Konrad Swinarski – geniusz, który zawsze nie pasował

18 godzin temu
Zdjęcie: Konrad Swinarski


Szeptano w Krakowie: przecież to Niemiec, volksdeutsch, farbowany Polak. Tak, w tym samym Krakowie, gdzie wystawił „Dziady”, trzydzieści lat wcześniej chodził do niemieckiego gimnazjum, należał do Hitlerjugend.

Pamiętam te „Dziady” w Starym Teatrze. Jeszcze nie skończyłem ósmej klasy szkoły podstawowej, byłem dzieckiem. kilka rozumiałem, natomiast z zachwytem, wszystkimi zmysłami chłonąłem spektakl.

To było prawdziwe misterium. Zaczynało się już na ulicy Jagiellońskiej, gdzie przed teatrem siedzieli prawdziwi żebracy. Na dole w szatni odśpiewywano Litanię Pielgrzymską „o wojnę powszechną za Wolność Ludów”. Widzowie razem z uczestnikami obrzędu wspinali się po schodach, żeby w hallu wziąć udział w przywoływaniu duchów. Trzecia część odgrywana była już w głównej sali teatru, ale tylko częściowo na scenie, bo totalnie zawłaszczała całą widownię. Nie wystarczało patrzeć, trzeba było się wiercić, obracać, ruszać, szukać punktu obserwacji. Było się w środku, nie na zewnątrz. Przestrzeń wychodziła choćby poza teatr: Rollison wyskakiwał przez okno na plac Szczepański.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Nie potrafiłem przeniknąć idei przedstawienia Konrada Swinarskiego i choćby nie próbowałem. Ba, to było moje pierwsze spotkanie z „Dziadami”, nowa była nie tylko inscenizacja, ale i sam dramat, z którym dopiero od tego momentu zaczynałem się mierzyć.

Ważne było przeżycie i zauroczenie. Nie wiedziałem o dwuznaczności wystawienia Mickiewiczowskiego dramatu w Starym Teatrze. Przecież minęło ledwie pięć lat od zakazu „Dziadów” w Warszawie. Nieufna wobec dzieła była władza, środowisko artystyczne nie chciało do niego wracać, niepisana umowa głosiła, iż nie będzie się go wprowadzało do repertuaru. Później usłyszałem, iż zarówno decyzja dyrektora Jana Pawła Gawlika wydawała się podejrzana, jak i oddanie „Dziadów” w ręce Swinarskiego.

Pokazać człowieka

O Konradzie Swinarskim w Krakowie oczywiście plotkowano, choć były to informacje szczątkowe, trochę ocierające się o skandal – sukcesy artystyczne i tragiczna śmierć raczej zbudowały legendę. To, co niejawne, skryte, bywało powtarzane, ale poza środowiskami artystycznymi nie budziło nadzwyczajnych emocji. Z czasem zresztą w pamięci zacierały się także dokonania reżysera, coraz mniej ludzi mogło wspominać wielkie inscenizacje w Starym Teatrze.

Książka Beaty Guczalskiej „Konrad Swinarski. Biografia ukryta” jest wydarzeniem z wielu powodów. Pierwszy, najważniejszy, jest taki, iż to – nie waham się napisać – arcydzieło gatunku. Dlaczego, jeszcze wyjaśnię. Po drugie, książka mierzy się z legendą, może i plotką, tyle iż obie już zamierają – sztuka teatru i związane z nią emocje są ulotne. Dlatego istotne jest w ogóle przypomnienie postaci Swinarskiego, dziś twórcy dla młodych widzów teatralnych przecież prawie nieznanego.

Wreszcie: ta biografia pokazuje człowieka nieprzeciętnego, o skomplikowanym życiu, zupełnie nieprzystającym do polskich żywotopisarskich matryc.

