Cała narracja, iż „dopłacamy do migrantów”, jest po prostu fałszywa. Większość z nich pracuje i więcej wkłada do systemu, niż z niego otrzymuje. Ale mimo to wciąż wysyłamy im sygnał: jesteś tu gościem, jesteś na próbę.
Rośnie liczba cudzoziemców, przyjeżdżających do Polski legalnie w celach zarobkowych, często na zaproszenie polskich firm, a następnie zderzających się z rzeczywistością polskiego rynku pracy.
Właśnie o tej grupie migrantów – pracownikach spoza UE, rekrutowanych do polskich fabryk, magazynów i barów – rozmawiamy z ekspertką ds. legalizacji pobytu i pracy. Jej codzienna praktyka pokazuje, iż polskie państwo nie tylko nie radzi sobie z obsługą legalnej migracji, ale wręcz wykorzystuje jej systemowe luki do budowania atmosfery tymczasowości, niepewności i zależności. To rozmowa nie tyle o statystykach i regulacjach, ile o życiu ludzi, którzy stają się trybikami w gospodarce i pozostają niewidzialni dla systemu.
Na czym dokładnie polega Twoja praca? Mam wrażenie, iż to nie jest powszechnie znane – iż migranci w Polsce mogą liczyć na pomoc spoza struktur państwowych. Zwłaszcza iż – moim zdaniem – na samo państwo nie bardzo mogą liczyć.
Małgorzata Kulbaczewska-Figat: Pracuję jako specjalistka ds. legalizacji pobytu i pracy cudzoziemców w Polsce. Wspieram osoby przyjeżdżające do kraju w uzyskaniu zezwoleń na pobyt czasowy, stały albo status rezydenta długoterminowego. Pomagam też pracodawcom w legalizacji zatrudnienia cudzoziemców – tak, żeby wszystko było zgodne z obowiązującymi przepisami.
Procedury legalizacji pobytu i pracy w Polsce są skomplikowane, a to osoba przyjeżdżająca do Polski ma obowiązek zadbać, by w porę wszcząć odpowiednie procedury. Tymczasem w tym procesie zostaje faktycznie zdana na siebie. jeżeli rozumie język polski i trafi do regionu, w którym wojewódzki Wydział Spraw Cudzoziemców organizuje np. dni otwarte, może liczyć na podstawową pomoc. Ale generalna zasada jest taka, iż to cudzoziemiec odpowiada za swój wniosek. Musi samodzielnie wypełnić formularz, skompletować dokumenty – w tym takie, których nie może przygotować sam, bo sporządza je pracodawca – dostarczyć wniosek do urzędu na czas, potem reagować na dalsze wezwania.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Jeden, z pozoru drobny, błąd, brak adekwatnych dokumentów czy przegapiony list może skończyć się pozostawieniem wniosku bez rozpoznania lub wydaniem decyzji negatywnej. A to już prosta droga do nielegalnego pobytu w Polsce i zobowiązania do powrotu do kraju pochodzenia. Cudzoziemiec nie zna języka? Nie jest w stanie samodzielnie zapoznać się z obowiązującymi regulacjami? To już jego problem i, jako iż cudzoziemcy też zaczynają zdawać sobie z tego sprawę, mamy cały rynek usług wsparcia w zakresie legalizacji pobytu. Niestety, są to usługi bardzo różnej jakości.
Trzeba sobie jasno powiedzieć: cudzoziemcy w Polsce doświadczają dziś na własnej skórze skutków niewydolności naszego państwa. Dotyczy to również Wydziałów Spraw Cudzoziemców, które działają w każdym województwie.
Co masz na myśli?
