W przypadku Jacka Weigla Kościół instytucjonalny w Polsce po raz pierwszy jednoznacznie nazwał krzywdy psychiczne wyrządzone przez wpływowego świeckiego lidera wspólnoty charyzmatycznej i sięgnął po kanoniczne środki karne ograniczające jego władzę.
Przez lata można było się przyzwyczaić, iż „nadużycia” w Kościele to problem dotyczący niemal wyłącznie księży. Że źródłem przemocy jest zwykle skrzywione rozumienie kapłaństwa, a świeccy liderzy są bezpieczną alternatywą. Sprawa Jacka Weigla, zakończona właśnie bezprecedensowym komunikatem warszawskiej kurii, komplikuje ten obraz.
To historia o krzywdzie, która domagała się nazwania, choć dotyczy „tylko” stylu kierowania wspólnotą religijną, sposobu podejmowania decyzji i komunikacji oraz pomieszania ról liderskich i pracodawczych – czyli spraw, które można nazwać przemocą psychiczną, a ta jest trudniej dostrzegalna przez struktury i prawo, również kanoniczne. Ale to także – co w polskich warunkach wciąż nieoczywiste – opowieść o kościelnej instytucji, która, po wstępnych błędach, ostatecznie stanęła po stronie prawdy i osób skrzywdzonych.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Ta sprawa jest istotna, bo dotyka problemów, których Kościół w Polsce do tej pory nie potrafił rozpoznawać: nadużyć władzy sprawowanej nie przez duchownego, ale przez świeckiego lidera działającego w przestrzeni kościelnej, z mandatem instytucji i realnym wpływem na życie ludzi. Jest ważna, bo odsłania mechanizmy, które przez lata kojarzyliśmy niemal wyłącznie z klerykalizmem: brak kontroli ze strony przełożonych, absolutyzowanie autorytetu lidera, rozmywanie odpowiedzialności, przenoszenie ciężaru pojednania na osoby skrzywdzone.
Tymczasem problem jest szerszy. Można go nazwać – przez skojarzenie z klerykalizmem – kościelną wersją lideryzmu. Nie chodzi tu tylko o błędy konkretnego człowieka.
Mamy do czynienia ze znaczącą cezurą: Kościół w Polsce – po latach bolesnych lekcji związanych z przestępstwami duchownych – zaczyna dostrzegać, iż mechanizmy nadużyć nie noszą sutanny. Mogą ukrywać się za garniturem sprawnego menedżera i nowoczesnego ewangelizatora czy za hasłami o „edukacji z wartościami”.
Przeprosiny, ale za co?
17 stycznia 2026 roku na swoim publicznym profilu facebookowym Jacek Weigl, lider warszawskiej charyzmatycznej Wspólnoty Syjon, zamieścił przeprosiny. Pełny tekst poniżej.

Na pierwszy rzut oka mamy do czynienia z tekstem spokojnym, refleksyjnym, pozornie pokornym. Nie ma w nim agresji, nie ma ataku na osoby zgłaszające krzywdę, nie ma jawnego zaprzeczania faktom. Przeciwnie – jest język skruchy, odpowiedzialności, procesu, pracy nad sobą. Nic dziwnego, iż wpis spotkał się z setkami pozytywnych reakcji i wspierających komentarzy.
Trudno jednak z tych przeprosin dowiedzieć się, kogo świecki lider religijnej wspólnoty przeprasza i za co. Zadałem to pytanie pod koniec stycznia samemu Jackowi Weiglowi, zaznaczając, iż zamierzam opublikować jego wypowiedzi w tekście prasowym. Nazajutrz rano otrzymałem uprzejmą odpowiedź, w której odniósł się on dość obszernie do poruszonych przeze mnie kwestii.
Sytuacja zmieniła się jednak zaledwie 9 godzin później. Weigl wycofał zgodę na publikowanie swoich odpowiedzi w jakiejkolwiek formie oraz zaznaczył, iż nie życzy sobie medialnego omawiania tych kwestii. Przekonywał, iż sprawa ma charakter wewnątrzkościelny, a nie publiczny. Choć przecież post, który Weigl opublikował na swoim profilu, ma charakter właśnie publiczny.
