Duchowni nie mają monopolu na kościelny lideryzm – namaszczony duchowo sposób myślenia o władzy. Opiera się on na przekonaniu lidera o własnej wyjątkowości i priorytecie „dobra dzieła” nad konkretnym człowiekiem, przy braku realnej zewnętrznej kontroli.
To druga część artykułu o nadużyciach władzy duchowej ze strony lidera charyzmatycznej Wspólnoty Syjon i postępowaniu prowadzonym w tej sprawie przez archidiecezję warszawską. Do zrozumienia sprawy niezbędna jest znajomość pierwszej części. Można ją przeczytać tutaj: „Mechanizmy przemocy nie noszą sutanny. Świecki lider ukarany przez warszawską kurię”
Droga do kurialnego komunikatu ze stycznia 2026 roku, informującego o nałożeniu na Jacka Weigla kanonicznych karnych środków zaradczych za nadużycia władzy w kierowanych przez niego wspólnotach, nie była usłana różami. Sprawiedliwość nie przyszła od razu. Proces wyjaśniania sprawy to historia błędów, zaniechań i systemowej inercji, która dla osób skrzywdzonych była źródłem wtórnej traumy.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Pierwsze osoby odważyły się przerwać milczenie na przełomie lat 2023 i 2024. Był wśród nich ksiądz bezpośrednio współpracujący z Jackiem Weiglem przy tworzeniu Wspólnoty Syjon (powstającej wówczas w ramach Apostolskiego Ruchu Wiary). Świadectwa te zderzyły się jednak z machiną, która nie potrafiła ich usłyszeć.
Droga przez instytucjonalną mękę
Napięcia pojawiły się najpierw wewnątrz ARW. Po analizie wpływających skarg na działalność Jacka Weigla Zarząd ARW uzgodnił z nim program naprawczy: odsunięcie go od pełnienia funkcji lidera i posługi na określony czas.
25 października 2023 roku kard. Kazimierz Nycz w liście do asystenta kościelnego ARW napisał: „W związku z licznymi uwagami zgłaszanymi odnośnie działań lidera Apostolskiego Ruchu Wiary, pana Jacka Weigla, ze zrozumieniem przyjmuję i zatwierdzam rezygnację z tej funkcji, która została złożona na ręce Zarządu ARW. […] dotychczasowy lider powinien powstrzymać się od jakichkolwiek działań podejmowanych w imieniu Kościoła, a więc także samego ARW”.

Program naprawczy był konieczny przede wszystkim ze względu na osoby zgłaszające krzywdy. Ale nie przetrwał on próby. Już po kilku miesiącach Weigl potajemnie przygotowywał Wspólnotę Syjon do odejścia z ARW razem z nim. W grudniu 2023 roku, wraz z żoną i wspólnotą, opuścił ARW, powołując się na osobiste „rozeznanie”, którego nie przedstawił do weryfikacji strukturom Kościoła.
Wkrótce potem z niezrozumiałych powodów, i wbrew wcześniejszym cytowanym wskazaniom kard. Nycza, Kuria Metropolitalna Warszawska udzieliła oficjalnej aprobaty dla Wspólnoty Syjon (wyprowadzonej już przez Weigla poza ARW) poprzez przydzielenie jej dwóch asystentów kościelnych. Władze kościelne nie dostrzegły problemu w tym, iż osoba, której dotyczył program naprawczy, i która miała „powstrzymać się od jakichkolwiek działań podejmowanych w imieniu Kościoła”, utworzyła nową strukturę, omijając oficjalne zalecenia i ustalenia.
Uzasadniając tę zaskakującą decyzję, kanclerz warszawskiej kurii, ks. Janusz Bodzon, w komunikacie z 12 lutego 2024 r. stwierdził, iż treści wspomnianego listu kard. Nycza „nie należy interpretować […] jako zakazu działalności w ogóle, bądź przewodniczenia innym grupom lub stowarzyszeniom prywatnym”.