– Po pierwsze procesy legalizacyjne w większości województw okazują się dramatycznie długie. W Katowicach, gdzie pracuję, od złożenia wniosku do otrzymania karty pobytu mija w tej chwili ponad dwa i pół roku. W Opolu po uzupełnieniu braków formalnych wniosku cudzoziemiec czeka rok na pierwszą informację zwrotną z urzędu, jakie dokumenty muszą jeszcze zostać dołączone. Do Bydgoszczy na wizytę i uzupełnienie braków formalnych wniosku – a stąd jeszcze daleko do wydania decyzji – jeździłam niedawno z cudzoziemką, która swój wniosek wysłała pocztą pod koniec 2023 r. W Warszawie – mimo większych zasobów – również zdarzało mi się czekać ponad rok na rozstrzygnięcie. Rekordzista we Wrocławiu czekał lat pięć. Po drugie przy obecnym stanie administracji publicznej jest smutną oczywistością, iż tłumaczy w urzędach nie ma. Podczas wizyty należy mówić po polsku, może się uda po angielsku, a najlepiej we własnym zakresie zorganizować osobę, która będzie tłumaczyła.
Wracając jednak do kwestii podstawowej, czyli długiego czasu oczekiwania, zainteresowana osoba może w międzyczasie opuścić Polskę, ale jeżeli jej poprzednia karta pobytu lub wiza wygasła, to już bez wyrobienia nowej wizy nie wróci. To są lata rozłąki z rodziną i niepewności, co dalej – czy decyzja administracyjna, kiedy już zostanie wydana, w ogóle będzie pozytywna i jak długo będzie obowiązywać. Do tego, jeżeli pracodawca nie postara się w odrębnym postępowaniu o zezwolenie na pracę, w czasie oczekiwania na decyzję nie wolno legalnie pracować, chyba iż chodzi o obywateli Ukrainy, którzy są objęci odrębnymi przepisami, albo o absolwentów polskich uczelni. Zezwolenia na pracę zresztą również nie sposób dostać „z marszu”. A z czego migrant ma się utrzymywać w czasie oczekiwania?
To rodzi presję na podejmowanie pracy „na czarno”. I nierzadko cudzoziemcy się na nią decydują – z powodu braku środków do życia, ale też zachęcani przez samych pracodawców.
Zresztą – czy w Polsce nie istnieje ciche przyzwolenie na ściąganie migrantów jako taniej siły roboczej? Czy nie ma nacisku – szczególnie ze strony biznesu – by umożliwiać funkcjonowanie tej szarej strefy? Przypomina mi się afera wizowa. Ukręcona na poziomie komisji śledczej. Wydaje się, iż pojawił się politycznym sygnał: nie dotykajmy tego, bo okaże się, iż to biznes kierował lobbingiem, a nie politycy PiS-u.
– Polska chwali się wzrostem gospodarczym, przenoszeniem zakładów pracy z Zachodu, inwestycjami niemieckimi, koreańskimi… Tyle iż te fabryki w dużej mierze opierają się właśnie na taniej sile roboczej z zagranicy.
Straż Graniczna kontroluje obywateli Indonezji, z którymi jestem w urzędzie. Okazuje się, iż ich węgierskie karty pobytu zostały cofnięte, ale trzy dni po tym, jak złożyliśmy w Polsce wnioski o pobyt czasowy i pracę. A więc wszystko w porządku. Funkcjonariusz oddaje paszporty i mówi urzędniczce: „Niestety, ci panowie zdążyli złożyć wnioski, więc nie można ich uznać za nielegalnych”
Małgorzata Kulbaczewska-Fiagat
Rynek agencji pracy tymczasowej, których dziś są już tysiące, nie powstał z niczego. Takie agencje prowadzą nieustanną rekrutację w Azji – w Indiach, Bangladeszu, Nepalu, na Filipinach, w ostatnich latach coraz więcej migrantów przyjeżdża też z Indonezji. Już dawno nie jest tak, iż pracownik migracyjny w Polsce to Ukrainka lub Ukrainiec. Wielu z nich wyjechało dalej albo nie chce już wykonywać najgorzej płatnych prac, więc zaczęto ściągać pracowników z jeszcze dalszych zakątków świata.
