Być może ten Dzień Modlitwy i Solidarności – niezależnie od tego, w ilu parafiach (nie) będzie jutro obchodzony – to dobry moment na odkrycie Jezusa solidarnego we wszystkim.
Rok temu o tej porze przeglądałam strony internetowe kolejnych diecezji w poszukiwaniu informacji o Dniu Modlitwy i Solidarności ze skrzywdzonymi (a więc i ze mną). Facebookowe profile inicjatyw wspierających skrzywdzonych publikowały szczątkowe informacje o modlitwach, drogach krzyżowych i spotkaniach. Z nadzieją i napięciem szukałam czegokolwiek w swojej diecezji. Na próżno.
Minął piątkowy wieczór. W social mediach zaczęły wówczas pojawiać się kolejne wiadomości o tym, iż choćby w tych nielicznych parafiach, w których czytano rozważania przygotowane przez o. Mateusza Filipowskiego, głos skrzywdzonych zawarty w tych rozważaniach został ocenzurowany i znów przemilczany. Niektórzy tłumaczyli to brakiem czasu i przedłużającym się nabożeństwem, inni zrzucali to na brak przestrzeni lub wrażliwości na świadectwa skrzywdzonych. Zamiast solidarności przeżywałam dzień frustracji i rozczarowania.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
O ile wtedy czułam złość i bezsilność, o tyle dziś został we mnie smutek. I wdzięczność. Tak, jestem wdzięczna, iż są osoby, dla których ten dzień ma znaczenie, które pokazują, iż solidarność ze skrzywdzonymi jest dla nich ważna, które nie poddają się i nie rezygnują z organizowania kolejnych inicjatyw, pomimo oporu wielu instytucjonalnych części Kościoła. Jestem wdzięczna tym, którzy towarzyszą po cichu, odbierając maile, telefony, wchodząc w ciemności bólu, krzywdy, bezradności, w zgodzie z własnymi kompetencjami i zasobami.
Siedem dni milczenia
Przy takich okazjach jak jutrzejszy dzień wraca do mnie pytanie o to, jak towarzyszyć osobom skrzywdzonym. Zaraz za nim przychodzi kolejne: jakiej solidarności potrzebuję ja sama? W tym kontekście lubię wracać do historii Hioba i jego trzech przyjaciół, którzy, słysząc o cierpieniu swojego bliskiego, postanowili go odwiedzić (por. Hi 2,11-13). Wyruszyli na spotkanie, mając własne wyobrażenie o Hiobowym trudzie i gotowy plan pomocy i pocieszenia. Kiedy ujrzeli twarz Hioba, zatrzymali się, rozerwali swoje szaty i zaczęli płakać. Cierpienie Hioba musiało być tak bardzo widoczne, iż ich zatrzymało. „Siedzieli z nim na ziemi siedem dni i siedem nocy, nikt nie wyrzekł słowa, bo widzieli ogrom jego bólu” (Hi 2,13).
Towarzyszenie w cierpieniu zaczyna się tam, gdzie kończą się moje pomysły na czyjeś zdrowienie. Tak też rozumiem solidarność ze skrzywdzonymi – to taka przestrzeń, w której chcę najpierw usiąść obok, usłyszeć, spotkać drugiego człowieka i nie odwrócić wzroku od jego twarzy przepełnionej cierpieniem. To takie spotkanie, w którym jest więcej pytań niż gotowych rozwiązań. Czasami to tylko małe gesty, odebrany telefon, wspierająca reakcja pod postem w mediach społecznościowych, ciepła herbata, kultura wypowiedzi (bo przecież tak często nie wiadomo, jaką historię niesie osoba siedząca obok mnie w tramwaju); to nienarzucające bycie obok, w bliskości uwzględniającej granice każdej z osób.