Szeptano w Krakowie: przecież to Niemiec, volksdeutsch, farbowany Polak. Tak, w tym samym Krakowie, gdzie wystawił „Dziady”, trzydzieści lat wcześniej, w latach okupacji, chodził do niemieckiego gimnazjum, należał do Hitlerjugend, jego kolegą szkolnym był syn Hansa Franka. Żyli tacy, którzy o tym wiedzieli i to pamiętali.

Szeptano, iż homoseksualista, alkoholik, chory psychicznie… Nic nie pasowało do wizerunku Wielkiego Polskiego Artysty. Do dziś nie ma w Krakowie ulicy Konrada Swinarskiego, dopiero od roku 2022 jego imię nosi skwer nieopodal Starego Teatru.

Między Polską a niemiecką rodziną

Zacznijmy od początku. Guczalska skrupulatnie bada genealogię reżysera. Oboje rodzice wywodzili się z Wielkopolski. Ojciec podczas I wojny światowej walczył w cesarskiej armii niemieckiej, gdy jednak pojawiła się nadzieja na zrzucenie jarzma, stanął z bronią w powstaniu wielkopolskim, po wojnie został oficerem wojska Niepodległej. Skądinąd rzecz ciekawa, iż synowie przedwojennych oficerów odegrali istotną rolę w kulturze po 1945 r., wystarczy wymienić choćby Andrzeja Wajdę, choć tam genealogia jest odmienna.

Bardziej skomplikowana była historia rodziny matki Swinarskiego, Irmgardy z Liczbińskich. Dziadek Liczbiński wywodził się z małomiasteczkowej społeczności wielkopolskiej, ale przed wielką wojną był drobnym przedsiębiorcą we Wrocławiu (ówcześnie mieście bez reszty niemieckim), tam się ożenił, miał sześcioro dzieci – oprócz Irmgardy Praksedę, Franza, Helgę, Mariana i Karlę.

Chyba czuł się Polakiem, skoro w 1922 r. przeprowadził się do przyłączonych do Polski Katowic, gdzie otworzył restaurację, choć decyzja mogła mieć charakter biznesowy; na pewno jednak obracał się w kręgach powstańców śląskich i był aktywny społecznie.

Sieroctwo sprawiło, iż Swinarski przez całe swoje życie wszystko, co go dotyczyło, brał we własne ręce

Krzysztof Biedrzycki

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Jego dzieci już nie odczuwały związku z polskością, dwie córki – Prakseda i Helga – wyszły za mąż za Niemców (lub niemieckich Ślązaków, co wychodzi na jedno) i zamieszkały w Berlinie, co później miało znaczenie w biografii Konrada. Jedynie Irmgarda weszła do polskiej rodziny, ale jej mąż zmarł młodo w 1935 r., tymczasem rodzeństwo albo mieszkało w Niemczech, albo wybrało niemieckość. Sama została w Polsce, kupiła dom w Wieliczce. W 1939 r. już jesienią wpisała się jednak na volkslistę, podjęła intensywną przedsiębiorczość, korzystając z przywilejów nadanych przez władze okupacyjne. Ponieważ była zżyta z siostrami, często bywała u nich w Berlinie, spędzała z nimi wakacje.

Tak więc dzieciństwo Konrada zawieszone było między Polską, w której mieszkał (i miał polskich przyjaciół), a niemiecką rodziną, najbliższą, która mu potem po wojnie została. Skoro matka po 1939 r. zdecydowała się opowiedzieć za Niemcami, młody Swinarski nie miał wyboru: rzeczywiście chodził do niemieckich szkół, a tam każdy musiał należeć do Hitlerjugend.

Skomplikowany życiorys polski

Plotka znalazła zatem potwierdzenie w faktach. Tyle iż plotka nie mówiła wszystkiego. W 1945 r., w ostatnich tygodniach wojny, starszy brat przyszłego reżysera, mimo młodego wieku wcielony do Waffen-SS, zginął na froncie. Matka z niespełna szesnastoletnim Konradem uciekła wraz z wycofującymi się Niemcami z Wieliczki na Śląsk, gdzie obydwoje zostali aresztowani i umieszczeni w obozie dla „zdrajców narodu” w Mysłowicach.