Mamy więc do czynienia z publicznymi przeprosinami, ale ich autor odmawia udzielenia wyjaśnień i komentarza. O co zatem chodzi?
Wizjoner „z Wartościami”
Kim jest Jacek Weigl? Sam o sobie pisze na własnej stronie internetowej: „Wizjoner, mentor, działacz społeczny”. Ukończył Wydział Zarządzania i Marketingu Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizuje się w finansach i bankowości. Pracował w firmie ubezpieczeniowej. Jest laureatem nagrody „Zacny Uczynek”, przyznawanej „za nadzwyczajne, bezinteresowne działania humanitarne oraz postawy służące dobru społecznemu”.
Działaniom, które prowadzi, Weigl ochoczo nadaje markę „z Wartościami” („wartości” pisane są zwykle wielką literą). Zajmuje się edukacją – zakładał szkoły i fundacje, organizuje konferencje. Kieruje fundacją „Edukacja z Wartościami”.
Chętnie bywa wśród polityków. Pisze choćby o sobie, iż jest „członkiem Duszpasterstwa Parlamentarnego” (nie może nim być w sensie ścisłym, bo duszpasterstwo parlamentarzystów przeznaczone jest dla parlamentarzystów oraz pracowników obu izb władzy ustawodawczej). Ale działa w Sejmie – współorganizował tam m.in. konferencję „Biznes z Wartościami. Wartości do Biznesu”.
Kurialny komunikat stwierdza, iż działania Jacka Weigla „miały znamiona nadużyć określonych w kan. 1378 § 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego”. Kanon ten opisuje przestępstwo kościelnego nadużycia władzy
Dawid Gospodarek
Jest również prezesem firmy sprzedającej suplementy oraz plastry (m.in. na wypryski, odporność, odprężenie czy zmarszczki). Wokół tej inicjatywy także istnieją kontrowersje, nie ona jest jednak tematem niniejszego tekstu.
Najszerzej Jacek Weigl znany jest w Kościele, a zwłaszcza w jego charyzmatycznej części. To człowiek sukcesu, który mówi językiem korporacji, coachingu – ale z ewangelicznym przesłaniem. Na YouTube można znaleźć dziesiątki jego konferencji: o tym, jak realizować marzenia, jak budować wizję firmy, jak być dobrym liderem. Mówił o „rozpalaniu parafii” i „życiu w zwycięstwie”.
Jego narracja była porywająca. „Nic, co ma wartość, nie przychodzi bez walki” – cytował w swoim biogramie. Dla wielu młodych katolików, szukających drogi między skostniałą strukturą parafialną a pragnieniem żywej wiary, był inspirującym przewodnikiem. Jawił się im jako mentor i duchowy przewodnik.
Był współzałożycielem (w 1997 roku) i pierwszym, wieloletnim liderem charyzmatycznej wspólnoty Chefsiba. W latach 2006–2010 pojawiły się obawy, iż grupa utraciła katolicki charakter, skłaniając się raczej ku wspólnotom ewangelikalnym (ze względu na doktrynę, formy pobożności i duchowość). Sprawę badała specjalna komisja powołana przez archidiecezję warszawską. W 2008 roku wydano oświadczenie podtrzymujące te wątpliwości. W 2013 roku doszło jednak do porozumienia – kuria poinformowała, „po gruntownym zbadaniu sprawy, biorąc pod uwagę obustronne zaniedbania i błędy”, iż wspólnota może zgodnie z prawem działać w Kościele, kwestie kontrowersyjne będą jeszcze przepracowywane, a katoliccy członkowie tej ekumenicznej wspólnoty indywidualnie wyznali wiarę.
W kolejnych latach Jacek Weigl był liderem wspólnoty Chefsiba i przestał nim być pod presją grupy; współzakładał Apostolski Ruch Wiary (dalej: ARW) i uzyskał dla niego oficjalny status kościelnego publicznego stowarzyszenia wiernych[1]); odszedł z ARW w efekcie wewnętrznego kryzysu tej grupy, aż wreszcie doprowadził do uniezależnienia się od ARW jednej ze wspólnot – o nazwie Syjon – i przez kilka lat działał jako jej lider.