Te osoby są rekrutowane jeszcze w kraju pochodzenia, przez lokalne agencje współpracujące z polskimi podmiotami, które z kolei współdziałają z polskim biznesem z półki średnich i dużych przedsiębiorstw. Ludzie trafiają do Polski bez znajomości jakiegokolwiek języka europejskiego i są całkowicie uzależnieni od pracodawcy – lub raczej od łańcucha pośredników – który obiecał im legalną pracę i pobyt.
Oczywiście nie każda agencja jest nieuczciwa. Są takie, które działają zgodnie z przepisami, rzetelnie prowadzą dokumentację. Ale niestety wiele podmiotów wykorzystuje niewiedzę cudzoziemców, obiecując im w pełni legalny pobyt i pracę, a w rzeczywistości tworząc skomplikowane struktury outsourcingowe i balansując na granicy prawa.
Prawdziwą patologią jest masowe nadużywanie umów zlecenia. Spotkałam się z sytuacjami, w których cudzoziemcy wykonujący typowe zawody robotnicze, w tym osoby zatrudniane w charakterze pracowników produkcji, dostawały umowy, z których wynikało, iż „samodzielnie świadczą usługi” na rzecz podmiotu trzeciego. Czasem pojawiała się jedynie klauzula, iż taki „samodzielny usługodawca” konsultuje się z koordynatorem i „słucha jego wskazówek”. To przecież absurd. Praca na produkcji przy przysłowiowej taśmie nie pozostawia pola do własnej inicjatywy – to klasyczna praca etatowa, więc takie umowy są po prostu obejściem kodeksu pracy.
Czy ten temat został zauważony przez państwo?
– W zeszłym roku pojawił się projekt zmian w przepisach, który zakładał, iż agencje będą musiały zatrudniać cudzoziemców na podstawie umowy o pracę. Niestety w Senacie ten zapis został wykreślony. Organizacje pracodawców uznały, iż byłoby to „dyskryminujące”, bo Polacy mają wybór formy zatrudnienia, a cudzoziemcy zostaliby jej pozbawieni. Tyle iż w przypadku niemówiących po polsku Indonezyjczyków, Hindusów czy Filipińczyków, którzy najpierw podejmują starania o wizę pracowniczą, a potem przybywają do Europy w celu wykonywania pracy, trudno mówić o jakimkolwiek realnym wyborze. Moim zdaniem to absurd i trudno oprzeć się wrażeniu, iż pracodawcom chodziło tu wyłącznie o własny interes, czyli możliwość cięcia kosztów pracy.
Agencje podejmują się jakichkolwiek inicjatyw integrujących imigrantów z polskim społeczeństwem?
– Nie spotkałam się z przypadkiem, żeby agencja podejmowała realne starania, by zintegrować pracownika z polskim społeczeństwem. Pracownik otrzymuje zakwaterowanie, transport do zakładu pracy, czasem posiłek. I na tym koniec. Nikt nie interesuje się, co dzieje się z nim po pracy, czy ma kontakt z lokalną społecznością, czy rozwija się językowo.
Z drugiej strony sami pracownicy to często osoby, które przyjechały tu wyłącznie do pracy. Oni nie mają specjalnych złudzeń co do tego, jak będzie wyglądała ich sytuacja w Polsce. Trudno im planować, iż będą mówić po polsku, wrosną w to społeczeństwo. Wielu chce po prostu wypracować jak najwięcej godzin, odłożyć jak najwięcej pieniędzy i wspierać nimi rodzinę albo wrócić do kraju.

- Andrzej Friszke
- Jan Olaszek
- Tomasz Siewierski
Zawód: historyk
MIĘKKA OPRAWA
Sporo zależy też od narodowości. Indonezyjczycy nierzadko deklarują, iż chcą zostać tu kilkanaście lat i wrócić z oszczędnościami. Migranci z Indii czy Bangladeszu często myślą o pozostaniu. Znam wielu obywateli Bangladeszu, którzy w Polsce potrafili się świetnie odnaleźć. Zaczynali od pracy w kebabach – co interesujące ten sektor jest dziś w dużej mierze zdominowany właśnie przez nich, choć stereotypowo kojarzy się z kuchnią turecką – a w kilka lat nieźle nauczyli się języka i teraz starają się o status rezydenta długoterminowego. Nie da się go uzyskać bez pięciu lat stałego zamieszkiwania w Polsce i znajomości języka na poziomie B1. Oni składają takie wnioski i to z powodzeniem.