Sam Swinarski wydostał się z obozu (może mieszkająca na Śląsku rodzina wykupiła go łapówką?), ale Irmgarda tam została i zmarła jesienią. W ciągu kilku miesięcy Konrad stracił całą najbliższą rodzinę, został sierotą. Ciotki i kuzyni byli w Berlinie. Zajęli się nim dalsi krewni, ale adekwatnie sam musiał o siebie zadbać. Zresztą dalsze losy pokazały to dobitnie: sieroctwo sprawiło, iż przez całe swoje życie wszystko, co go dotyczyło, brał we własne ręce.

Ten fragment życia Swinarskiego jest istotny nie jako powód do sensacyjnych odkryć. Ujawnia dwie kwestie. Po pierwsze, jak skomplikowane bywają życiorysy polskie. Tak, polskie, bo późniejszy twórca scenicznych „Dziadów” jest przykładem tego, iż tożsamości narodowe nie muszą być jednoznaczne. Historie poszczególnych ludzi nie zawsze, a może rzadko bywają zgodne z dominującą narracją, one niejednokrotnie odbiegają od modelu, jaki przedstawiany jest w podręcznikach, a zwłaszcza w czytankach dla młodzieży.

Doświadczenie dzieciństwa i młodości Swinarskiego adekwatnie mogłoby być tematem na powieść lub film, tyle w nim paradoksów. Ale jest i druga kwestia. Reżyser przecież nigdy nie zniwelował podwójnej tożsamości. Tak, nie wyjechał po wojnie do Niemiec (choć z listów do ciotek wynika, iż to rozważał), więcej – mimo iż w dojrzałym życiu często podróżował na Zachód, reżyserował w Berlinie Zachodnim i nie tylko, to zawsze wracał do Polski i nie zamierzał emigrować.

Beata Guczalska, „Konrad Swinarski. Biografia ukryta”, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2025

Kultura niemiecka pozostała dla niego punktem odniesienia. W pierwszym okresie twórczości mistrzem dla niego był Bertolt Brecht, do którego (do Berlina Wschodniego) pojechał już w 1954 r. Największe dzieła stworzył jednak w Polsce, po polsku, zmagając się z polską klasyką narodową. Trudno powiedzieć, czy – jak głosiła plotka – był Niemcem, na pewno jednak część niemiecka w jego tożsamości była bardzo silna. I może to sprawiało, iż z kolei to, co polskie, w tym wielkich romantyków, czytał w niekonwencjonalny sposób: szukał u nich uniwersalizmu, nie patriotycznego utwierdzenia emocji.

Rozumienie tekstu, rozumienie świata

Jednoznaczne w jego tożsamości stało się bycie artystą. Najpierw uczył się w kolejnych szkołach plastycznych, w żadnej nie spędził dużo czasu – wpierw w Katowicach, potem w Sopocie, wreszcie w Łodzi, gdzie był uczniem Władysława Strzemińskiego (co odegrało istotną rolę w jego rozwoju artystycznym). Studiował malarstwo i scenografię, jak widać, już wtedy zainteresowany teatrem, a choćby filmem (tajemniczym epizodem jest jego zapisanie się do łódzkiej Filmówki, przy czym nie ma żadnych dokumentów potwierdzających, iż podjął tam studia, a na pewno ich nie kontynuował). Swoje miejsce znalazł w teatrze. W 1951 r. rozpoczął studia reżyserskie w Państwowej Wyższej Szkole Teatralnej w Warszawie.