Dla wielu osób pokrzywdzonych był to moment szczególnie bolesny – sygnał, iż ich świadectwa zostały zignorowane, a złamane ustalenia nie pociągają za sobą konsekwencji. Jedna z nich mówi mi: – To był policzek dla wielu prawych ludzi. Wyglądało to jak uprawomocnienie niemoralności. Początkowa nadzieja (gdy sprawa trafiła do kard. Nycza) ustąpiła miejsca rozczarowaniu, bezradności i złości.
Mimo to kolejne pokrzywdzone osoby zgłaszały swoje świadectwa – już bezpośrednio do kurii, a nie do ARW. Z kolei Jacek Weigl – wiedząc, iż do kurii spływają zgłoszenia nadużyć i krzywd – prosił inne osoby o wysyłanie tam pozytywnych świadectw na jego temat.
Władze kościelne nie dostrzegły problemu w tym, iż osoba, której dotyczył program naprawczy, i która miała „powstrzymać się od jakichkolwiek działań podejmowanych w imieniu Kościoła”, utworzyła nową strukturę, omijając oficjalne zalecenia i ustalenia
Dawid Gospodarek
Postępowanie w kurii warszawskiej trwało piętnaście miesięcy.
Osoby zgłaszające krzywdy opowiadają o bagatelizowaniu ich świadectw w kurialnym postępowaniu, o braku dostępu do protokołów, o opóźnieniach w przekazywaniu informacji, również o marginalizowaniu problemu przez asystentów kościelnych Wspólnoty Syjon. Wiele osób, które złożyły zeznania ustnie, nie otrzymało ich do autoryzacji (nie wiedziały, czy ich głos został wiernie zapisany i jak zostanie wykorzystany), co rodziło uzasadnione obawy o rzetelność postępowania. Najbardziej bolesne było jednak poczucie, iż Kościół instytucjonalny gra na czas, być może licząc na to, iż sprawa „przycichnie”. Informacje z kurii były sprzeczne, niejasne, przekazywane z opóźnieniem, brakowało podstawowej komunikacji z osobami skrzywdzonymi.
Apogeum tego kryzysu zaufania nastąpiło w grudniu 2024 roku, kiedy to archidiecezja wydała komunikat podpisany przez samego kard. Kazimierza Nycza.

Zdaniem osób zgłaszających krzywdy komunikat ten nie odnosił się do większości poważnych zarzutów. Zła nie nazwano, a pokrzywdzonym zaproponowano, by zgłosili się do sprawcy po przeprosiny (sic!). Co więcej, komunikat ten został przesłany osobom pokrzywdzonym dopiero trzy miesiące po jego podpisaniu.
W rzeczywistości okazało się to „miękkim lądowaniem”, bo kilka dni po publikacji komunikatu kurii, podczas jednego z transmitowanych internetowo spotkań Wspólnoty Syjon, Jacek Weigl nazwał zarzuty wyrażane pod jego adresem, jedynie „plotkami i atakami”, czego nie zdementował żaden z asystentów Wspólnoty, a sam Syjon nigdy nie wyraził ubolewania z powodu zaistniałej sytuacji. Było to dla ofiar kolejnym policzkiem. Lider wciąż realizował swoją wizerunkową politykę, uwiarygadnianą milczeniem (lub nieudolnością) Kościoła.
Przełom – nazwano rzeczy po imieniu
Zmiana nastąpiła po objęciu archidiecezji warszawskiej przez abp. Adriana Galbasa. Stało się to po naciskach osób pokrzywdzonych (do poprzednich, które zgłaszały się już wcześniej, odważnie dołączyły kolejne osoby) oraz po moim zgłoszeniu sprawy w imieniu osób pokrzywdzonych – najpierw w osobistej rozmowie z nowym metropolitą, a następnie formalnie.
