Skoro nie można zatrzymać człowieka, ani choroby, ani czasu, trzeba przynajmniej próbować zatrzymać ślad. Tworząc archiwum, budować w nim dla siebie schron.
Dziewiąty odcinek cyklu Agnieszki Budnik i Damiana Jankowskiego „Kultura straty, kultura (nie)zgody”. Wcześniejsze przeczytacie tutaj.
Przyszedł czas, by zajrzeć do niej. By w cyklu o stratach zatrzymać się nad Joan Didion. W „Notatkach dla Johna” nie pisze ona wyłącznie o stracie, która już się wydarzyła. Pisze z wnętrza zagrożenia stratą, z miejsca, w którym jeszcze coś trwa, ale już zostaje podszyte lękiem, iż zaraz się wymknie, rozproszy, zapadnie.
To książka zbudowana z notatek po sesjach terapeutycznych, prowadzonych dla męża, żeby mimo wszystko pozostał na bieżąco ze stanem umysłu pisarki. Mowa więc o zapisie podwójnie kruchym: relacji z prywatnego i skierowanego do konkretnej osoby.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Czytając „Notatki”, miałam wrażenie obcowania nie tylko z czyimś bólem, ale także z czyjąś rozpaczliwą próbą porządkowania świata, który wymyka się rozumieniu. I pomyślałam, iż zrobiłabym dokładnie to samo.
Forma ocalenia
Wszystko działo się w roku 2000. Mąż, John Gregory Dunne, jeszcze żył. Ich córka, Quintana, wciąż zmagała się z mrokiem, którego rodzice nie potrafili rozproszyć. Wnikając w te zapiski, czuję się jak intruz. Bo znam ciągi dalsze Didion – w swoim obsesyjnym zbieractwie faktów, dat i diagnoz próbuje oswoić potwora, który dopiero nadchodzi.
I chyba właśnie to porządkowanie poruszyło mnie najmocniej. Nie sama rozpacz, choćby nie sam lęk o córkę, ale ów odruch zbierania. Zbierania zdań, dat, diagnoz, wspomnień, rozmów, cytatów, epizodów z dzieciństwa, rodzinnych legend, własnych reakcji, cudzych słów. Didion zapisuje, bo zapis jest formą ocalenia. Skoro nie można zatrzymać człowieka, nie można zatrzymać choroby, nie można zatrzymać czasu, można przynajmniej zatrzymać ślad. Można tworzyć archiwum i tak budować dla siebie schron.
To doświadczenie wydaje mi się znajome. Wobec straty, tej już przeżytej, tej spodziewanej i tej, która tylko krąży wokół nas jak cień, uruchamia się impuls zbieraczki. Strata niemal zawsze popycha nas ku kolekcjonowaniu. Na utratę relacji, domu, języka, miejsca, dawnego obrazu siebie, kiedy coś się kończy, człowiek bardzo często reaguje porządkowaniem pozostałości. Gest to stary jak świat. Przechodniu, powiedz Sparcie, apostole, głoś słowo, wnuczko, weź moją biżuterię, resztę wyrzuć, i tak dalej.
Nie zbieramy po to, by zatrzymać rzeczy na zawsze. Zbieramy, by móc kiedyś je wypuścić. Ale wypuścić świadomie, we adekwatnym momencie, po swojemu
Agnieszka Budnik
Gromadzimy rzeczy po zmarłych, ale gromadzimy też wiadomości, obrazy, daty, notatki, kartki, listy zakupów, świstki papieru z cudzym pismem. Czasem choćby nie wiemy, po co. Jakby sam akt odłożenia czegoś do szuflady był już obietnicą, iż sens przyjdzie później.
Może dlatego po stracie tak trudno od razu wyrzucać. Potrzebujemy najpierw mieć za dużo. Potrzebujemy tej nadwyżki, tego pozornego chaosu, żeby w ogóle móc rozpocząć pracę żałoby. Bo człowiek nie radzi sobie ze stratą przez natychmiastowe oczyszczenie terenu; raczej przez nadmiar, przez zbiór, przez kolekcję. Jakby trzeba było najpierw ułożyć świat w sterty: to ważne, to mniej ważne, to do ocalenia, to do namysłu, to jeszcze nie teraz. Jakby hierarchizowanie było pierwszą odpowiedzią na rozpad.