Również wokół tej inicjatywy pojawiały się kontrowersje w Kościele. Szerzej o tych sporach – w dalszej części artykułu. Pora bowiem wrócić do pytania, za co przeprasza Jacek Weigl.
„Karne środki zaradcze” za nadużycia władzy
19 stycznia 2026 roku – czyli dwa dni po cytowanych facebookowych przeprosinach – Kuria Metropolitalna Warszawska wydała komunikat w sprawie Jacka Weigla. Komunikatu nie opublikowano, ale został on rozesłany do grona (na pewno dziesięciu, a prawdopodobnie kilkunastu) osób, które zgłaszały do kurii krzywdy z rąk lidera „Syjonu”, oraz od innych osób zgłaszających nadużycia władzy z jego strony.
W analogicznych sytuacjach obowiązuje w Kościele zasada, iż osobom zgłaszającym krzywdy nie wolno narzucać żadnego obowiązku milczenia co do faktów. Historia Kościoła uczy zresztą, iż rozwojowi jego świętości sprzyja transparentność, a uczciwe ujawnianie słabości mobilizuje do ich przepracowania oraz ma znaczenie prewencyjne. Dlatego zdecydowałem się, również ze względu na prośbę osób pokrzywdzonych, upublicznić ten kurialny komunikat.

Powyższa decyzja warszawskiej kurii jest ostatecznym potwierdzeniem zarzutów stawianych Weiglowi od dawna. Odwołuje się także do wcześniejszych etapów tej sprawy, które wyjaśnię w drugiej części artykułu.
Co jednak w istocie kryje się pod stwierdzeniem, iż zdaniem władz archidiecezji warszawskiej działania Jacka Weigla – dotyczące „stylu przewodzenia wspólnocie, sposobu podejmowania decyzji i komunikacji” oraz „pomieszania ról liderskich i pracodawczych” – „miały znamiona nadużyć” określonych w Kodeksie prawa kanonicznego? Co znaczy, iż spowodowały one „zgorszenie we wspólnocie, a także przyczyniły się do krzywdy i zranienia konkretnych osób”? Dlaczego wobec osoby świeckiej zastosowano kanoniczne „karne środki zaradcze” oraz „wycofano – na określony czas – upoważnienia w zakresie działalności katechetycznej i troski nad wspólnotami”?
Delegat metropolity warszawskiego ds. ochrony dzieci i młodzieży oraz osób bezbronnych (podpisany pod styczniowym dokumentem) nie chce szerzej komentować wydanego komunikatu ani mówić szczegółowo o stawianych Weiglowi zarzutach, które stały się podstawą niniejszej decyzji. Rzecznik archidiecezji, ks. Przemysław Śliwiński, odpowiada jednak na pytanie, w jaki sposób sprawowany będzie nadzór nad realizacją kanonicznych karnych środków zaradczych zarządzonych w tej sprawie. Wskazuje, iż ma nad tym czuwać dwójka księży sprawujących funkcję asystentów kościelnych Wspólnoty Syjon: ks. Rafał Sikorski i ks. Tomasz Zdeb. Zapytałem również ks. Śliwińskiego, czy Jacek Weigl został zobowiązany do przeprosin przez kurię, Odpowiedział: „Przeprosiny są naturalną i finalną konsekwencją przeprowadzonej sprawy. Ich wystosowanie i upublicznienie było osobistą decyzją samego p. Weigla”.
- Tośka Szewczyk
Nie umarłam. Od krzywdy do wolności
Wiele pytań wyjaśnia adekwatne zrozumienie treści kluczowego zdania kurialnego komunikatu, które stwierdza językiem prawnym, iż działania Jacka Weigla „miały znamiona nadużyć określonych w kan. 1378 § 1 Kodeksu Prawa Kanonicznego”. Wspomniany kanon opisuje bowiem przestępstwo kościelnego nadużycia władzy. Brzmi on: „Kto […] dopuszcza się nadużycia w związku ze sprawowaniem władzy, urzędu lub zadania, powinien być ukarany stosownie do wagi czynu lub zaniechania, nie wyłączając pozbawienia urzędu, z zachowaniem obowiązku naprawienia szkody”.