Zmieniono w archidiecezji delegata biskupa ds. ochrony dzieci i młodzieży oraz osób bezbronnych – został nim ks. dr Moisés Marín Pérez, dobry prawnik spoza dotychczasowego kurialnego układu i pochodzący spoza Polski. Trafiły do niego grube akta zawierające liczne świadectwa – już nie tylko opisujące pierwotną krzywdę, ale też krzywdę wtórną, związaną ze sposobem działania instytucji.
- Tośka Szewczyk
Nie umarłam. Od krzywdy do wolności
Zaczęto ponownie rozpatrywać sprawę Jacka Weigla. Praca dla kościelnego prawnika była wymagająca, bo problem nie jest typowy: dotyczy osoby świeckiej, a prawo kanoniczne wciąż nie na wszystkie formy nadużyć potrafi znaleźć adekwatną odpowiedź. Po kolejnym roku pojawił się cytowany w poprzedniej części artykułu komunikat kurialny, stwierdzający, iż działania Jacka Weigla „miały znamiona nadużyć” określonych w Kodeksie prawa kanonicznego oraz „przyczyniły się do krzywdy i zranienia konkretnych osób” – dlatego zastosowano wobec lidera Wspólnoty kanoniczne „karne środki zaradcze”.
Sama decyzja jest przełomowa – uznano winę świeckiego lidera; potwierdzono krzywdy; wskazano konkretne sankcje. Osoby pokrzywdzone mówią o odczuwanej dużej uldze po bardzo długim czasie, choćby wyrażają zaskoczenie, iż jednak Kościół instytucjonalny zareagował. Kościół bierze więc odpowiedzialność za to, co dzieje się w jego strukturach, niezależnie od tego, czy sprawca nosi koloratkę.
Po drugie, uznano perspektywę osób zgłaszających krzywdę. Choć droga do tego była wyboista, finał pokazuje, iż głos skrzywdzonych przebił się przez mury kurii. To sygnał dla innych osób, które w różnych wspólnotach charyzmatycznych lub ewangelizacyjnych doświadczają przemocy duchowej czy psychicznej: nie jesteście sami, wasza krzywda jest ważna, a sprawca – choćby jeżeli jest „wielkim wizjonerem” – nie stoi ponad prawem.
Po trzecie, nazwano rzeczy po imieniu. W komunikacie i działaniach podjętych przez archidiecezję widać odejście od nowomowy. Mówi się o nadużyciach, manipulacji, krzywdzie. To oczyszczające. Prawda, choćby najtrudniejsza, jest jedynym fundamentem, na którym można budować wspólnotę Kościoła – a zwłaszcza odbudowywać ją po kryzysach.
Przeprosiny, które nie są przeprosinami
W styczniowym kurialnym komunikacie wspomniano o publicznych przeprosinach Jacka Weigla. Warto się przyjrzeć tym przeprosinom – jak podkreśla kuria, sformułowanym „po otrzymaniu” decyzji archidiecezji.
Zostały one opublikowane przez Jacka Weigla na publicznym profilu facebookowym dwa dni przed rozesłaniem przez kurię komunikatu do osób pokrzywdzonych. Spotkały się z falą pozytywnych reakcji i komentarzy wyrażających wsparcie, a choćby podziw dla autora. Cytuję je tu w całości (screenshot publikacji został zamieszczony w pierwszej części artykułu).
To nie jest łatwy tekst, ale potrzebny.
Piszę go z myślą o relacjach, które są dla mnie ważne.
Drodzy,
piszę ten tekst po długim czasie refleksji nad sobą, swoim postępowaniem i sposobem, w jaki pełniłem odpowiedzialność we wspólnocie. Od wydarzeń, które dla niektórych z Was były trudne i bolesne, minęło już ponad trzy lata. Chodzi o czas, gdy byłem liderem Apostolskiego Ruchu Wiary. Mam świadomość, iż upływ czasu sam w sobie nie leczy ran.
