Niedaleko pada mem od ołtarza. Jan Paweł II okiem millenialsa

1 dzień temu
Zdjęcie: Krzyż papieski


Jako millenialsi nie jesteśmy „pokoleniem JP2”, ale znamy Jana Pawła zarówno z pomników, jak i z memów, a także z atmosfery pielgrzymek i relacji medialnych. Te różne formy pamięci współistnieją w nas.

Dopiero świtało, kiedy wyruszyliśmy z mieszkania w kierunku krośnieńskiego lotniska. Szliśmy szybko, tak przynajmniej pamiętam, na tyle, na ile pozwoliła moja zagipsowana noga. Niecałe dwa tygodnie wcześniej podczas zbiegania ze schodów – jako ośmiolatkowi wydawała mi się to absolutnie kluczowa w życiu umiejętność – w bloku na osiedlu Guzikówka upadłem, skręciłem i zwichnąłem sobie kostkę. Była z tego heca, bo przecież do Krosna przyjeżdżał być może najważniejszy gość w jego historii, atmosfera była gęsta, mówiło się o tym w domach, pod klatkami bloków, w szkole i w mediach.

Mama jednak była zdeterminowana, byśmy wszyscy zjawili się na Mszy, celebrowanej przez Ojca Świętego. Załatwiła najlepsze możliwe bilety do pierwszej strefy przed ołtarzem, mocno chwyciła mnie za rękę, prowadziła i przeciskała się między tłumami, pokrzykując: muszę przejść, mój syn ma nogę w gipsie! I tak szliśmy, aż doszliśmy możliwie jak najbliżej. Moje siostry uczestniczyły w nocnym czuwaniu, a tato też był wcześniej na miejscu – śpiewał w chórze.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Niewiele więcej pamiętam z tego wydarzenia. Jan Paweł II z pierwszego sektora wciąż wydawał się tylko białą plamą, dostrzegalną lepiej przez lornetkę – swoją drogą, te były wtedy w cenie, ale czy myśmy mieli swoją? Chyba nie, choć może pożyczyliśmy od sąsiadów w sektorze? Nie pamiętam. Słowa ze mną nie zostały. Została pamięć długiego wyczekiwania na Mszę, palącego słońca – tato wrócił z chóru bodaj różowy – i okrzyków: zostań z nami! A wołało 700 tysięcy osób, więc gdy sektory z przodu kończyły śpiewać, to te najdalej oddalone od ołtarza bodaj dopiero zaczynały.

Jan Paweł niczym gwiazda rocka i Kaszpirowski

Czy warto było przedzierać się przez tłumy z zagipsowaną – jeszcze przez kolejnych parę tygodni – nogą? Chyba nie; nie sądzę, by tamto wydarzenie zostawiło jakiś szczególnie istotny ślad w moim życiu. W ogóle moja pamięć jakoś nie bardzo przejęła się modlitewnymi spotkaniami z papieżem Polakiem, bo gdy rok i trzy lata później uczestniczyłem w autokarowych pielgrzymkach do Włoch, to akurat wspomnienia z nabożeństw na placu świętego Piotra w Watykanie nie zachowały się w niej. W przeciwieństwie choćby do kościołów w Lanciano, Asyżu czy ekstremalnie, jak na kieszenie zubożałej rodziny z polskiej prowincji w latach dziewięćdziesiątych, drogich lodów we Florencji.

Choroba i śmierć Jana Pawła bodaj najbardziej zbliżyły mnie do Karola Wojtyły

Bartosz Bartosik

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

A może jest na odwrót i nie pamiętam Jana Pawła, bo zbyt mocno przejmowałem się tym wielkim wydarzeniem, spotkaniem ze „świętym za życia”? Może moja uwaga była przytłoczona wielkimi oczekiwaniami innych, które i ja zinternalizowałem, a następnie stopniowo opadała i gubiła się w tłumie ludzi, poczuciu głodu i spragnienia, nudy przemieszanej z przebodźcowaniem przedłużającego się wyglądania kogoś wielkiego i czegoś spektakularnego?

Gdy dziś próbuję sobie odtworzyć tamte czasy i tamten świat w mojej głowie, przychodzi mi na myśl kategoria magicznego realizmu. Niby elementy składowe tamtej rzeczywistości znam dobrze, potrafię je nazwać i rozpoznać, ale jednak jest w nich coś dziwacznego, jakby rządziły nimi inne reguły; jakby to samo równanie dawało zupełnie inny wynik. Może to ograniczenia mojej pamięci, może zwykle w taki sposób wspominamy własne dzieciństwo, ale wydaje mi się, iż kryje się za tym też jakaś prawda o latach dziewięćdziesiątych w prowincjonalnej (dla jasności: używam tego określenia w jak najlepszym znaczeniu, prowincja to najważniejszy element mojej tożsamości) Polsce.

W spotkaniach z Janem Pawłem II było coś z seansów Kaszpirowskiego – to oczekiwanie na spektakularny cud – i z koncertów gwiazd rocka, jak wspomniane już okrzyki: zostań z nami, które w istocie były nawoływaniem o bis. jeżeli jednak czegoś mi z tamtych lat brakuje, to wspólnych okazji do śpiewania wśród setek tysięcy ludzi jednocześnie; wspólnego śledzenia tych samych wydarzeń i komentowania ich na dachach domów i rogach ulic. Pielgrzymki papieża były czasem karnawału dla większości społeczeństwa. Dziś karnawał dla jednych trwa cały rok, a inni, przepracowani, zmęczeni i pozbawieni okazji do wspólnotowego świętowania, prawie nie zaznają tego czasu.