Odcienie ciemności
Łatwo jest mi odnajdywać się w tej historii po stronie przyjaciół Hioba. Chcę być tą, która przychodzi, widzi, potrafi przyjąć drugiego człowieka w milczącym zrozumieniu i cichej obecności. A jednak równie często odkrywam, iż to ja siedzę na podłodze. I iż towarzyszenie, o którym tak łatwo mówić w teorii, zaczyna się od przyjęcia swojej własnej słabości. Od zgody na to, iż są we mnie takie miejsca, w których nie potrafię być ani silna, ani ogarnięta.
Staram się być przyjacielem, ale równie często zakładam buty Hioba i, zapadając się w swojej ciemności, spędzam długie godziny, tygodnie, miesiące, na mojej własnej „podłodze”. Mimo wielu lat zdrowienia i stawania na nogi po wieloletnim wykorzystywaniu, przez cały czas doświadczam jak ciemność dopada mnie w najmniej oczekiwanych momentach; jak powala mnie na ziemię. Czasami przywołuje ją „tylko” trudny komentarz pod postem dotyczącym krzywdy, przeczytany w najmniej odpowiednim momencie. Czasami to wspomnienia niczego nieświadomej babci, dla której sprawca był „ulubionym księdzem”.
Moja ciemność to żałoba po życiu, którego nie mam, i lęk przed tym, które przede mną. To kariera, której nie zrobiłam, kraje, których nie odwiedziłam, marzenia, których nie spełniłam. To śmiech przyjaciół, opowiadających o przygodach swojej młodości, uświadamiający mi, iż niczego nie pamiętam, a adekwatnie choćby nie jestem pewna, czy w tamtych czasach bardziej żyłam czy umierałam. Ciemność to ból żołądka, zniszczonego przez ciężar wydarzeń, których ciało nie było w stanie unieść. To wreszcie samowłączający się tryb zamrożenia, który znam lepiej niż stan względnego bezpieczeństwa.
Towarzyszenie w cierpieniu zaczyna się tam, gdzie kończą się moje pomysły na czyjeś zdrowienie. Tak też rozumiem solidarność ze skrzywdzonymi
Ola
Moja ciemność ma wiele odcieni – czasami jest łagodna, niemal niezauważalna, ale ciągnie się jak styczniowe mrozy i powoduje, iż jest jakoś tak zimno i nieprzyjemnie. Czasami z całym impetem gasi światło i zabiera nadzieję na lepsze życie. Bywa też tak, iż wyłamuje wszystkie wewnętrzne drzwi, wpuszczając lęk i poczucie winy.
Sama się zastanawiam, czy w takich momentach potrafię – jak Hiob – pozwolić, aby ktoś podszedł tak blisko mnie, żeby aż przez siedem dni i siedem nocy trwać w milczącej obecności. A może jednak w tym swoim niedostatku potrzebuję jeszcze bronić się przed tymi, którzy wiedzą lepiej, chcą pomóc, ale tylko na swoich zasadach, a czasami chcą tylko uciszyć mój niewygodny dla nich ból?
Czasami myślę, iż wielu z nas jest już zmęczonych – niektórzy szukaniem pomocy i odbijaniem się od ścian instytucji, inni pomaganiem, jeszcze inni słuchaniem „znowu o tych skrzywdzonych”, troską o Kościół i zmaganiem z własnymi niemocami. W zasadzie niezależnie od tego czy nosimy (czytelnik i ja) w sercu doświadczenie krzywdy, czy jesteśmy tymi, którzy wkładają swoje siły w pomoc skrzywdzonym, czy może mamy już dość jednych i drugich – w sposób nieunikniony i tak się spotykamy: na drogach poszukiwania nadziei, sprawiedliwości, bezpieczeństwa i przyjmującej miłości Boga.