Przez ostatnie ponad trzy lata intensywnie pracowałem nad sobą – ucząc się, konfrontując swoje słabości i podejmując konkretne kroki zmiany. Moja miłość do Boga i Kościoła była i jest dla mnie zawsze priorytetem. Jednocześnie dziś widzę wyraźniej, iż w tamtym okresie moje skupienie na odpowiedzialności, wizji i realizacji powierzonych mi dzieł mogło sprawić, iż zabrakło mi uważności na ludzi, którzy byli obok.
Chcę szczególnie zwrócić się do osób, które w czasie, gdy pełniłem rolę lidera Apostolskiego Ruchu Wiary, poczuły się zranione, zgorszone lub dotknięte moim zachowaniem – zwłaszcza jednoosobowym, zbyt szybkim stylem prowadzenia i podejmowania decyzji oraz sposobem komunikacji. jeżeli ktokolwiek z Was poczuł się wtedy pominięty, niedoceniony, niezrozumiany lub zraniony, z całego serca za to przepraszam.
Nie chcę się usprawiedliwiać. Każde zranienie jest realne, niezależnie od intencji. Z pokorą przyjmuję odpowiedzialność za to, co mogło wydarzyć się z mojego powodu.
Świadomy swoich ograniczeń, wprowadziłem konkretne zmiany w swoim życiu i postępowaniu, korzystając z pomocy asystentów, terapeutów, mentorów oraz starszych wspólnoty. To proces, który trwa do dziś i który traktuję bardzo poważnie.
Proszę o przebaczenie. o ile masz potrzebę osobistego spotkania, rozmowy lub bycia wysłuchanym, jestem na to otwarty. Zależy mi na prawdzie, pojednaniu i lepszym wzajemnym zrozumieniu.
Niech te przeprosiny będą nie tylko słowem, ale także potwierdzeniem drogi, którą staram się iść – drogi pokory, odpowiedzialności i budowania relacji, w których nikt nie będzie czuł się zraniony, odrzucony czy nieważny.
Z szacunkiem i nadzieją,
Jacek Weigl
Niech Bóg błogosławi Tobie i Twoim bliskim.
Już pierwsze zdania tego tekstu budują ramę emocjonalną, w której autor występuje jako osoba wrażliwa, odpowiedzialna i odważna. Wygląda to jak klasyczny zabieg PR-owy: zanim padnie jakiekolwiek odniesienie do krzywdy, odbiorca zostaje zaproszony do empatii wobec autora, a nie wobec osób poszkodowanych. Nie pada tu pytanie, co się stało z ludźmi, którzy zostali skrzywdzeni. Pada natomiast komunikat: zobaczcie, jak trudne to jest dla mnie. To subtelne, ale bardzo skuteczne przesunięcie punktu ciężkości już na samym początku.
Prawda, choćby najtrudniejsza, jest jedynym fundamentem, na którym można budować wspólnotę Kościoła – a zwłaszcza odbudowywać ją po kryzysach
Dawid Gospodarek
Wypowiedź skonstruowana została w sposób minimalizujący odpowiedzialność autora, rozmywający fakty i przenoszący ciężar pojednania na osoby skrzywdzone. To klasyczny przykład tego, co w literaturze nazywa się non-apology apology – oświadczenie stylizowane na przeprosiny, które unika jednak uznania własnej winy autora, przerzuca odpowiedzialność na odbiorcę lub okoliczności, ewentualnie wyraża jedynie żal z powodu reakcji innych osób, ale nie z powodu samego czynu.
Ten tekst brzmi jak przeprosiny, ale nimi w istocie nie jest. Takie „przeprosiny” to nie wyraz uznania wyrządzonej krzywdy, a raczej zarządzanie wizerunkiem w sytuacji kryzysowej.
Jedno z kluczowych zdań to stwierdzenie: „Od wydarzeń, które dla niektórych z Was były trudne i bolesne…”. Krzywda nie jest tu faktem, ale subiektywnym doświadczeniem „niektórych” osób. Nie ma mowy o nadużyciach, przemocy, przekroczeniu granic. Jest „trudność” i „ból”, bez wskazania ich źródła i sprawcy. To mechanizm relatywizacji: nie została wyrządzona krzywda, tylko ktoś mógł coś przeżyć jako dla niego subiektywnie bolesne. W kontekście komunikatu kurii, gdzie wprost jest mowa o realnych nadużyciach i krzywdzie, takie sformułowanie sprawia wrażenie bagatelizowania i rozmywania rzeczywistości.