Zatem krótko mówiąc: po dogłębnym zbadaniu sprawy archidiecezja warszawska uznała, iż Jacek Weigl – który sprawował w imieniu Kościoła funkcje kierownicze we wspólnocie katolickiej – nadużywał tej władzy, krzywdząc i raniąc osoby powierzone jego pieczy. Nie jest mi znany przypadek zastosowania wcześniej w Polsce tego przepisu wobec osoby świeckiej sprawującej jakąś funkcję w Kościele.
Anatomia lideryzmu
Choć archidiecezja nie chce mówić o szczegółach, udało się dowiedzieć więcej. Jak wynika z moich ustaleń, złożone w kurii materiały to aż kilkaset stron dokumentów i świadectw. Rozmawiałem z osobami, które składały świadectwa, poznałem treść niektórych świadectw złożonych w kurii, rozmawiałem też z osobami pokrzywdzonymi, które nie zdecydowały się zgłosić do diecezji.
Z dostępnych mi informacji rysuje się obraz „folwarku”, w którym lider sprawował kontrolę totalną. Nie chodzi tu zatem o jednorazowy błąd czy ludzką słabość, ale o systemowe, wieloletnie nadużywanie władzy duchowej i posiadanego autorytetu. Zarzuty dotyczą głównie manipulacji duchowej i emocjonalnej, wykorzystywania relacji zależności, posługiwania się informacjami o charakterze intymnym, braku transparentności, niejasności finansowych, instrumentalnego traktowania ludzi oraz nieuprawnionego mieszania ról: lidera wspólnoty, mentora duchowego, pracodawcy i osoby decydującej o „byciu w środowisku”.
Mechanizm oparty był na zaufaniu i pragnieniu rozwoju. Kluczowym narzędziem zniewolenia stał się – paradoksalnie – mentoring. To, co miało służyć wzrostowi duchowemu i osobistemu, w wykonaniu Weigla dość często zamieniało się w pułapkę. Mentor wchodził w rolę nie tylko lidera wspólnoty, ale też powiernika, coacha, czasem niemal terapeuty. Relacja mistrz-uczeń była wykorzystywana do budowania toksycznej zależności.
Po dogłębnym zbadaniu sprawy archidiecezja warszawska uznała, iż Jacek Weigl – który sprawował w imieniu Kościoła funkcje kierownicze we wspólnocie katolickiej – nadużywał tej władzy, krzywdząc i raniąc osoby powierzone jego pieczy
Dawid Gospodarek
Lider, jak opowiadają pokrzywdzeni, wybierał osoby „z potencjałem” i zapraszał je do szczerych, „ojcowskich” rozmów. Dzielił się własnymi słabościami, zachęcając do wzajemności. Bardzo osobiste szczegóły życia zapisywał, a następnie zdarzało się, iż były one ujawniane innym osobom. Weigl gromadził intymne informacje o współpracownikach i podopiecznych. Dla osób pokrzywdzonych było to doświadczenie głęboko upokarzające i raniące. Ten sposób działania budował w otoczeniu przekonanie, iż „z Jackiem lepiej nie zadzierać”.
Schemat był niemal zawsze ten sam: izolowanie poszczególnych osób, sprowadzanie ich sytuacji do „indywidualnych trudności”, deprecjonowanie zgłaszających krzywdy, tłumaczenie problemów ich „zranieniem”, „brakiem dojrzałości” albo „nieuporządkowaną duchowością” czy działaniem złego ducha. Gdy te wyjaśnienia przestawały działać, pojawiała się kolejna narracja: minimalizowanie odpowiedzialności, przesuwanie winy, relatywizowanie faktów.
Przez wiele lat świadectwa osób zgłaszających krzywdy trafiały do asystentów kościelnych wspólnot, którymi kierował Jacek Weigl, do innych liderów i władz kościelnych. Najczęściej jednak nie uruchamiały skutecznie mechanizmów ochronnych. Działał bowiem wizerunek lidera z charyzmą, co potwierdzała wspomniana kościelna aprobata. Ten wizerunek stanowił najskuteczniejszą tarczę. Jak bowiem uwierzyć, iż ktoś, kto tak pięknie mówi o wartościach, legitymizuje się zdjęciami z papieżami, hierarchami i innymi ważnymi postaciami, może jednocześnie niszczyć ludzi?