Jednak nie kolejne szkoły najmocniej wpłynęły na artystyczną osobowość Swinarskiego, ale spektakle Berliner Ensemble, zespołu Bertolta Brechta, które miały miejsce w Warszawie w grudniu roku 1952. Brecht zainspirował młodego reżysera zarówno formą teatralną, jak poglądem na obecność pojedynczego człowieka w życiu zbiorowym, zwłaszcza w historii. Nie zapominajmy, iż to czas forsownego wprowadzania socrealizmu. Teatr wprawdzie lewicowy, z Berlina Wschodniego, ale niepoddający się doktrynie, był czymś ożywczym, nieoczywistym w tamtym momencie. No i – co, jak wiemy, nie było bez znaczenia – to teatr niemiecki.

Swinarski nawiązał korespondencję z Brechtem, czego rezultatem było stypendium i asystentura w Berliner Ensemble od jesieni 1955 r. Czego nauczył się od niemieckiego dramaturga? Tak pisze o tym Guczalska:

Najważniejszy zysk Swinarskiego dotyczył czytania i rozumienia tekstu – a w konsekwencji także rozumienia świata. Umiejętność dostrzegania różnych prawd i punktów widzenia, komplikacji i sprzeczności, równoległego istnienia kontrastowych albo nieprzystających do siebie nurtów życia Konrad posiadał od wczesnej młodości – nie tyle więc nauczył się czytania rzeczywistości w różnych perspektywach, ile je dzięki Brechtowi mocno rozwinął i usystematyzował, uzyskał narzędzia porządkujące interpretację. Przyswoił sobie użyteczne pytania, jakie należy stawiać tekstowi.

Kilkanaście miesięcy spędzonych w Berlinie (do wiosny 1957) było dla Swinarskiego bardzo ważne. Uczył się warsztatu reżyserskiego, nawiązywał kontakty, które potem miały mieć duże znaczenie. Ale też przybycie do miasta nad Sprewą okazało się dla niego ważne ze względów emocjonalnych. Po latach spotkał się z bardzo bliską rodziną, skonfrontował się z wypieraną przez dziesięć lat niemieckością w nowym, powojennym wydaniu, ale też w Berlinie Zachodnim (to czas przed zbudowaniem Muru) zobaczył świat niekomunistyczny.

W nieustannej podróży

Kariera reżyserska Swinarskiego przebiegała szybko, choć bynajmniej nie bez potknięć. Dużo pracował w kraju, zwłaszcza w teatrach warszawskich, jednak już w 1958 r. wrócił do Berlina, tym razem Zachodniego, gdzie przez kilka lat przygotowywał spektakle w Schaubühne, będącym jedną z najważniejszych scen nie tylko niemieckich, ale europejskich. Wydarzeniem, wielkim sukcesem reżysera było tam wystawienie dramatu Petera Weissa „Marat/Sade”. Stał się twórcą rozpoznawalnym. Zapraszano go do współpracy w teatrach w wielu krajach, głównie w Niemczech, ale też w Austrii, Szwajcarii, Izraelu, Stanach Zjednoczonych, Związku Radzieckim.

Reżyserował nie tylko w teatrze dramatycznym. Przygotowywał inscenizacje oper (w tym prawykonanie „Diabłów z Loudun” Krzysztofa Pendereckiego), był jednym z prekursorów teatru telewizji (pierwszy spektakl telewizyjny przygotował w Warszawie już w 1954 r.), zrealizował jeden film – „Sędziów” według Wyspiańskiego. Stał się wyjątkowo pracowity, tworzył nieomal kompulsywnie, w ciągłym napięciu, w poszukiwaniu form, mierząc się z nowymi tekstami i drążąc już inscenizowane.

Swinarski jest wspominany jako ktoś, kogo można było kochać, wręcz uwielbiać. Miał ujmującą osobowość, inspirował współpracowników, ale zarazem od nich wiele wymagał

Krzysztof Biedrzycki

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Płacił za to cenę. Wpadał w stany ostrych depresji, w 1972 r. trafił choćby na kilka miesięcy na leczenie do kliniki psychiatrycznej w Krakowie. Wpadł w nałóg alkoholizmu, z którego próbował się wydobyć, niestety bez powodzenia. Nie tylko intensywna praca (też poniekąd nałogowa), ale i faktyczna bezdomność, ciągły ruch, przemieszczanie się z miejsca na miejsce, brak zakorzenienia (małe mieszkanko w Warszawie, potem dom koło Otwocka i mieszkanie w Krakowie – były tylko przystankami w nieustannej podróży) powodowały, iż nie znajdował stabilizacji, która mogłaby przynieść mu jakieś uspokojenie.