„Minęło już ponad trzy lata” – pisze Jacek Weigl. Upływ czasu pełni funkcję uspokajającą: sugeruje, iż sprawa jest w pewnym sensie „domknięta”, przetrawiona, należąca do przeszłości. To ma obniżać u odbiorców poczucie pilności i odpowiedzialności. Jednocześnie nie pada ani jedno zdanie o tym, iż dla wielu osób te trzy lata były czasem bezradności, milczenia i wtórnej wiktymizacji – także ze strony instytucji.
„Moja miłość do Boga i Kościoła była i jest dla mnie zawsze priorytetem. Jednocześnie dziś widzę wyraźniej, iż w tamtym okresie moje skupienie na odpowiedzialności, wizji i realizacji powierzonych mi dzieł…” – kontynuuje autor. To wygląda na jeden z najstarszych mechanizmów obronnych w sytuacjach nadużyć władzy: zestawienie krzywdy z „dobrym celem”. Nie mówi się: „przekroczyłem granice”, tylko: „byłem zbyt skupiony na wizji”. W ten sposób źródłem problemu jest nie sposób sprawowania władzy, brak kontroli czy konkretne działania, ale nadmiar zaangażowania w dobro. To narracja, która bardzo dobrze rezonuje w środowiskach religijnych – i równie skutecznie unieważnia bolesne doświadczenie osób poszkodowanych.
Dalej czytamy: „…mogło sprawić, iż zabrakło mi uważności na ludzi”. Nie: „sprawiło”. Nie: „zraniłem”. Nie: „przekroczyłem granice”. Tryb warunkowy i bezosobowy to podstawowe narzędzia unikania odpowiedzialności. Krzywda staje się tu efektem ubocznym procesu, a nie konsekwencją konkretnych decyzji i zachowań.
„Jeśli ktokolwiek z Was poczuł się wtedy pominięty, niedoceniony, niezrozumiany lub zraniony, z całego serca za to przepraszam”. To zdanie jest podręcznikowym przykładem przeprosin warunkowych. Przeprosiny dotyczą nie tego, co się zrobiło, ale tego, jak ktoś inny mógł się poczuć. W praktyce oznacza to brak uznania faktów, brak nazwania nadużyć, brak odpowiedzialności za skutki. To forma, która wydaje się brzmieć empatycznie, ale nie uznaje realnie wyrządzonych krzywd.
„Nie chcę się usprawiedliwiać…” – to zdanie pełni funkcję retorycznego bezpiecznika. Po nim padają stwierdzenia o procesie, pracy nad sobą, pomocy asystentów i terapeutów. Cała uwaga znów wraca do autora: jego rozwoju, jego drogi, jego zmiany. Całkowicie znikają skrzywdzeni, a znów obiektem do współczucia czy podziwu jest on. Brakuje jednego: konfrontacji z konkretem. Nie ma słowa o krzywdach, nadużyciach ani innym złu, za które padają te prośby o przebaczenie.
„Jeżeli masz potrzebę osobistego spotkania […], jestem na to otwarty” – to jeden z najbardziej problematycznych fragmentów cytowanych „przeprosin”. W kontekście nadużyć władzy to nie osoby skrzywdzone powinny inicjować proces naprawy. To sprawca – i instytucja, która go autoryzowała – ma obowiązek stworzyć bezpieczne warunki uznania krzywdy. Tymczasem sformułowane zaproszenie, choć brzmi jak oferta dobrej woli, w rzeczywistości obciąża ofiary kolejną decyzją, kolejnym ryzykiem i kolejną odpowiedzialnością.
