Nie wiedział, ale pocieszał. Odszedł Wiesław Myśliwski, pisarz największy

2 godzin temu

Potrafił opowiadać ludzką zgryzotę i zatrzymywać się o krok przed rozpaczą. Przybliżać losy ludzi przegranych, pokiereszowanych, niespełnionych. I nie odbierać nadziei.

Najważniejsze było pierwsze zdanie. Mogło być rozbudowane, jak w debiutanckim „Nagim sadzie”: „Pewnie już nigdy nie pozbędę się tego dziwnego przekonania, któremu choćby pamięć moja przeczy, iż do wsi, rodzinnej przecież, w której dzieciństwo moje spędziłem, młodość, a mogę już chyba powiedzieć, iż i całe życie, przybyłem skądś z dalekiego świata, a było to w dniu, kiedy przywiózł mnie ojciec z nauki w mieście; to był jedyny, jak dotąd, powrót w moim życiu, dlatego do tej pory czas tego dnia nie zamglił”. Mogło też być krótkie. „Wybudować grób” („Kamień na kamieniu”). „Było, jak mówię” („Ucho igielne”). Pierwsze zdanie uruchamiało opowieść.

Przychodziło, jak każda kolejna książka, do Wiesława Myśliwskiego znienacka. Ono go wybierało, on jedynie posłusznie zapisywał. Przepływały przez niego zdania i bohaterowie, stawał się ich sługą.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Dziś, kiedy wreszcie po sługę przyszła śmierć, towarzyszy jej dziwne uczucie. Niby wiedzieliśmy, iż pisarz ma już 94 lata i niedługo nastąpi pożegnanie, iż formacyjnie przynależy do innego świata, niby układałem sobie ten tekst w głowie od dawna, a jednak żegnać Myśliwskiego jest trudno. W ostatnich dekadach odchodzili klasycy, wieszczono koniec polskiej prozy, ciągle coś się kończyło, a on był. Wydawał książki niespiesznie, mniej więcej raz na dekadę, ostatni raz w roku 2018. Ale był.

Stanowił potwierdzenie, iż – jak w piosence – nie wszyscy wielcy już przestali grać. Że literatura jest jak życie. Niewyczerpana i nieujarzmiona. Że jeżeli – to już moja prywata – ktoś czytał Myśliwskiego, można się było z nim dogadać, tworzyliśmy wspólnotę.

„Skończyła się pewna epoka” – napisała mi rano przyjaciółka. Brzmi jak frazes, wiem, dzisiaj jednak to prawda.

Traktat o łuskaniu pamięci

Lubił powtarzać, iż od dawna nie słucha, co ludzie mówią, bo wszyscy adekwatnie mówią to samo, tylko jak to robią. W końcu każdy z nas, opowiadając, próbuje zrozumieć swoje życie, nadać mu sens, choćby pochwalić się przed otoczeniem: zobaczcie, przeżyłem to, przetrwałem, może więc nie jest ze mną aż tak źle? Ostatecznie świat nie istnieje inaczej jak tylko poprzez opowieść. Myśliwski nie znosił więc książek, w których „coś się dzieje”. U niego działo się w monologach i dialogach bohaterów, w ich wielomóstwie i wspomnieniach.

Sale!
  • Wojciech Marczewski
  • Damian Jankowski

Świat przyspiesza, ja zwalniam

39,98 49,98
Do koszyka
Książka – 39,98 49,98 E-book – 35,98 44,98

Przy czym wspomnienia już stanowiły kreację. Nie odtwarzały przeszłości, ani świata, który przeminął, bo to niemożliwe, a go kreowały. Przywołane „Było, jak mówię” to żart z własnej pamięci, zrodzony z nieufności wobec niej, również wobec samego siebie. Nie istnieje żadna wspólna, ustalona, obiektywna przeszłość. Każdy nosi w sobie swój własny kosmos, śni swoje własne sny, wraca do miejsc, których realnie nigdy nie było. A jednak uparcie wraca. Jak bohater „Ucha igielnego”, w kłótni próbujący ustalić z kolegami „prawdziwą wersję zdarzeń”. Jak sam Myśliwski, od dekad mieszkaniec warszawskiego Ursynowa, piszący powieści rozgrywające się najczęściej w małych, wiejskich przestrzeniach, bo te ogromne, wielkomiejskie – jak przyznawał – trudno byłoby mu ogarnąć.

Właściwie wszystkie jego książki stanowiły swoisty traktat o łuskaniu pamięci. O tym, iż trzeba próbować swój własny świat przetworzyć przez siebie. Widzieć wodę, ale widzieć i morze, ziemię, ale i horyzont. Ciągły widnokrąg.

Jednocześnie nie był „pisarzem nurtu chłopskiego”, słusznie się na taką klasyfikację obruszał. Wiedział, iż życie dzieje się wszędzie, ponad podziałami, ponad geografią, choćby ponad czasem. Wszędzie mocujemy się z językiem, próbujemy coś nim wyrazić. A na koniec i tak, jak w „Traktacie o łuskaniu fasoli”, zostaje utyskiwanie: „Ile niewypowiedzianych słów przepadło na zawsze. A może ważniejsze były od tych wszystkich wypowiedzianych”.

