Oceny do kosza? A jaką mamy alternatywę? Polemika

2 godzin temu
Zdjęcie: Jerzy Sosnowski


W szkole stawiam wymagania. Domagam się przeczytania lektur. Oceniam, owszem, oceniam. Choć równocześnie szukam w uczniach partnerów do rozmowy.

Przeczytałem tekst Martyny Leszczyńskiej „Czemu służą oceny szkolne? Czyżby segregacji uczniów?” i ponieważ dowiedziałem się z niego, iż właśnie – jako nauczyciel – uczestniczyłem w kolejnej odsłonie teatru, służącego segregowaniu moich uczniów na „lepszych i gorszych” (a mianowicie wystawiłem oceny na semestr), chciałbym dorzucić do tego obrazu kilka słów.

Nie lubię wystawiać ocen końcowych; w prywatnym liceum, w którym uczę, nikt nie lubi. Powody tej niechęci są następujące. Po pierwsze, uderza nieadekwatność cyferki do tego, co się za nią kryje (niekiedy dwójka jest osiągnięciem, innym razem – sygnałem niebezpieczeństwa, jeszcze innym – klęską itp.).

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Po drugie, uczniowie często mylą ocenę pracy z oceną osoby i trzeba nieustannie im przypominać, iż choćby jedynka z polskiego nie oznacza, iż ktoś jest „beznadziejny”. Po trzecie, ten system przypomina zanadto zawody sportowe i w rezultacie pod koniec semestru czy całego roku nie mogę się opędzić od entuzjastów „przyspieszenia na ostatniej prostej”, pytających, co mają zrobić, żeby poprawić stopień, który z założenia ma podsumowywać wielomiesięczną pracę.

Powinienem więc z pozoru zgadzać się z Autorką. A jednak – kiedy czytam, iż to wszystko „nieustanna gra pozorów”, służąca w dodatku segregacji (w polskiej tradycji upiorne są konotacje tego słowa!), iż przecież nikt nie „sięgnął z ciekawości do nowej lektury po inspirującej wejściówce”, a wszystko to było może dobre „w epoce przedcyfrowej, gdy dostęp do informacji był ograniczony, a nauczyciel był jedynym medium w zasięgu ręki” – wzbiera we mnie protest.

„Młodzież jest coraz gorsza”?

Zacznijmy od końca. Różnica między „epoką przedcyfrową”, w której upłynęła znaczna część mojego życia, a obecną, oczywiście istnieje, ale w moim przekonaniu leży gdzie indziej, niż sugeruje Martyna Leszczyńska.

Dostęp do informacji, owszem, jest dzisiaj nieograniczony, a jednak uderza zmniejszenie się porcji wiedzy, z którą uczniowie przychodzą do szkoły średniej i którą poza szkołą zdobywają. To zaś dzieje się dlatego, iż – wedle trafnego sformułowania z jakiegoś mema (!) sprzed kilku lat – mając w kieszeni terminal, pozwalający korzystać z wiedzy całej ludzkości, korzystamy z niego, oglądając filmy ze śmiesznymi kotkami.

Bestseller Promocja!
  • Krzysztof A. Meissner
  • Jerzy Sosnowski

Fizyk w jaskini światów

55,92 69,90
Do koszyka
Książka – 55,92 69,90 E-book – 50,33 62,91

Zanika na naszych oczach „pozytywny snobizm”: niepokojąco duży procent młodych ludzi nie tyle nie wie, ile nie chce wiedzieć o czymkolwiek, co wykracza poza wąskie pole zainteresowania mediów społecznościowych.

Łatwo to uznać za narzekania starszego pana w wieku przedemerytalnym. Nie chodzi jednak o klasyczne utyskiwanie, iż „młodzież jest coraz gorsza i nie szanuje starszych”, tylko o grożące nam zerwanie ciągłości kulturowej. Oczywiście, iż nastolatki z poprzedniego stulecia też były chronicznie pomawiane o lekceważenie dorobku wieków; ale oznaczało to wówczas jedynie weryfikację tego, co nam dawano do nauczenia się i do wierzenia – weryfikację, a nie odrzucenie całości.