Członkowie wspólnoty byli przez Weigla zatrudniani przy realizacji różnych projektów, które on prowadził. To sprawiało, iż pojawiał się nowy rodzaj zależności, związany z formalną podległością i finansowym uzależnieniem od człowieka, który był równocześnie mentorem czy duchowym przewodnikiem podwładnego. Lojalność była nagradzana, a sprzeciw – karany marginalizacją.
Ludzie vs. sztuczna inteligencja | Bezbronni dorośli w Kościele | Dyktatura dosłowności
Niektórzy odchodzili ze wspólnot prowadzonych przez Jacka Weigla, niekiedy choćby z Kościoła. Odchodzili najczęściej w ciszy, bo głośne mówienie prawdy oznaczało utratę relacji i reputacji. Kto kwestionował decyzje lidera, ten stawał się wrogiem – nie tylko lidera, ale w domyśle i Boga (czy „Królestwa” lub „misji”, jak zwykł mawiać Weigl). Deprecjonowanie osób, które odważyły się odejść lub sprzeciwić, trwało latami.
W znanych mi świadectwach osób pokrzywdzonych powracają poczucie wykorzystania i doświadczenie instrumentalizacji. Osoby te stały się ofiarami lideryzmu. Można spojrzeć na lideryzm jako świecką odmianę klerykalizmu. Ale może jest to coś wspólnego dla religijnych (duchownych i świeckich) autorytetów, przekonanych o własnej wyjątkowości, duchowym namaszczeniu i prawie do rządzenia sumieniami innych?
We wspólnotach Weigla dominowała silna osobowość lidera, brak było realnej kontroli zewnętrznej, język duchowy został pomieszany z relacyjnym i organizacyjnym, religijny autorytet wykorzystywany był do budowania zależności. To wszystko kształtowało splątany układ zależności. A przecież we wspólnocie wiary powinna panować zasada „gdzie jest Duch Pański – tam wolność” (2 Kor 3,17).
W oczach osób skrzywdzonych
O znaczeniu kurialnego komunikatu zechciało porozmawiać ze mną kilka osób zgłaszających krzywdę do władz archidiecezji warszawskiej.
– Cały proces był dla mnie niezwykle trudny. Odnosiło się wrażenie, iż mimo zgłoszeń tak wielu ofiar, Jacek wciąż pozostawał bezkarny – mówi jedna z nich. Pojawiały się kolejne traumatyzacje osób skrzywdzonych, gdy znani biskupi, liderzy i pastorzy, którzy bardzo dobrze wiedzieli o nadużyciach Jacka, brali udział w jego kursie biblijnym, konferencjach, podcaście i innych dziełach. W ten sposób go uwiarygadniali. To bolało chyba jeszcze bardziej.
– Dopiero przyjście abp. Adriana Galbasa i fakt, iż grono osób pokrzywdzonych wciąż się powiększało, sprawiły, iż Kościół zareagował. Cieszę się, iż postępowanie kurii zostało zakończone jednoznacznym uznaniem krzywd, które miały miejsce. Choć zostały one nazwane bardzo ogólnikowo, to jednak Kościół stwierdził, iż my, osoby pokrzywdzone, sobie tego nie wymyśliliśmy. Że to, czego doświadczyliśmy, to nadużycia, które nie powinny się wydarzyć – mówi mój rozmówca.
Wyrażany jest też niepokój, iż komunikat nie został opublikowany: – Podobno stało się tak z uwagi na nowe osoby we Wspólnocie Syjon, dla których mogłoby to być wstrząsające. To prawda, oni nie są niczemu winni. Ale to wciąż wpisuje się w ten sam, powtarzany zbyt często schemat: ukrywanie nadużyć, zaprzeczanie niemoralności i chronienie sprawców. Kościół często postępował w ten sposób w celu ochrony „dzieła Bożego”, co oznaczało zachowanie dobra lub ciągłości instytucji, a nie troskę o poranionych i wykorzystanych ludzi.