Szczęścia szukać w sobie

Uwielbiałem rytm tej prozy, miejsca, gdzie absurdalna wesołość – bo przecież życie bywa i absurdalnie wesołe – miesza się z rozpaczą.

Weźmy „Traktat”. Na pewnej budowie były student filozofii opowiada kolegom, dlaczego rzucił studia.

„A po cholerę?! Na co mi filozofia po tym wszystkim?! Żaden rozum by tego nie pojął! Żaden Platon, Sokrates, Kartezjusz, Spinoza, Kant! Niech ich wszystkich szlag! – I aż huknął musztardówką w stół.

Popatrzyliśmy po sobie, bo nikt z nas nie wiedział, co to za jedni, iż aż tak mu dopiekli. Zapytać też nikt nie śmiał, bo może wypadało wiedzieć. Któryś tylko powiedział:

– Widać wszędzie można spotkać takich samych skurwysynów. Nie tylko na budowach”.

Wynotowuję też jeszcze jedno zdanie-sentencję z „Traktatu”: „Szczęścia trzeba szukać w sobie, a nie naokoło”. Przecież to cały Myśliwski. Niby banalny, a głęboki. Powtarzający – ta myśl przewijała się w jego powieściach na przestrzeni lat – iż najtrudniej zgodzić się na siebie. Żyć przecież i uczynić ze swojego życia los, nie jest wcale łatwo. „Człowiek sam dla siebie jest najbardziej dokuczliwym przymusem”.

Sale!
  • Małgorzata Łukasiewicz

My, czytelnicy

36,00 45,00 Do koszyka

Przymusem trudnym do zniesienia. Ostatecznie, jak w „Ostatnim rozdaniu”, „zdobyć się na siebie, to wielka umiejętność, a może i sztuka, to jakby ustanowić siebie w określonej przestrzeni, w określonym czasie, w określonym kształcie, jako iż na ogół jesteśmy ustanowieni bez naszej woli, bez naszej zgody, a choćby bez naszej świadomości”.

„O całe życie za późno”?

Zostańmy przez chwilę przy „Ostatnim rozdaniu”. Znałem poważnych literaturoznawców, którzy tę powieść dosłownie przepłakali. Albo wspaniałych artystów, jak Magda Umer, którzy mierzyli się z jej tekstem na deskach teatru. Myśliwski kreśli tu obraz miłości niespełnionej i szczęścia, z którym bohaterowie się rozminęli, wyszło im na drogę, ale go nie zauważyli w porę. Teraz jest już „o całe życie za późno”.

Otwieram „Ostatnie rozdanie” i natrafiam tam na dialog dotyczący gry w karty. Bohaterowie grają i jeden tłumaczy drugiemu, iż nie umie już grać w uczciwą grę, choćby sam ze sobą. „Tyle iż w uczciwej grze, jak pan widzi, jest się przeważnie przegranym”. Czytam i myślę sobie: może właśnie w tym między innymi tkwiła wielkość Myśliwskiego? Mówię „między innymi”, bo wynikała pewnie przede wszystkim z jego wspomnianej niespieszności, ze świadomości, iż literatura wcale nie jest ważniejsza od życia, powstaje z niego, a nie odwrotnie. Ale poza wszystkim innym ta wielkość tkwiła w tym, iż Myśliwski potrafił opowiadać ludzką zgryzotę i zatrzymywać się o krok przed rozpaczą. Przybliżać losy ludzi przegranych, pokiereszowanych, niespełnionych. I nie odbierać nadziei. Im oraz nam, czytelnikom.

Wracając dziś do jego powieści, szukałem konkretnego fragmentu. To monolog starego proboszcza z „Kamienia na kamieniu”. Przyznaje się on do pewnej rozterki, gnębiącej go od dawna:

„Może za dużo ludziom obiecywałem za ich wszystkie nędze, tułactwa, rozpacze, lęki. Pocieszam już przecież tyle lat, tyle lat. Świat przechodzi koło mnie, ale i przeze mnie, przechodzi czas, przechodzą ludzie, a ja wciąż pocieszam, pocieszam. Aż nieraz myślę, czy udało mi się kogokolwiek tak naprawdę pocieszyć, czy ktoś mi do końca uwierzył. […] czasem wydaje mi się, iż jedyna mądrość, jaka zostaje nam z życia, to przerażenie życiem. A mimo to pocieszam, bo taką wybrałem sobie służbę. Choć gdy sobie uprzytomnię, iż ci, których pocieszałem, może gdzieś tam mi złorzeczą potępieni, nie wiem, czy Bóg mi nie powie, źle wypełniałeś tę służbę. […] Wszak jestem tylko człowiekiem wśród ludzi i wszystko mnie z nimi łączy. Więc odpuszczam, może nadaremno, zaprzeczam, kiedy już nie mogę odpuścić, błądząc pośród tych wszystkich tajemnic, jak tylko człowiek potrafi błądzić, nie wiedząc, jak tylko człowiek potrafi dotkliwie nie wiedzieć, biorąc grzechy innych na własne sumienie i sam będąc grzesznym. Może moim powołaniem nie jest wiedzieć, ale pocieszać?”.

Może to samo stanowiło powołanie Wiesława Myśliwskiego? Może dzisiaj los przyniósł mu nie morze, jak w „Widnokręgu”, a spokój?

Idź do oryginalnego materiału