Lepiej umrzeć dopiero w momencie śmierci, nie wcześniej. Aby zaś żyć, trzeba oddychać. I zgodzić się na tajemnicę.
Jesteśmy dziećmi, co chcą na ręce.
Natalia Przybysz, „Dzieci malarzy”
W „La Grazii”, nowym filmie Paola Sorrentino, jest scena, gdy Mariano De Santis, starzejący się prezydent Włoch, spowiada się, a jego spowiedzi słucha sam papież. Polityk przyznaje, iż mu ciężko: wciąż ktoś czegoś od niego oczekuje, jego dorosłe dzieci go nie rozumieją, tak jak on nie rozumie ich, trwa agonia jego ukochanego konia, w dodatku do podjęcia czekają ważne decyzje. Prezydent zderza się z bezradnością, czuje, iż czegoś nie wie, coś mu się wymyka, czegoś nie pojmuje. Spowiednik słucha w milczeniu jego monologu i odpowiada: „To właśnie jest łaska!”.
Wcześniej widzieliśmy głównego bohatera jako człowieka chorobliwie wręcz ostrożnego, niby statecznego, niby politycznie roztropnego, a tak naprawdę decydującego się na bezruch, na obserwowanie biegu zdarzeń, stanie z boku. Jak pisała Agnieszka Budnik, De Santis „uwikłał się w wielkie obowiązki i pracę, której fanatycznie się poświęcił. I praca ta stała się zasłoną dymną”. Zasłoną przed życiem.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Dopiero w momencie bezsilności pojawia się tytułowa łaska. Sorrentino umiejętnie nawiązuje do jej judeo-chrześcijańskiego rozumienia. Łaska, czyli dar od Boga, pomyślność. Błogosławieństwo. Ale, jak widać, czasem spadające na człowieka w nieoczekiwanym momencie. Dziwny podarunek, z którym na pierwszy rzut oka nie bardzo wiadomo, co zrobić. Jest nam źle, czujemy się przygnębieni, zmęczeni, poobijani i wtedy właśnie mielibyśmy doświadczać przychylności losu?
Sorrentinowski papież mówi o łasce, Jezus na kartach Ewangelii wspomina o „wzięciu na siebie jarzma” – i może zawsze chodzi o to samo? By nie uciekać od ciężaru życia, nie bać się go, albo chociaż nie bać się faktu, iż się boimy? Wystarczy zresztą posiedzieć chwilę w ciszy, aby poczuć się jak filmowy prezydent. gwałtownie okaże się, iż nosimy w sobie sprawy, które nie znajdują rozwiązania, albo historie bliskich, którym nie możemy pomóc, albo nasze osobiste klęski, marzenia, plany, do których po drodze straciliśmy zapał. Dobrze byłoby chyba od czasu do czasu przyznać przed samą/samym sobą, iż wszystkie te elementy w nas są. I iż na to nie ma rady.
Pewnie nigdy nie będziemy wiedzieli wszystkiego na pewno. Ale może to dobrze? W „Niebie nad Berlinem” Wima Wendersa anioł przyznaje, iż chciałby być jak ludzie: nie mieć pewności, a jedynie coś przeczuwać.
- Wojciech Marczewski
- Damian Jankowski
Świat przyspiesza, ja zwalniam
Nigdy nie wyciśniemy życia jak cytryny. Zawsze, jak u Iwaszkiewicza, zbyt drobne zostają po nas „ułomki wyrazów”. Nigdy też nie będzie tak jasno, jak byśmy chcieli. Nigdy… Jednocześnie filmowy papież stwierdza, iż nie trzeba się naiwnie pocieszać. Jego zdaniem Bóg podsuwa nam pytania i skrupulatnie unika odpowiedzi, zaś tajemnica nie znajduje rozwiązania. Tajemnica podtrzymuje nas przy życiu.
Dla bohatera „La Grazii” przeszłość jest ciężarem, a przyszłość to pustka. De Santis, co symptomatyczne, bardzo chciałby śnić, znaleźć się w stanie swoistej nieważkości. Na jawie ciągle wspomina i przez to… wewnętrznie umiera.
Sorrentino, ten nieustępliwy metafizyk niespełnienia, robi tu niby to samo, co przy poprzednich filmach – stawia znak równości między miłością a pamięcią. Kochać kogoś to zapamiętać go. Dostrzec go w tłumie. Potem zamykać oczy i widzieć twarz ukochanej osoby – jej oczy, uśmiech, łzy.
Tym razem jednak reżyser nieco komplikuje sprawę. Zadaje pytanie: a jeżeli pamięć staje się naszym więzieniem? Gdzie kończy się pamięć, a zaczyna rozpamiętywanie? Filmowy prezydent wciąż wspomina zmarłą żonę jako „nieśmiertelną”, ale też raz po raz wraca do dramatycznego wydarzenia sprzed dekad, nie potrafi się z niego wyzwolić i pójść naprzód.
Najważniejsze pytanie filmu brzmi: do kogo należą nasze dni? Nie minione, a te, których – jak śpiewał Grechuta – jeszcze nie znamy. Życie, zdaje się mówić twórca „Wielkiego piękna”, nie rozgrywa się ani w przeszłości, ani w przyszłości. Może Sorrentinowska lekkość to zaangażowanie w teraźniejszość i w świat, przy jednoczesnej zgodzie na to, jak ten świat i mój własny los wyglądają?
Przypomina mi się finał „Trzech opowieści z życia Knulpa” Hermanna Hessego. Tytułowy bohater to włóczęga. Kiedy umiera, zaczyna żałować minionych lat. Tego, iż nigdy się nie ożenił, nie ustatkował, spędził życie na wędrowaniu. Nagle przed Knulpem zjawia się Bóg, który mówi: „Potrzebowałem cię właśnie takiego, jaki jesteś. Wędrowałeś w moje imię i w ludziach osiadłych wzbudzałeś zawsze trochę tęsknoty za wolnością”. No widzisz, Knulp, byłeś potrzebny, wręcz niezbędny, wystarczający. Przeżyłeś swój własny los, nikogo innego.
A sama łaska? To „piękno wątpienia”. Piękno, nie piekło. To szukanie drobinek światła – ze świadomością, iż ciemność istnieje tuż obok. Lepiej jednak umrzeć dopiero w momencie śmierci, nie wcześniej. Aby zaś żyć, trzeba oddychać. Czasem czekać, czasem działać. Śmiać się, płakać, kochać. I nie wiedzieć.

2 godzin temu







![Dzieci darem Boga i euforią ludzi [MISYJNE DROGI]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2024/04/mid-epa11263801.jpg)