Redakcja OKO.press poświęciła serię reportaży agencjom pracy sprowadzających do Polski m.in. Kolumbijczyków, którzy kończyli… no właśnie, w czymś, co przypominało raczej obozy pracy. Czy takie „patoagencje” to margines, czy jednak coś bardziej powszechnego?
– Z mojego doświadczenia wynika, iż to zauważalny problem. Tylko w tym miesiącu miałam do czynienia z kilkoma przypadkami problemów związanych z legalizacją pobytu pracowników agencyjnych. I niestety takie sytuacje zdarzają się zdecydowanie częściej niż w przypadku bezpośredniego zatrudnienia.
Przykład z życia: pracownik zostaje skierowany przez agencję do innej firmy, czyli pracodawcy użytkownika. Firma zewnętrzna wystawia agencji fakturę za usługę (skądinąd to jakby to nie ludzie, a produkt był przedmiotem umowy). Teraz pracownik chce zalegalizować pobyt ze względu na wykonywanie pracy, do czego jest mu niezbędny załącznik nr 1 ze wskazaniem pracodawcy. Agencja przygotowuje dla niego taki dokument, wskazuje swoje dane i dane pracodawcy użytkownika, a równocześnie wręcza mu oświadczenie, wymagane przez dany Urząd Wojewódzki, iż… pracownik jest zatrudniony bezpośrednio i nie ma mowy o żadnej pracy tymczasowej. Nie przyznaje, iż ma tu miejsce outsourcing pracowniczy, który jest – mówiąc w uproszczeniu – praktyką budzącą co najmniej poważne wątpliwości Urzędów Wojewódzkich w kontekście wydawania zezwoleń na pobyt czasowy i pracę. Powstaje sytuacja patowa. Pracownik przedstawia dwa dokumenty, które zaprzeczają jeden drugiemu…
Dla urzędu to sygnał alarmowy – i podstawy do odmowy zezwolenia na pobyt. Tymczasem agencja zapewniała pracownika, iż wszystko jest w porządku i iż sprawa musi skończyć się dobrze.
Co można w takiej sytuacji zrobić?
– W tej konkretnej sprawie, kiedy nie pomógł telefon do pracodawcy („albo pan bierze te dokumenty, albo nie”), jedyne, co mogłam zrobić, to rozejrzeć się za innym pracodawcą, który podejdzie do tematu uczciwie – złoży wniosek o zezwolenie na pracę, a do sprawy o zezwolenie na pobyt czasowy dostarczy załącznik nr 1 i oświadczenie zgodne z rzeczywistością. Inaczej pracownik po wielu miesiącach oczekiwania dowiedziałby się, iż w jego sprawie zapadła negatywna decyzja. Dla niego to życiowy dramat, agencja bez problemu znalazłaby na jego miejsce kogoś innego.
Ale spotkałam się też z jeszcze bardziej patologicznymi sytuacjami. Na przykład pracownik, który nie zna języka polskiego i nie ma jak zweryfikować informacji, dostał w miejscu pracy fałszywą sugestię, iż samo wysłanie wniosku do urzędu równa się legalizacji pobytu i pracy oraz iż ma nie przejmować się brakiem dokumentów. Kilkakrotnie przychodzili do mnie ludzie z tzw. żółtą karteczką – czyli potwierdzeniem odbioru listu poleconego – przekonani, iż to wystarczy, by legalnie pracować. Mówili: „przecież urząd został poinformowany, więc wszystko jest w porządku”.
To oczywista nieprawda….
– Owszem. jeżeli cudzoziemiec nie jest obywatelem Ukrainy, nie ukończył studiów w Polsce lub nie spełnia innych wyjątków umożliwiających pracę bez zezwolenia, to musi takie zezwolenie uzyskać. Samo wysłanie wniosku o pobyt otwiera jedynie procedurę administracyjną – nic więcej.