Przecież choćby w pracy musiał wciąż szukać, bo długo nie miał jednego zespołu, z którym byłby zżyty, rozumiał się bez słów i mógł realizować najbardziej fantastyczne projekty. Może taką rolę odgrywał przez jakiś czas Schaubühne. Dlatego tak ważne okazało się dla niego znalezienie swojego miejsca w Starym Teatrze.

Jakąś stałość w życiu osobistym przyniosło mu małżeństwo z Barbarą Witek, osobą z wielu względów kontrowersyjną, ale dla niego niezwykle ważną, dającą mu duże wsparcie, a po śmierci gromadzącą jego archiwum i stojącą na straży jego pamięci. Tyle iż małżeństwo to, jak wiele podobnych w tamtych czasach, miało specyficzny charakter, bo Swinarski, jak wspomnieliśmy wyżej, był homoseksualistą (plotka nie kłamała). W środowisku artystycznym nie stanowiło to tajemnicy i może nie budziło wielkich kontrowersji, niemniej dla samego reżysera fakt bycia kimś odmiennym, konieczność częstego ukrywania lub przynajmniej nieujawniania swojej tożsamości, mierzenia się z oceną społeczną, pozostawały kolejnym źródłem cierpienia i poczucia niedostosowania do oczekiwań społecznych.

Od razu jednak trzeba dodać, iż związek z Barbarą był oparty na przyjaźni i zaufaniu. Bo Swinarski potrafił się przyjaźnić, co wspomina wiele osób z nim związanych. prawdopodobnie w ten sposób szukał oparcia, ciepła, stabilizacji emocjonalnej.

Powiedzmy w tym miejscu jasno: Konrad Swinarski jest wspominany jako ktoś, kogo można było kochać, wręcz uwielbiać. Miał ujmującą osobowość, inspirował współpracowników, ale zarazem wiele od nich wymagał. Te cechy niewątpliwie miały udział w jego sukcesie. Aktorzy, scenografowie, kompozytorzy byli gotowi bardzo wiele włożyć w wysiłek przygotowania spektaklu, wręcz oddawali się jego wizji artystycznej. Na to oczywiście nakładało się oczekiwanie wspólnego poszukiwania, pracy intelektualnej, przedzierania się przez wystawiane teksty.

Skądinąd ciekawe, iż ta forma tworzenia dzieła scenicznego budziła kontrowersje w teatrach niemieckich, gdzie po reżyserze spodziewano się dobrego przygotowania, a potem realizowania koncepcji z żelazną dyscypliną. Dlatego Swinarski tak dobrze się czuł w Starym Teatrze, gdzie w przyjacielskim gronie wspólnie z innymi docierał do sensów wystawianego tekstu i poszukiwał jego scenicznej formy.

Krytyczny wobec komunizmu?

Był Swinarski artystą w każdym wymiarze. A jak wyglądało jego uwikłanie w politykę? Czy można było żyć poza polityką w jego czasach? Dojrzewanie w epoce nazizmu, wczesna dorosłość – czas stalinizmu. Całe artystyczne życie w dwóch światach przedzielonych żelazną kurtyną. W gruncie rzeczy adekwatnie kilka wiadomo o poglądach Swinarskiego.

Na pewno nie uległ pokusie socrealizmu – nie musiał, bo był wtedy dopiero studentem, a jako zawsze inny, niedostosowany, nie ulegał zbiorowym odruchom, kierował się wypracowaną już w młodości nieufnością, dostrzegał niejednoznaczności i sprzeczności w świecie. gwałtownie zresztą znalazł przeciwwagę dla obowiązującej oficjalnie doktryny u Brechta.