– Sam komunikat przyjmuję z ulgą – mówi mój rozmówca. – Ale brak transparentności przez cały czas sprawia, iż choćby przeprosiny Jacka na Facebooku wprowadziły tak wielu chrześcijan w błąd. Sporo osób wciąż myśli, iż to po prostu jego pokorne wyznanie, będące wynikiem głębokiej refleksji. Ale to nie tak. Przeprosiny pojawiły się dopiero po zakończeniu postępowania kanonicznego i są elementem wyraźnie wpisanym w ten proces, o czym Jacek nie wspomina w tekście swoich przeprosin.
Wydaje się, iż Kościół w Polsce uczy się oceniać nie tylko herezje czy przestępstwa, ale też nadużycia władzy i manipulacje – mówi jedna z osób skrzywdzonych
– Co więcej – oburza się osoba, z którą rozmawiałem – Jacek w tekście przeprosin wyraził oczekiwanie, aby osoby skrzywdzone zgłaszały się do niego. Takie oczekiwania są według mnie nikczemne. Owszem, do części z pokrzywdzonych Jacek sam się zgłosił kilka miesięcy temu, tuż po tym, jak abp Galbas wznowił proces. Wysłał im wówczas pięć czy sześć zdań, pisanych chaotycznie i nieskładnie, w tym stwierdzenie: „przepraszam za wszystko, co mogło cię zranić”.
– A przecież nie przeprasza się za poważną krzywdę w trybie warunkowym. Nie powinno być słów: „mogło zranić”, lecz: zraniło. Trzeba nazwać rzeczy po imieniu. Co więcej, wszyscy adresaci tamtej wiadomości, otrzymali dokładnie te same przeprosiny, pisane metodą „Ctrl+C – Ctrl+V”. Czy po tym wszystkim, co się stało, można takie podejście nazwać postawą chrześcijańską lub godną naśladowania? I to u osoby nazywanej liderem, prowadzącej inicjatywy zatytułowane „z wartościami”? – pyta retorycznie osoba pokrzywdzona.
Kolejny mój rozmówca podkreśla, iż długie, prawie trzyletnie badanie sprawy Jacka Weigla przez archidiecezję było dla niego czasem emocjonalnie bardzo męczącym. – We wcześniejszych komunikatach, między wierszami, wyczuwaliśmy próby rozmywania tematu. Wydawało się, iż sprawa będzie zbagatelizowana, wyciszona lub schowana pod dywan. Teraz czuję ulgę, iż polski Kościół instytucjonalny, któremu zaufaliśmy, wreszcie zajął stanowisko: nazwał nadużycie, ludzką krzywdę i nałożył karę.
– Wydaje się, iż Kościół w Polsce uczy się oceniać nie tylko herezje czy przestępstwa, ale też nadużycia władzy i manipulacje – słyszę od mojego rozmówcy. – Szkoda tylko, iż przeprosinowy post Jacka na Facebooku nie wspomina o nałożonej karze… Przez to wygląda na niemal spontaniczny, szlachetny poryw serca. Ma ogromną liczbę „lajkujących”, którzy nie mają jednak pojęcia o karnej treści niepublicznego komunikatu kurii warszawskiej.
W drugiej części artykułu przedstawione będą wcześniejsze etapy postępowania wyjaśniającego w archidiecezji warszawskiej, obecna sytuacja we Wspólnocie Syjon oraz analiza przeprosin Jacka Weigla.
Przeczytaj też: Przemoc duchowa po katolicku, Doris Reisinger w rozmowie z Tośką Szewczyk
[1] Sam ARW wyjaśnia na swej stronie internetowej: „Status kościelnego stowarzyszenia publicznego oznacza, iż cele naszej działalności, które są określone w statucie ARW, są misją realizowaną w imieniu Kościoła Rzymsko-Katolickiego. […] Innymi słowy, to co mówimy i robimy, wykonujemy to w imieniu Kościoła Katolickiego”.

1 miesiąc temu