Tymczasem przez cały czas spotykam osoby, które są przekonane, iż jeżeli podpisały wniosek i udzieliły pracodawcy, czy też wskazanej przez niego osobie, pełnomocnictwa do reprezentowania ich w postępowaniu administracyjnym, to już wszystko załatwione. Zdarzały się tutaj historie naprawdę smutne. Jak przypadek cudzoziemca, który był przekonany, iż wszystko w jego sytuacji jest dobrze, bo przecież pracodawca – agencja – obiecał mu legalizację, a na dowód wręczył właśnie żółtą karteczkę. Tyle tylko, iż wniosek był wysłany po terminie ważności wizy pracowniczej. Ten człowiek chciał prosić mnie o pomoc w ustaleniu, na jakim etapie jest sprawa, która miała posuwać się do przodu, a dowiedział się, iż od miesięcy przebywa w Polsce nielegalnie i nie da się nic już z tym zrobić.
Jaką rolę odgrywa tutaj państwo?
– jeżeli wiceszef MSWiA zapowiada na początku marca, iż w tym roku będzie rekordowa liczba deportacji, to oznacza, iż zaplanowano też rekordową liczbę kontroli. Oczywiście Straż Graniczna ma obowiązek weryfikować legalność pobytu – to jasne. Ale z jednej strony mamy ostrą retorykę i masowe kontrole, a z drugiej brak realnych, ogólnokrajowych mechanizmów wspierających cudzoziemców w procesie legalizacji.
Z jednej strony mamy polskich pracodawców, którzy zapraszają migrantów z Azji, bo chcą mieć tańszych pracowników. Z drugiej strony politycy chwalą się planowaniem rekordowych deportacji, a służby ten plan realizują, traktując zagranicznych pracowników jak potencjalnych przestępców
Małgorzata Kulbaczewska-Figat
To oznacza jedno: jeżeli cudzoziemiec popełni, choćby nie ze swojej winy, choćby najmniejszy błąd – może w ostatecznym rozrachunku zostać deportowany.
A jak się ma do tego tzw. ustawa azylowa?
– To inny temat. Ustawa azylowa dotyczy innej grupy osób niż ci, z którymi pracuję. Moi klienci to osoby przyjeżdżające do Polski legalnie – najczęściej na podstawie polskiej wizy. Coraz częściej spotykam się też z osobami, które zalegalizowały pobyt w innym kraju Unii Europejskiej, a potem próbują osiedlić się w Polsce. Niestety tu powstają kolejne pola do nadużyć. Zetknęłam się z pośrednikami, którzy sugerowali cudzoziemcom, iż z chorwacką czy węgierską kartą pobytu mogą bez żadnych dodatkowych działań legalnie zostać i pracować w Polsce, i iż ta karta z pewnością pozostanie ważna do końca okresu, na jaki została wydana. Ani jedno, ani drugie nie jest prawdą, o czym wielu migrantów już boleśnie się przekonało.
W polskiej debacie o migracji uderza mnie to, jak bardzo skupiamy się na osobach przekraczających granicę z Białorusi. Politycy akcentują konieczność „obrony” przed rzekomym najazdem muzułmanów, przed nielegalną migracją inspirowaną przez Putina i Łukaszenkę. Tymczasem równie realnym i o wiele bardziej masowym zjawiskiem jest napływ cudzoziemców do pracy – i brak jakiejkolwiek strategii ich integracji, wsparcia w legalizacji pobytu czy uświadamiania im, jakie mają prawa jako migranci i jako pracownicy.
A czy Ty osobiście miałaś do czynienia z tymi zmasowanymi kontrolami, o których mówi MSWiA?
– W marcu dwukrotnie Straż Graniczna prowadziła szeroko zakrojone kontrole. Oczywiście sprawdzanie adresu zamieszkania jest częścią procedury – cudzoziemiec podaje adres we wniosku, a służby muszą potwierdzić, iż tam rzeczywiście mieszka.