Śmierć, czyli największy cud papieża

Z magicznorealistycznego porządku wybija mnie dopiero wspomnienie 2 kwietnia 2005 r. Byłem już kilka lat starszy, kończyłem gimnazjum, gdy papież umierał. Choroba i śmierć Jana Pawła bodaj najbardziej zbliżyły mnie do Karola Wojtyły. Pamiętam relacje medialne z ostatnich dni jego życia jako zapis dramatu odchodzenia, rozpadu ciała i stopniowego zanikania świadomości. Było to tak zaskakująco inne od atmosfery karnawału papieskich pielgrzymek, a jednocześnie tak poruszające w swej surowości i bezwzględności, iż zapadło mi wyraźnie w pamięć i do dziś w niej pracuje.

W polifonicznym świecie możliwe jest współistnienie różnych form pamięci. Możliwe jest wspominanie godziny 21:37 jako ważnego wydarzenia, a może choćby okazji do westchnięcia o wstawiennictwo do papieża, a jednocześnie nabijanie się z memów o „rzułtym papaju”

Bartosz Bartosik

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

To, co wtedy stało się z naszą społecznością lokalną, poczytuję za największy cud, jaki wydarzył się na moich oczach z udziałem papieża. Codzienne wizyty pod „krzyżem papieskim” – tak mówimy w Krośnie na 37-metrowy stalowy krzyż, nawiązujący formą do szybów naftowych, typowych dla regionu, krzyż, który został zbudowany specjalnie na papieską wizytę w 1997 r., a po niej przewieziony na błonia przy wjeździe do miasta, gdzie stoi do dziś – jak również spontaniczne modlitwy, czuwania i spotkania ze znajomymi, wyznaczały rytm ostatnich dnia Karola Wojtyły. Atmosfera była refleksyjna, a z drugiej strony przyjazna. Pamiętam cierpliwość i życzliwość, które wybijały się ponad ambiwalentne emocje codzienności.

Ale jeszcze ważniejsza była podmiotowość, której wtedy doświadczyliśmy jako nastolatkowie. Spontanicznie przygotowaliśmy z przyjaciółmi słuchowisko na cześć papieża przez szkolny radiowęzeł, a dyrekcja szkoły nie tylko nie stawiała nam formalnych przeszkód, ale wręcz wspierała w tym.

Nowość Promocja!
  • Tośka Szewczyk

Nie umarłam. Od krzywdy do wolności

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Następnie zostaliśmy wydelegowani do pełnienia warty honorowej w urzędzie miasta przy księdze pamiątkowej na cześć Jana Pawła. Najbardziej szokujące było to, iż na miejsce mieliśmy dojść ze szkoły sami, bez żadnej opieki nauczyciela; nikt nas skrupulatnie nie rozliczał z czasu, jaki nam to zajęło, ani nie pilnował, jak się tam zachowywaliśmy. Zaufano nam, a my zaskoczeni tym bezwarunkowym zaufaniem… uszanowaliśmy je. Szkoła na co dzień oczekiwała od nas posłuszeństwa i karności, premiowała głównie konformizm i umiejętność kombinowania. Takie nagłe przekierowanie się na zaufanie i odpowiedzialność zostało mi – i nie tylko mi – w pamięci.

Jasne, to wspomnienie nie zostawiło jednakowego śladu w pamięci każdej osoby z mojego pokolenia. Jedni zaangażowali się mocniej w te wydarzenia, inni po prostu uczestniczyli w nich lub stali z boku. Ale dla zdecydowanej większości moich znajomych z tamtego okresu to czas, który na długo się w nas zapisał.

Millenials zna pomniki, pielgrzymki i memy

Dlatego nie jesteśmy żadnym „pokoleniem JP2”, a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. To określenie było tylko jedną z wielu projekcji, jakie starsi próbowali nam narzucić. adekwatnie nie wiadomo po co. Jako millenialsi znamy Jana Pawła zarówno z pomników i mitu, jak i z memów, a także – nieco mniej – z atmosfery pielgrzymek i relacji medialnych.

Różnie rozkładają się akcenty tej pamięci. Ale nie to jest istotne – w polifonicznym świecie możliwe jest współistnienie różnych form pamięci. Możliwe jest wspominanie godziny 21:37 jako ważnego wydarzenia, a może choćby okazji do westchnięcia o wstawiennictwo do papieża, a jednocześnie nabijanie się z memów o „rzułtym papaju”. Możliwe jest ironiczne śpiewanie „Barki”, jak i docenienie papieskiego nauczania o stosunku do wyznawców innych religii czy jego sprzeciwu wobec wojen i neokolonializmu. Możliwe jest krytykowanie Jana Pawła za katastrofalne nominacje biskupie w Polsce czy złe decyzje w sprawie księży podejrzewanych o przestępstwa seksualne i jednocześnie uznanie jego rachunku sumienia Kościoła jako jedno z przełomowych wydarzeń w historii chrześcijaństwa.

Bo, jak pokazało nasze – millenialsów – doświadczenie: niedaleko pada mem od ołtarza.

Idź do oryginalnego materiału