Czy był krytyczny wobec komunizmu? Nie wiadomo (choć na marginesach podręcznika marksizmu zapisywał szydercze uwagi), ale też nie ujawniał się z poglądami, bo przecież chciał przekraczać granice między światami, co było wtedy nieoczywiste. Teczka w IPN jest pusta – a więc prawdopodobnie w którymś momencie została wyczyszczona, niemożliwe przecież, żeby ktoś o takiej przeszłości, domniemamy Niemiec, poza tym homoseksualista, alkoholik, pracujący latami na Zachodzie nie budził zainteresowania służb specjalnych.

W tym kontekście może rodzić domysły przyjaźń Konrada i Barbary z funkcjonariuszem SB, niejakim Grzegorzem. Nic jednak więcej na ten temat nie wiadomo. Może zresztą taka wiedza kilka by dała?

Teatr ekstrawagancki

Momentem zwrotnym w życiu i pracy twórczej Konrada Swinarskiego było jego związanie się ze Starym Teatrem. Tutaj znalazł swój zespół, miał możliwość realizowania najśmielszych projektów. jeżeli kulminacją jego twórczości stały się dwa spektakle, czyli „Dziady”(1973) i „Wyzwolenie”(1974), to dlatego, iż mógł z zaufanymi ludźmi dokonać przenikliwej lektury obu dramatów.

Mógł z nimi podjąć wysiłek, na jaki rzadko zdobywały się teatry repertuarowe. No i – last but not least – dyrektor Gawlik w te spektakle, zwłaszcza w „Dziady”, oprócz zaufania włożył duże pieniądze.

Objęcie akcją całej przestrzeni budynku, ograniczenie widowni przez zbudowanie podestów nad częścią foteli, włączenie do gry prawie całego zespołu – to niewyobrażalne ryzyko, gdyby rezultat nie miał mieć wielkiego waloru artystycznego.

Dodajmy, iż jeszcze bardziej ryzykowne byłoby wystawienie „Hamleta”, nad którym Swinarski pracował przed tragicznym lotem do Teheranu. Tym razem grą miała być objęta przestrzeń nie tylko teatru, ale całego sąsiadującego z nim placu Szczepańskiego (skądinąd na budynku milicji planowano zainstalować głośniki emitujące szum morza…, a to PRL właśnie). Gdzież indziej można było sobie pozwolić na taką ekstrawagancję?

Uchwycić prawdę

Te wszystkie informacje biograficzne oczywiście są fascynujące przy opisie osobowości człowieka. Mamy tu do czynienia z kimś wymykającym się jednoznacznym kryteriom. Kimś, kogo nie da się ująć w wyczerpującą formułę tożsamości. Zawsze nie pasował. Budził emocje – od fascynacji i uwielbienia po zdecydowaną niechęć lub przynajmniej nieufność.

Promocja!
  • Jan Krasicki

Dostojewski i laboratorium idei

31,20 39,00
Do koszyka
E-book – 28,00 35,10

W przypadku artysty osobowość ma jednak szczególną wagę, bo przecież jest kluczem do dzieła. Niestety bywają biografie twórców, gdzie wiersze, powieści, filmy, obrazy, spektakle są tylko dodatkiem, czymś, co jak gdyby tylko się im przytrafiało. U Guczalskiej badanie życia Swinarskiego jest środkiem do zrozumienia jego teatru. Dlatego wszystkie niejednoznaczności biograficzne wiodą do interpretacji postaci scenicznych i całych spektakli w duchu komplikacji osobowości, wymykania się z ram, odkrywania tego, co w relacjach międzyludzkich i społecznych skryte, niejawne, nieoczywiste.

