzielić nasz los pod każdym względem. „Tak Bóg umiłował świat, iż Syna swego jednorodzonego dał, aby każdy, kto w niego wierzy, nie zginął, ale miał życie wieczne” (J 3,16). Jezus jest boskim lekarzem, a Jego dzieło zbawcze polega na holistycznej terapii człowieka poprzez wejście w jego los, zaaplikowanie mu odpowiednich medykamentów i przeprowadzenie przez śmierć do życia.
Największym przejawem miłosierdzia jest bycie-z. Bycie z chorym, z potrzebującym. Nieraz nie wiemy już, co zrobić, jak komuś pomóc, ale możemy z nim po prostu być. Ludzie doświadczeni krzyżem najbardziej potrzebują obecności kogoś bliskiego. W szpitalach, w DPS-ach, w samotności. „Byłem chory, a odwiedziliście Mnie” (a nie: uzdrowiliście). Pójście do nich – zwłaszcza w Wielkim Poście – to o wiele cenniejsza pielgrzymka niż nawiedzenie kościoła jubileuszowego.

- Ks. Jan Kaczkowski
- Katarzyna Jabłońska
Żyć aż do końca
W pewnej miejscowości na południu Francji istnieje szpital na około sto łóżek. W roli kapelana zatrudniony jest tam diakon świecki, który zorganizował zespół około sześćdziesięciu wolontariuszy opieki duchowej. Popołudniami przychodzą oni do chorych, siadają przy ich łóżkach i po prostu są. „Czy mogę panu poczytać książkę?” – zwykle tak zaczyna się rozmowa. I czytają na przykład „Małego księcia”, chory zaś jest szczęśliwy, iż ktoś przyszedł do niego, iż jest, iż niczego mu nie narzuca.
W wielu przypadkach po chwili, niejako spontanicznie, zaczyna się rozmowa: „Dlaczego ja? Dlaczego mnie to spotkało? Czy jest Bóg? A czy Pan(i) myśli, iż jest jakieś życie po śmierci?” itd. Diakon regularnie spotyka się z członkami swojego zespołu, modli się z nimi i formuje ich duchowo. Uczy prowadzenia dialogu w sposób delikatny, a jednocześnie kompetentny. Uczy słuchać, być cierpliwym, z sercem na dłoni. Roznosić Komunię Świętą, gdy chory jej zapragnie. A kiedy trzeba posługi sakramentalnej, wzywa księdza z parafii.
Nie czekać, ale iść do ludzi
Czasem myślę, gdzie my w ogóle jesteśmy? Jak to możliwe iż w „katolickiej Polsce” odwiedziny chorego w szpitalu sprowadzają się do przejścia kapelana przez oddziały, kuknięcie do sali – „czy ktoś do Komunii Świętej?” – i dalej, dalej, byle zdążyć przejść cały szpital (co i tak nie zawsze się zdarza…)? A świeccy? Ci na emeryturze, którzy chętnie daliby swój czas, by wyjść z domu, spotkać się z kimś, porozmawiać? Dlaczego posługa pacjentom została tak sklerykalizowana? „Byłem chory, a nie odwiedziliście Mnie”… Nie było was przy mnie…
Po pandemii wielu księży marzy, by ludzie wrócili do kościoła w liczbie takiej jak wcześniej. By „osiągnąć stan sprzed COVID-u”. Po pierwsze, jest to niemożliwe. Po drugie, czy takie myślenie ma w ogóle sens? Czy chodzi o zachowanie status quo, czy też o pójście do świata z Ewangelią? Po trzecie, czyż nie należy włączyć myślenia odwrotnego – nie czekać, ale iść do ludzi, do ich domów? Tam jest prawdziwy Kościół!
Nie liczmy, ilu jest wiernych na niedzielnych mszach świętych, ale „wstańmy, chodźmy!” (Mt 26,46). Nie tylko księża – wszyscy! Chodźmy do chorych, do ludzi w żałobie, w związkach niesakramentalnych, ubogich, powodzian, tych najbiedniejszych. Oto prawdziwe miłosierdzie – chesed na wzór Chrystusa.
Zwielokrotnienie miłości
Znana jest postać Matki Teresy z Kalkuty. Podziwiamy ją jako osobę heroiczną, nietuzinkową, świętą. A przecież wszystko zaczęło się bardzo prozaicznie – od głębokiej refleksji nad sobą i własną sytuacją życiową. Początkowo była zakonnicą, misjonarką w Kalkucie, pracowała w prestiżowej szkole, także jako jej dyrektorka. I codziennie widziała przez okno swego klasztoru umierających tuż obok ludzi.