Ludzie vs. sztuczna inteligencja | Bezbronni dorośli w Kościele | Dyktatura dosłowności
„Niech te przeprosiny będą potwierdzeniem drogi…” – czytamy. Słowo „droga” jest wygodne. Nie ma punktu końcowego, nie ma kryteriów, nie ma odpowiedzi na pytania: co się zmieniło systemowo? Jakie są granice? Kto i jak to weryfikuje? Droga nie wymaga rozliczenia. Wymaga narracji.
Zarządzanie kryzysem, a nie przeprosiny
O publicznych przeprosinach rozmawiałem także z ekspertami. Terapeuta ks. Bartosz Jankowski wskazuje, iż autentyczne przeprosiny to wyraz procesu odejścia sprawcy od własnej narracji ku uznaniu doświadczenia osoby skrzywdzonej.
– Obejmują one konkretne nazwanie krzywdzącego działania, empatyczne rozpoznanie emocjonalnych skutków oraz jednoznaczne wzięcie odpowiedzialności, bez warunków, usprawiedliwień i przerzucania winy. Istotnym elementem jest także gotowość do zadośćuczynienia, rozumiana jako otwartość na potrzeby osoby poszkodowanej. Ważnym kryterium ich autentyczności jest bezbronność przepraszającego: zdolność pozostania w odpowiedzialności bez kontroli nad reakcją drugiej strony i troski o własny wizerunek – wyjaśnia duchowny terapeuta.
Psycholog Karolina Szklanny podkreśla, iż autentyczne przeprosiny opierają się na jasnym uznaniu własnej winy (także wtedy, gdy krzywda nie była intencjonalna) i na wzięciu odpowiedzialności za własne decyzje, słowa i działania, a nie za cudze emocje czy sposób odbioru.
– W sytuacjach złożonych – mówi psycholożka – zwłaszcza gdy poszkodowanych jest wiele osób, nie ma miejsca na rozwadnianie przekazu, autoreferencyjne wstępy ani narracje chroniące ego sprawcy. najważniejsze jest proste i jednoznaczne „przepraszam”, połączone z nazwaniem wyrządzonej krzywdy oraz gotowością do zadośćuczynienia. Wszelkie odniesienia do własnego trudu, upływu czasu czy procesu terapeutycznego przesuwają ciężar komunikatu na przepraszającego i mają charakter obronny; tymczasem psychologicznie uzdrawiające przeprosiny wymagają stanięcia w prawdzie i skoncentrowania się wyłącznie na osobach skrzywdzonych.
Tekst „przeprosin” Jacka Weigla jest komunikacyjnie skuteczny, bo unika konfrontacji, odwołuje się do języka duchowości, buduje wizerunek człowieka skruszonego, nie stawia czytelnika w dyskomforcie. Nic dziwnego, iż posypały się pod nim setki pozytywnych reakcji, choć przecież brakuje w nich uczciwej informacji i o kontekście, i o sankcjach nałożonych przez archidiecezję.
Ale to, co dobre dla wizerunku, bywa destrukcyjne dla prawdy i dokrzywdzające już zranionych. Przecież każda fala zachwytu nad „odwagą przeprosin” Jacka Weigla dodatkowo marginalizuje głos tych, którzy mówią: to nie jest wystarczające, to nie jest uczciwe, to nie jest prawdziwe uznanie krzywdy. Również z tego powodu ten tekst nie jest krokiem ku uzdrowieniu, ale wygląda na kolejny etap zarządzania kryzysem.
Nowe synodalne zarządzanie czy sankcja?
A co dalej z ursynowską Wspólnotą Syjon, po nałożeniu przez kurię sankcji na jej lidera? Zapytałem o to rzecznika archidiecezji warszawskiej, ks. Przemysława Śliwińskiego.
Jego odpowiedzi są krótkie, ale znaczące. Na pytanie „Kto w tej chwili pełni lub będzie pełnił funkcję lidera Wspólnoty Syjon?”, rzecznik odpowiada: „To zależy od wyborów dokonanych przez samą wspólnotę”. A gdy pytam: „Jaka będzie w tej chwili rola pana Jacka Weigla we Wspólnocie Syjon?”, słyszę odpowiedź: „Jak rozumiem, będzie on członkiem Wspólnoty”.