Ale dziś to wygląda inaczej. Jeden z pracodawców z Podkarpacia, z którym współpracuję – obywatel Bangladeszu, prowadzący lokal gastronomiczny – mówił mi, iż w ciągu ostatnich dwóch miesięcy jego bar był kontrolowany trzy razy. Straż Graniczna sprawdzała wszystkie obecne osoby – nie tylko pracowników, ale też innych, przypadkowo obecnych na miejscu cudzoziemców. Wyraźnie odczuł, iż funkcjonariusze zakładali, iż coś będzie nie tak.
Mam coraz więcej sygnałów od klientów, iż funkcjonariusze kontrolują miejsca pracy, czekają na cudzoziemców przy wyjściu z dużych zakładów przemysłowych, przyjeżdżają wielokrotnie do mieszkań. Pojawiają się choćby w wojewódzkich wydziałach spraw cudzoziemców i sprawdzają osoby, które czekają na korytarzu na uzupełnienie braków formalnych i oddanie odcisków palców. Dla mnie jest to wyraźny sygnał – choćby jeżeli działasz w dobrej wierze, masz złożony wniosek, stawiłeś się na wezwanie urzędu, za chwilę urząd i tak sprawdzałby legalność twojego pobytu, to będziesz sprawdzony dodatkowo i traktowany jako potencjalny migrant nielegalny.
To znaczy?
– Pamiętam taką sytuację właśnie z urzędu. Moi klienci mieli węgierskie karty pobytu, przyjechali do Polski legalnie. Złożyli wniosek w ciągu pierwszych 90 dni w Polsce – to podstawowy warunek. Problem polegał na tym, iż ich karty pobytu były wydane na Węgrzech w związku z pracą. Można było założyć, iż gdy węgierski pracodawca zorientował się, iż porzucili stanowisko i wyjechali, poinformował tamtejszy urząd, a ten wszczął procedurę unieważnienia kart.
I tu pojawia się haczyk: jeżeli nowy wniosek w Polsce nie zostanie złożony wystarczająco szybko, zanim karta węgierska zostanie anulowana, to taka osoba natychmiast staje się „nielegalna”, bo traci pierwotny tytuł pobytowy.
Ale przecież w Polsce nie jesteśmy w stanie tego sprawdzić…
– Tak, co gorsza wśród cudzoziemców nie ma świadomości, iż karta pobytu, która w teorii powinna obowiązywać jeszcze jakiś czas, może zostać anulowana i iż jeżeli chcą zostać w innym państwie, muszą sami złożyć nowy wniosek, bo na przykład polskie zezwolenie na pracę nie wystarczy.
Wracam zatem do mojego przykładu: Straż Graniczna kontroluje obywateli Indonezji, z którymi jestem w urzędzie. Okazuje się, iż ich węgierskie karty pobytu zostały faktycznie cofnięte, ale trzy dni po tym, jak złożyliśmy w Polsce wnioski o pobyt czasowy i pracę. A więc wszystko w porządku. Funkcjonariusz oddaje paszporty i mówi urzędniczce: „Niestety, ci panowie zdążyli złożyć wnioski, więc nie można ich uznać za nielegalnych”. W domyśle – bardzo chcieliśmy ich złapać, ale się nie udało.
I to jest cały paradoks. Z jednej strony mamy polskich pracodawców, którzy zapraszają tych ludzi – bo chcą mieć tańszych pracowników, a zresztą ci pracownicy są zwyczajnie potrzebni. A z drugiej strony państwo polskie z braku środków i chęci bynajmniej im nie pomaga, politycy migrantami straszą i chwalą się planowaniem rekordowych deportacji, a służby ten plan rekordowych deportacji realizują, traktując przy tym zagranicznych pracowników jak potencjalnych przestępców, a co najmniej winnych naruszeń.
Jaki Twoim zdaniem jest cel takich działań?