W tym sensie zbieractwo nie jest zachłannością, tylko formą obrony przed pustką, przypadkowością, przed okrutnym faktem, iż rzeczy znikają, a my nie mamy nad tym władzy. Gromadzimy więc nie dlatego, iż chcemy posiadać więcej, ale dlatego, bo boimy się, iż zaraz nie zostanie nic. Kolekcjonowanie staje się małą prywatną metafizyką: skoro świat odbiera, ja będę ocalać. choćby jeżeli coś zostało wyrwane, będę układać resztę.
Odruch archiwistki
W „Notatkach dla Johna” Didion nie kolekcjonuje po to, by zachować iluzję pełnej kontroli – wie doskonale, iż już jej nie ma. I właśnie dlatego zapisuje. Skoro nie można powstrzymać córki przed upadkiem, nie można zatrzymać czasu, nie można naprawić przeszłości, można przynajmniej próbować zobaczyć wzór, układ, powtarzalność. Miejsce pęknięcia. I może dlatego ta książka jest tak przejmująca: nie daje pocieszenia, ale odsłania elementarny odruch człowieka wobec rozpadu. Odruch archiwistki.
- Małgorzata Łukasiewicz
My, czytelnicy
Myślę czasem, iż nie zbieramy po to, by zatrzymać rzeczy na zawsze. Zbieramy, by móc kiedyś je wypuścić. Ale wypuścić świadomie, we adekwatnym momencie, po swojemu. Pozbycie się czegoś ma sens dopiero wtedy, kiedy wcześniej można było to objąć, zważyć, uznać, nazwać. Wyrzucanie bez etapu gromadzenia bywa przemocą. Dopiero kolekcja pozwala na rozstanie, które nie jest wyparciem. Najpierw trzeba mieć przed sobą pełnię resztek, żeby móc powiedzieć: to zostaje, to odchodzi.
Może właśnie dlatego strata tak często mnoży katalogi, spisy, pudełka, foldery na pulpicie komputera. To stosy książek, których jeszcze nie potrafimy oddać, ubrania, których wciąż nie chcemy ruszyć, zdjęcia, których jeszcze nie zamierzamy obejrzeć i których jednocześnie panicznie boimy się utracić.
Nie chodzi tylko o pamięć, ale chyba o formę. O nadanie stracie kształtu, który dałoby się unieść.
Strata, która niesie
Usłyszałam kiedyś zdanie – nie wiem, gdzie, nie wiem, od kogo – iż rewolucja zaczyna się wtedy, kiedy ktoś nam coś zabiera. To może być drobiazg. I gdyby tak o sprawie pomyśleć, to strata, o której często myślimy jako o czymś biernym, o wyrwie, pcha nas jednak do przodu. I de facto tak rozumiana strata jest mi najbliższa. Niesie dalej. Jak nic innego.
Może właśnie dlatego tak kurczowo chwytamy rzeczy, zanim nauczymy się je puszczać. Bo strata nie jest tylko końcem; zmusza do ruchu, do selekcji, do nowego układania świata. Czasem do pisania, czasem do kolekcjonowania, czasem do opieki nad ogrodem, który trwa dalej, choć odszedł ten, który go zasiał, czasem do wyrzucenia połowy zawartości szafy, a czasem do zachowania jednego świstka papieru na zawsze. Nie ma tu sprzeczności.
To, co odeszło, niekoniecznie jest bardziej kochane. Bywa może bardziej pracowicie kochane. Bardziej gorączkowo. Z większą potrzebą dowodów, śladów, potwierdzeń. No bo czy nie jest tak, iż miłość po stracie staje się pracą nad resztkami? Nad tym, co jeszcze można ocalić, ułożyć, nazwać.
I może właśnie w tym mozolnym układaniu najpełniej widać, iż nic naprawdę ważnego nie znika bez śladu. Strata nas niesie, bo zmusza do ruchu. Kiedy tracimy grunt pod nogami, jedynym sposobem, by nie upaść, jest biec dalej.

2 godzin temu
_20260406003020.webp)






![Ukraina: Niedziela Palmowa na froncie [GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/04/mid-epa12870619.jpg)