Miarą autentyczności ewangelizacji nie może już być – jak często myśleli kościelni decydenci – wypełniona sala konferencyjna ani liczba lajków pod postem lidera, ale transparentność, zdolność do samokrytyki i bezpieczeństwo tych, którzy w zaufaniu powierzają wspólnocie swoje życie duchowe
Dawid Gospodarek
No i okazuje się, iż tu też mamy problem. Wydaje się, iż wewnątrz Wspólnoty Syjon nie doszło do wyznania całej prawdy o sytuacji. Lider w jakiś sposób zakomunikował członkom o decyzji kurii warszawskiej, ale relacje zamieszczane w mediach społecznościowych wskazują, iż Jacek Weigl przez cały czas sprawuje we wspólnocie funkcję reprezentacyjną, np. wita na scenie zapraszanych gości. Osoby ze Wspólnoty Syjon, z którymi rozmawiałem, stwierdzają, iż nie widzą istotnej różnicy, jeżeli chodzi o pozycję Weigla w grupie.
Na stronie internetowej Wspólnoty Syjon usunięto kategorię „liderzy”. Jacek Weigl umieszczony został wśród „starszych” – ale jest to grono odpowiedzialne za prowadzenie wspólnoty. Tymczasem zgodnie z postanowieniem metropolity warszawskiego, Weiglowi „wycofano – na określony czas – upoważnienia w zakresie działalności katechetycznej i troski nad wspólnotami”. Czyżby do obowiązków „starszych” Wspólnoty Syjon nie należała troska o nią?
Zapytany o tę sytuację rzecznik archidiecezji stwierdził: – Nie mam żadnej informacji, iż p. Weigl zasiada albo ma zasiadać w gronie „starszych”. Jednak rekomendacja, którą usłyszał od władz archidiecezji, jest taka, by w tym gronie nie zasiadał.
Jedna z osób ze Wspólnoty Syjon wyraziła w rozmowie ze mną przekonanie, iż dokonana zmiana – przeniesienie Jacka z funkcji lidera do zespołu starszych – ma na celu wprowadzenie synodalnej metody zarządzania wspólnotą (a nie: iż jest ona skutkiem sankcji nałożonych na Weigla przez kurię warszawską). Czyżby zatem zmiany były wprowadzane w taki sposób, żeby nic istotnego nie uległo zmianie?
Mija czas zachwytu nad liderami z charyzmą
Wydaje się, iż sytuacja wymaga bardziej intensywnego nadzoru ze strony archidiecezji warszawskiej i nie wystarczą do tego obecni asystenci kościelni, którzy są związani ze wspólnotą.
Sprawa może też się rozszerzać, gdyż w przeprowadzonym postępowaniu kuria skupiła się tylko na zarzutach związanych ze stylem kierowania wspólnotą przez Jacka Weigla – jak się wydaje, dlatego iż one podlegały pod wskazany kanon mówiący o „nadużyciach w związku ze sprawowaniem władzy” powierzonej w Kościele.
- Wiesław Dawidowski OSA
- Damian Jankowski
Leon XIV. Papież na niespokojne czasy
Tymczasem wśród problemów zgłaszanych przez członków wspólnoty wiele wciąż oczekuje na wyjaśnienie – już niekonieczne przez organy kurialne. Brakuje transparentnych raportów z wydatkowania środków finansowych we wspólnotach i fundacji. Nie ma jasnych informacji o kwestii własności nieruchomości i dóbr. Bez odpowiedzi pozostają pytania o przejrzystość korzystania ze środków publicznych (np. dotacji z Funduszu Sprawiedliwości, Ministerstwa Rodziny czy środków na wsparcie uchodźców z Ukrainy). Warto zauważyć, iż na poważne zastrzeżenia co do Fundacji Edukacja z Wartościami wskazała także w swoim raporcie Najwyższa Izba Kontroli.