– Dla mnie to jest po prostu forma pokazania cudzoziemcom ich miejsca w szeregu. Pracodawcy dobrze wiedzą, iż presja migracyjna nie zniknie. Gdyby nagle z dnia na dzień z Polski zniknęli wszyscy cudzoziemcy, to nikt ich nie zastąpi – żadni Polacy nie zgodzą się pracować na takich warunkach i za takie stawki.
Mało tego, sami pracodawcy mówią dziś otwarcie, iż choćby jeżeli Ukraińcy wrócą z Zachodu, to niekoniecznie zostaną przyjęci z powrotem na swoje dawne stanowiska. Te miejsca już zajmują pracownicy z Azji, nieznający języka, mniej świadomi swoich praw, gotowi do pracy po kilkanaście godzin dziennie, czyli, jak to się mówi w kapitalizmie, „bardziej elastyczni”.
A może to też pośrednio wynika z napięć społecznych? Że skoro nie da się „ustawić” Ukraińców, to robi się to wobec innych?
– Coś w tym jest. Mam wrażenie, iż skoro Ukraińcy są dziś w Polsce bardziej widoczni, lepiej zorganizowani, często znają język i coraz częściej znają swoje prawa – to nie bardzo da się im już dawać do zrozumienia, iż są tylko gośćmi i to niespecjalnie chcianymi. Więc robi się to wobec innych. Wszystkich migrantów wrzuca się do jednego worka, a ci z samego dołu drabiny społecznej są najłatwiejszym celem.
Oczywiście nie chcę uogólniać. Są urzędy i konkretni urzędnicy, którzy traktują cudzoziemców z szacunkiem, pomagają w wypełnieniu wniosków, jeżeli migrant przyjdzie na umówioną wizytę z błędnie przygotowanym formularzem. Ale systemowo państwo polskie potrzebuje siły roboczej, pracodawcy chcą, żeby była to siła tania, a jednocześnie służby coraz bardziej traktują tych ludzi jak potencjalne zagrożenie.
ZUS wielokrotnie pokazywał w swoich raportach, iż liczba migrantów w Polsce powinna rosnąć, jeżeli system ubezpieczeń społecznych ma przetrwać. A cała narracja, iż „dopłacamy do migrantów”, jest po prostu fałszywa. Większość z nich pracuje i więcej wkłada do systemu, niż z niego otrzymuje. Ale mimo to wciąż wysyłamy im sygnał: jesteś tu gościem, jesteś na próbę. Uważaj. Obserwujemy cię. Możemy cię stąd wyrzucić w każdej chwili. To metoda dyscyplinowania. Pokazywanie, kto tu rządzi, kto ma władzę. I nie ma to nic wspólnego z rzeczywistym bezpieczeństwem.
Przy tym wszystkim politycy przez cały czas mówią, iż „powstrzymają migrację”, „będą bronić Polski przed migrantami”, iż migranci nie mogą „zmienić naszego społeczeństwa”. A to są tylko pozory. Bo większość Polaków nie ma pojęcia, ilu cudzoziemców już tu mieszka, ilu z nich to ich sąsiedzi, współpracownicy czy ekspedienci w osiedlowych sklepach.
Małgorzata Kulbaczewska-Figat – absolwentka Studium Europy Wschodniej Uniwersytetu Warszawskiego. Poliglotka: mówi w językach rosyjskim, ukraińskim, francuskim, angielskim, serbskim, chorwackim, włoskim, niemieckim i greckim.
Od 2013 pracowała jako dziennikarka i tłumaczka, realizując wspólne działania i projekty m.in. ze Strażą Graniczną, Ogólnopolskim Porozumieniem Związków Zawodowych i europejską siecią think-tanków transform!europe. Współpracę z Resti Poland łączy z prowadzeniem portalu i podcastu Cross-Border Talks, poświęconego sprawom międzynarodowym. W Resti Poland jest Senior associate, prowadzi również poszukiwania genealogiczne w archiwach, pomagając klientom odnaleźć polskie korzenie i ustalić losy rodziny.