Moim tempem
Kiedy byłam już bardzo zmęczona swoim bólem i ciągle krwawiącymi ranami, którymi kompletnie nie potrafiłam się zaopiekować, a one wcale nie chciały się goić tak szybko, jak tego oczekiwałam, uciekałam często do malutkiej, pustej, ciemnej kaplicy w centrum mojego miasta. Długie godziny przesiedziałam tam na podłodze, wpatrzona w Boga zamkniętego w tabernakulum. Nie potrafiłam Mu choćby opowiedzieć o tym, co się działo przez te kilka lat, kiedy – jak mi się wtedy wydawało – zupełnie o mnie zapomniał. Po prostu siedziałam w milczeniu, w bezruchu, w ciemności, z upływem czasu odkrywając w tym Jezusie, zawieszonym na krzyżu nad ołtarzem, coraz więcej podobieństw do mojego ciała – tak wiele razy krzyżowanego dotykiem, zawstydzanego nagością, zabijanego poczuciem winy. Nie potrafiłam nic więcej, niż tylko siedzieć i wpatrywać się w poranione Ciało.
Tak naprawdę nie wiem, kto przy kim siedział – ja przy Nim, czy On przy mnie. Solidarny tak bardzo, iż nie tylko jest obok mnie, ale też dla mnie pozwolił się zranić, poniżyć, rozebrać i zabić. Solidarny do końca – jak pisze Tośka Szewczyk – Bóg, z którym mogę „usiąść jak martwy z martwym. Każde w swojej własnej samotności. W swoim własnym grobie. Osobno, a jednocześnie tak bardzo blisko siebie”. Taki obraz Boga towarzyszył mi przez długi czas: Bóg, który jest tak blisko, iż zna każdą moją ciemność, zanim jeszcze Mu o niej opowiem.
Widzę jednak ostatnio jak chciałabym pewne procesy przyspieszyć: jak oczekuję, iż jeżeli już Bóg wchodzi w moją ciemną dolinę, powinien mnie z niej wyciągnąć, uleczyć i magicznie odmienić życie. Bo przecież tak byłoby łatwiej dla wszystkich – ja mogłabym już odpocząć, bliscy nie musieliby już włazić na dach, żeby od czasu do czasu znów przynieść mnie na noszach (por. Łk 5,19), a Bóg nie musiałby już dłużej znosić moich buntów. A jednak coraz częściej doświadczam tego, iż On przychodzi do mojej ciemności, żeby być w tym razem ze mną i przejść tę drogę… moim tempem. Jak to robi?
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?
Pamiętam moment, w którym przeczytałam list Anny na Instagramowym profilu Tośki (Anna była też bohaterką późniejszego felietonu „Kościół uznał mnie za swoją. Ten z Instagrama”). Siedziałam na kamieniu, z dala od przyjaciół, z którymi spędzałam wakacje, i bardzo długo patrzyłam na wygaszony ekran telefona. Próbowałam złapać równowagę po tym, o czym właśnie przeczytałam. To była historia kobiety, która dzieliła się doświadczeniem swojej ciemności związanej z przeżywaniem seksualności pokiereszowanej przez wykorzystanie seksualne. Anna dzieliła się historią, o której, jak sama napisała, wstydzi się mówić.
Po dłuższej chwili napisałam do Tośki wiadomość: „Byłam tam. Trochę inaczej, ale byłam”. Historia Anny dotknęła takich kawałków mojego życia, do których nigdy wcześniej nikogo nie wpuściłam. Nie takich samych. Nie identycznych. Ale samo podobieństwo naszych ciemności, ten rodzaj solidarności w przeżywaniu podobnych trudności, spowodowały, iż pierwszy raz w tej części mnie zapłonął mały płomyk światła. Wstyd, który niosłam w samotności, przestał być samotny. Ból, którego ja sama się bałam, stał się bardziej zrozumiały. Ciemność wyciągnięta w stronę światła stała się mniej niebezpieczna i łatwiejsza do uniesienia. Bóg posłużył się listem Anny, żeby w moich cierpieniach nie zostawić mnie samej.