A dla Kościoła w Polsce ta sprawa jest sygnałem alarmowym wzywającym, by zweryfikowano, czy możliwie skutecznie strukturalnie zabezpiecza on podobne wspólnoty przed podobnymi nadużyciami. Widać bowiem, jak bardzo Kościół instytucjonalny bywa bezradny wobec mechanizmów psychomanipulacji, gdy są one opakowane w religijną gorliwość.
Ale opisywana sprawa pokazuje też, iż powinien się skończyć czas bezkrytycznego zachwytu nad liderami z charyzmą, którzy „robią zasięgi” i „przyciągają młodych”.
Miarą autentyczności ewangelizacji nie może już być – jak często myśleli kościelni decydenci – wypełniona sala konferencyjna ani liczba lajków pod postem lidera, ale transparentność, zdolność do samokrytyki i przede wszystkim realne bezpieczeństwo tych, którzy w zaufaniu powierzają wspólnocie swoje życie duchowe. jeżeli z tej lekcji nie zostaną wyciągnięte systemowe wnioski, komunikat warszawskiej kurii pozostanie jedynie historycznym dokumentem, a nie kolejnym etapem ważnej pracy nad budowaniem bezpiecznego Kościoła.
Jednocześnie ta sprawa daje nadzieję. Pokazuje, iż instytucja uczy się na błędach. Że potrafi skorygować własne zaniechania. Decyzja archidiecezji warszawskiej może stać się punktem odniesienia dla innych diecezji czy zakonów w Polsce.
To także lekcja myślenia o nadużyciach władzy w Kościele. W ostatnich latach słusznie wskazywano na to, iż ich źródłem jest zaburzone rozumienie relacji duszpasterz–wierny, sakralizacja hierarchii kościelnej, przypisywanie duchownym niemal boskiego autorytetu. Tymczasem rzeczywistość jest bardziej skomplikowana. Działalność Jacka Weigla pokazuje, iż duchowni nie mają monopolu na klerykalizm. Chodzi raczej o kościelną wersję lideryzmu – namaszczony duchowo sposób myślenia o władzy. Fundamentem tego podejścia jest przekonanie lidera o własnej wyjątkowości i priorytecie „dobra dzieła” nad konkretnym człowiekiem, przy braku realnej zewnętrznej kontroli.
Ta sprawa uświadamia, iż Kościół może reprodukować mechanizmy przemocy psychicznej i duchowej także wtedy, gdy formalnie „oddaje przestrzeń świeckim”. jeżeli nie towarzyszy temu realna kontrola, jasne standardy i gotowość do reagowania – świecki lider może stać się równie nietykalny jak najbardziej wpływowy duchowny, przestrzeń jego wpływów może być niebezpieczna, a poszkodowane osoby mogą długo czekać na sprawiedliwość.
Na koniec chciałbym wyrazić wdzięczność osobom skrzywdzonym, zwłaszcza tym, które postanowiły reagować i podzielić się ze mną swoją historią i bólem. To ich odwaga i determinacja, by – mimo lęku i systemowego oporu – mówić prawdę, prowadzą do tego oczyszczenia. To one, paradoksalnie, ratują wiarygodność Kościoła, zmuszając go do stanięcia w prawdzie, skłaniając do sprawiedliwego badania sprawy i budowania bezpieczniejszej wspólnoty.
Przeczytaj też: Mniej bezbronni kanonicznie, ks. Jan Dohnalik w rozmowie ze Zbigniewem Nosowski

2 godzin temu











![Czy wyemitowane CO₂ może wrócić do środowiska? [WIDEO]](https://magazynbiomasa.pl/wp-content/uploads/2024/05/Dr-Pawel-Gladysz-Centrum-Energetyki-Akademii-Gorniczo-Hutniczej-w-Krakowie-1.-Kongres-Carbon-Capture.-Duzy.jpeg)