Tak jak teatr służył Swinarskiemu do poznawania człowieka, tak poprzez próbę poznania twórcy autorka jego biografii zmierza do czegoś więcej – podjęcia refleksji nad nieuchwytnością prawdy o człowieku, nad tym, iż zarówno legenda, jak plotka fałszują, pomijają to, co psuje obraz. Zawsze z pokorą powinniśmy stawać wobec drugiego, bo nigdy nie wiemy, ile za schematem postrzegania kryje się niepokoju, niejasności, cierpienia, ale też małych lub wielkich, ale niejawnych, euforii i fascynacji.

Napisałem wyżej, iż książka Beaty Guczalskiej jest arcydziełem gatunku. Nie tylko dlatego, iż oparta została na rzetelnym przedstawieniu faktów, krytycznym zbadaniu źródeł, skonfrontowaniu rożnych wspomnień. Przede wszystkim dlatego, iż tak skomplikowaną osobowość przedstawia w sposób spokojny, wyważony, a przy tym serdeczny. Bez tworzenia hagiografii, nie pomija zatem spraw trudnych, ale też nie robi z nich sensacji.

Wszystko to służy zrozumieniu teatru Swinarskiego. Bo choćby najciekawsza biografia nie byłaby ważna, gdyby on nie był artystą odgrywającym wyjątkową rolę w kulturze polskiej (i nie tylko) w drugiej połowie XX wieku. Guczalska czyta jego spektakle przez dane mu doświadczenie życiowe, a zarazem te spektakle stają się dla niej źródłem wiedzy o człowieku.

To biografia nadzwyczaj ważna. Wykracza poza życie jej bohatera, a choćby poza jego twórczość, bo mówi o rozumieniu człowieka, o tym, jak go próbowała pokazać, zdefiniować, przeniknąć kultura po doświadczeniach II wojny światowej, totalitaryzmów, kryzysu tradycyjnej sztuki i filozofii, modernizacji świata, przewartościowania fundamentów ładu moralnego i światopoglądowego.

*

Gdy jako bardzo młody człowiek pierwszy raz obejrzałem w Starym Teatrze wyreżyserowane przez Swinarskiego „Wyzwolenie”, już po „Dziadach”, doświadczyłem głębokiego rozczarowania. Nic nie zrozumiałem, ale też nie przeżyłem zmysłowego oczarowania. Nie dałem jednak za wygraną. Poczekałem chyba trzy lata i ponownie poszedłem na ten spektakl. Tym razem nastąpiło olśnienie.

To był przecież rozrachunek teatru z teatrem. Teatru z całą jego sztucznością, kabotyństwem, udawaniem, grą. A zarazem z siłą oddziaływania i magią. I zdolnością mówienia o sprawach ważnych. Scena z Maskami, nadzwyczaj trudna, bo łatwo ją sprowadzić do nudnej recytacji, do czystej dyskursywności, rozegrana w szpitalu, pokazała chore społeczeństwo z jego ideami, sprzecznościami, ale też tęsknotami.

Guczalska pięknie pisze o najmocniejszych scenach w przedstawieniu, o wypowiadanych przez zadręczonego przez Maski, wyczerpanego psychicznie Konrada (Jerzego Trelę) słowach „Chcę, żeby w letni dzień…” jako poszukiwaniu ratunku w chaosie świata, a także o finale, gdy maszyniści wynoszą dekoracje, teatr zostaje obnażony do swojej techniczności, a mimo to Konrad przez cały czas próbuje grać, choć nikt już od niego gry nie oczekuje.

Nie wiem, czy jako licealista tak to przedstawienie odczytywałem, na pewno jednak zobaczyłem w nim granice wyznaczone teatrowi i przez teatr samemu sobie, ale też moc kreacji, która choćby zdemaskowana (już po zdjęciu masek) przez cały czas oddziałuje i nie pozwala widzowi się WYZWOLIĆ.

Miał być jeszcze „Hamlet”. Jak czytamy, przewrotny, niejednoznaczny, prowokujący. Nie było jednak „Hamleta”…

Idź do oryginalnego materiału