Z kolei kilka miesięcy temu Bóg usiadł ze mną przy studni. Podczas medytacji na rekolekcjach ignacjańskich poruszyła mnie prośba Jezusa wypowiedziana do Samarytanki: „Daj mi pić” (J 4,7). Zapytałam siebie, o co Jezus mógłby mnie poprosić, i ta myśl poprowadziła mnie w kierunku całej litanii krzywdzących przekonań i epitetów skierowanych przeciwko sobie – bo jak mogłabym cokolwiek dać Jezusowi, skoro jestem „taka”?
Nagle jednak wydarzyło się coś, na co zupełnie nie byłam przygotowana. Przez moją głowę przepływały kolejne bardzo trudne wspomnienia, grzechy, słabości, sytuacje, w których różne konsekwencje i skutki wykorzystania pchały mnie w coraz większe ciemności. Te wspomnienia nie były jednak tak gorzkie jak zwykle: każde z nich pojawiało się w mojej głowie tak, jakby ktoś z ogromną czułością i delikatnością mówił: „Widziałem Cię. Byłem tam z Tobą, byłem blisko, wiem, co się stało. Nie zapomniałem o Tobie”. Przez kilka, a może kilkanaście minut, siedząc ze mną przy studni, Jezus „opowiedział mi całe moje życie”. O „pięciu mężach”. O szukaniu miłości i akceptacji. O bezradności i pogubieniu. O tym, jaką drogę przeszłam. O moich lękach, ranach, grzechach, o skutkach traumy, których niczym nie potrafiłam sama z siebie zmyć.
Zalana łzami oglądałam swoje życie z taką akceptacją, troską, zrozumieniem i współczuciem dla samej siebie, jakich nigdy wcześniej nie doświadczyłam. Dotarło do mnie, iż to, co przez ostatnie lata przeżywałam w terapii, to, co mozolnie, małymi krokami starałam się wypracowywać, On dopełnił swoją obecnością. Wszedł w to, co we mnie najciemniejsze i najsłabsze, żeby mnie wzmocnić i uzdrowić.
Solidarny poza śmierć
Niezależnie od tego czy nosimy (czytelnik i ja) w sercu doświadczenie krzywdy, czy jesteśmy tymi, którzy wkładają swoje siły w pomoc skrzywdzonym, czy może mamy już dość jednych i drugich – Bóg niezmiennie jest Tym, który siada z nami w najmniej wygodnych kawałkach naszego życia i z czułą uważnością czeka, aż poczujemy się wystarczająco bezpieczni, żeby zrobić jeden mały krok do przodu.
Być może więc ten Dzień Modlitwy i Solidarności – niezależnie od tego, w ilu parafiach (nie) będzie jutro obchodzony – to dobry moment na odkrycie Jezusa solidarnego we wszystkim. Solidarnego z cierpieniem solidarnych ze skrzywdzonymi. Solidarnego z cierpieniem tych, którzy się nas boją. Solidarnego aż poza śmierć.
*
Przyjacielu, który nie boisz się mojej ciemności;
Zbawicielu, który wiesz, jak dotknąć moich ran, żeby je przemienić;
który sam pozwalasz się dotknąć i zabić,
do końca Solidarny z tym, co we mnie kruche, niekochane i nieuleczone;
Ty, który słyszysz to, co milczące i niewypowiadalne;
Patrzący miłosiernie;
Obecności przenikająca najgłębsze otchłanie mojej samotności;
Królu sprawiedliwości;
z czułością podnoszący mnie z upadków
Zmiłuj się nad nami!
Przeczytaj też: Nie-dzień pełen ciszy. Moja Wielka Sobota

2 godzin temu



![A gdyby tak w Wielkim Poście zrezygnować z hejtu? [FELIETON]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2016/10/woman-1150568.jpg)




![Najwięksi emitenci CO2 w Polsce [WIDEO]](https://magazynbiomasa.pl/wp-content/uploads/2022/02/co2-ga2161f0b9_1920.jpg)