Jeszcze roczniki robiące maturę na przełomie stuleci (już wtedy uczyłem) były gotowe rozmawiać o ważnych sprawach, byle je przekonać, iż są one naprawdę ważne. Presja mediów społecznościowych sprawiła tymczasem, iż nauczyciele przedmiotów ścisłych zderzają się bez przerwy z podskórnym (bo choćby nie formułowanym wprost) sceptycyzmem, iż prezentują narrację mainstreamu, a przecież nie wiadomo, czy Ziemia nie jest płaska, a nasze umysły nie są zatruwane przez chemitrails; tym większy sceptycyzm napotykają nauczyciele przedmiotów humanistycznych.

Po co bowiem wikłać się w rozważanie problemów egzystencjalnych, które nikogo (!) dzisiaj nie obchodzą i nie dają się zmonetyzować?

Segreguję uczniów?

Naturalnie: od tego ponurego obrazu są wyjątki – na szczęście trafiają mi się ciągle jednostki interesujące świata, które jednak, rzecz znamienna, zwykle narzekają na swoich rówieśników bardziej, niż ja, jako starzec, bym się ośmielił (o całym roczniku, który zdawał maturę trzy lata temu, myślę z nieustającą wdzięcznością).

Nie o nich jednak mowa, gdyż ci rzeczywiście uczą się z własnej potrzeby i doskonale wyobrażam sobie szkołę dla nich, w której można by zrezygnować z przymusu symbolicznego, jakiego narzędziem jest obecny system ocen. Pytanie brzmi, co jako nauczyciel (polskiego) mam zrobić z opornymi.

Przez dekady broniłem się np. przed tzw. wejściówkami, czyli kartkówkami z treści. Złamałem się kilka lat temu, gdy przestałem mieć z kim rozmawiać na lekcji

Jerzy Sosnowski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Nie sposób być sędzią we własnej sprawie, więc moje poniższe zapewnienie łatwo zakwestionować. Staram się jednak od lat uczniów przede wszystkim zainteresować przedmiotem, pokazać doniosłość spraw, o których rozmawiamy, korzystając z literatury jako pretekstu.

Przez dekady broniłem się np. przed tzw. wejściówkami, czyli kartkówkami z treści, w przekonaniu, iż nie po to Mickiewicz napisał III część „Dziadów”, żebym ja robił z niej teraz materiał do podchwytliwego quizu. Akurat do tego utworu wejściówek wciąż nie robię, natomiast co do reszty złamałem się kilka lat temu, gdy przestałem mieć z kim rozmawiać na lekcji.

Że w ten sposób segreguję uczniów? Tak, ponieważ boom edukacyjny sprzed ćwierć wieku, z którego państwo było takie dumne, mam za dramatyczną pomyłkę. Nie wszyscy muszą mieć maturę; nie wszyscy są w stanie (albo: chcą) opanować materiał do matury. Nie oznacza to oczywiście, iż są gorszymi ludźmi – tylko iż ich zalety dotyczą innych obszarów niż rozwój intelektualny.

Sprawiając, iż maturę zdaje w tej chwili ogromna większość młodych Polaków, obniżyliśmy jej wymagania (a efekt domina sprawił, iż obniżyliśmy także wymagania na studiach, ale to osobna kwestia). Kwestionowanie ocen – w braku innych rozwiązań – jeszcze bardziej te wymagania obniża.

Niech nie będą bezradni

Autorka kończy swój tekst zdaniem, iż „statek dawnych hierarchii i autorytetów tonie”. Tu nie ma sporu: pytanie, co my na to – czy z satysfakcją wyborujemy jeszcze w jego burtach kilka dziur, żeby szybciej szedł na dno, czy też postaramy się wyrzucić z pokładu to, co zbędne, i podejmiemy walkę o utrzymanie się na wodzie.

Robię to w szkole codziennie. Stawiam wymagania. Domagam się przeczytania lektur. Naciskam na umiejętność pisania polszczyzną na poziomie, z użyciem przecinków i znaków diakrytycznych. Oceniam, owszem, oceniam. Choć równocześnie szukam partnerów do rozmowy o człowieku, o nieoczywistości świata, o zmienności kultury.

Nie dlatego, iż marzy mi się powrót do przeszłości, w której byłem (jakoby) „jedynym medium w zasięgu ręki” – przypominam, iż wówczas telewizja i radio publiczne realizowały jeszcze jakieś zadania edukacyjne i kulturotwórcze! – tylko po to, żeby choć niektórzy moi uczniowie, po ukończeniu szkoły, nie byli bezradni wobec problemów, które postawi przed nimi życie.

A nie rozwiążą ich internetowe filmiki ze śmiesznymi kotkami.

Idź do oryginalnego materiału