Dlaczego w „katolickiej Polsce” odwiedziny chorego w szpitalu sprowadzają się do przejścia kapelana przez oddziały, zajrzenia do sali i dalej, dalej, byle zdążyć przejść cały szpital? A świeccy? Dlaczego posługa pacjentom została tak sklerykalizowana?
Ks. Andrzej Muszala
W końcu coś w niej pękło (stało się to podczas podróży do klasztoru w Dardżyling na coroczne rekolekcje) – poprosiła o zwolnienie ze ślubów zakonnych i wyszła na ulice Kalkuty, nie mając dosłownie nic. Nie myślała o ratowaniu kogokolwiek, ale chciała po prostu być przy ludziach w ostatnich chwilach ich życia. Jeden z konających mężczyzn, widząc ją czuwającą przy nim przez kilka godzin, obmywającą jego rany, ocierającą pot z czoła, w końcu się uśmiechnął. Z tym uśmiechem oddał ducha Bogu. Prawdopodobnie był to jego pierwszy uśmiech od wielu lat…
„Miłosierdzie jest postawą miłości względem ludzi bolejących nad [swoimi] trudnościami – mówił Grzegorz z Nyssy w „Homilii do V błogosławieństwa”. – jeżeli ktoś lepiej zbadałby, czym jest miłosierdzie, znalazłby intensywną miłość zmieszaną z uczuciem smutku. Albowiem i przyjaciele, i nieprzyjaciele chętnie uczestniczą w czyimś dobru, ale pragnienie dzielenia z kimś bólu jest adekwatne tylko dla tych, którzy pałają miłością. W każdym razie wiadomo, iż miłość jest najszlachetniejszą z rzeczy, do których się w życiu dąży. Miłosierdzie zaś jest zwielokrotnieniem miłości”.
Miłosierdzie jest zwielokrotnieniem miłości. Chesed to miłość zmieszana z uczuciem smutku. Dlatego piąte błogosławieństwo złączone jest z drugim: „Błogosławieni, którzy się smucą…” – ci, którzy potrafią się wzruszyć.
Wyjść ze swojego kokonu
Znamienny jest dialog Jezusa z człowiekiem sparaliżowanym przy sadzawce Siloe, opisany w piątym rozdziale Ewangelii św. Jana. „Czy chcesz być zdrowy?” – pyta Jezus. Ten zaś odpowiada: „Panie, nie mam człowieka…”. Nie znalazł go przez 38 lat, choć cały czas przebywał w Jerozolimie, świętym mieście, otoczony gronem pielgrzymów. Wielu też chorych siedziało i czekało na poruszenie się wody, a kiedy ono następowało, wskakiwało do sadzawki. Kto pierwszy, ten lepszy. Nie znalazł się nikt, który by pomyślał o tym biednym człowieku, niezdolnym do chodzenia. By podprowadzić go do życiodajnego źródła, choćby własnym kosztem (a adekwatne – zyskiem).
A my – czyż nie zachowujemy się podobnie? Myślimy wciąż o własnym zdrowiu, naszym krzyżu, naszym przypadku, naszym… Skupieni tylko na sobie. Przepraszam, bo wiem, iż są osoby naprawdę bardzo chore, straszliwie cierpiące, zwijające się z bólu – poprzednie zdanie ich nie dotyczy. Wielu jest jednak takich, którzy całkiem dobrze funkcjonują, ale nieustannie na coś narzekają zamiast iść do osób, które są naprawdę w wielkiej potrzebie.
„Panie, nie mam człowieka” – zdanie to biegnie przez wieki i rozchodzi się po całym świecie, docierając także do nas, nad Wisłę. Nie mogę dalej tak żyć! Muszę wyjść ze swojego kokonu i przedostać się na teren, który dotąd wydawał mi się zamknięty. choćby nie mając nic, oprócz serca. Kto odważy się na ten krok, „miłosierdzia dostąpi”.
Jeśli byliśmy z Jezusem w cierpiących, On będzie z nami w Królestwie Niebieskim (choć nie powinniśmy robić tego dla jakiejkolwiek nagrody…).
Rozważania ks. Andrzeja Muszali z cyklu „Droga błogosławieństw” będziemy publikować w kolejne niedziele i dwie ostatnie środy Wielkiego Postu 2025. Wszystkie teksty są dostępne tutaj.