Grać w obronie kraju. Czym Bruce Springsteen różni się od Krystyny Jandy?

2 godzin temu

Springsteen zaczyna wypełnioną politycznymi odniesieniami trasę. Trump nie jest jednak dla niego tylko nielubianym politykiem, a władzą, która próbuje zniszczyć wspólnotę.

W Minneapolis zaczęła się amerykańska trasa koncertowa Bruce’a Springsteena „Land of Hope and Dreams”. Miejsce startu nie jest przypadkowe. To tu doszło do zabójstwa amerykańskich obywateli protestujących przeciwko polityce Donalda Trumpa i działaniom ICE. O ich śmierciach opowiada wypuszczony pod koniec stycznia utwór „Streets of Minneapolis”, który będzie prawdopodobnie rozpoczynał kolejne koncerty.

Springsteen przywołuje tragiczne wydarzenia, wspominając imiona osób zabitych podczas protestów – Renée Good i Alexa Pretti’ego. Artysta opisuje działania sił federalnych jako brutalną interwencję, określając funkcjonariuszy mianem „okupantów” i „prywatnej armii króla Trumpa”.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

The Boss nie ukrywa, iż istotą jego działalności nie jest tylko muzyka. W zapowiedzi trasy mówi wprost: „Będziemy grać w obronie Ameryki – amerykańskiej demokracji, amerykańskiej wolności, naszej amerykańskiej konstytucji i naszego świętego, amerykańskiego snu. Wszystko to jest atakowane przez naszego samozwańczego króla i jego gangsterską administrację w Waszyngtonie”.

Stąd też hasło trasy, które nawiązuje do odbywających się w Stanach Zjednoczonych protestów: „No kings”.

To, jaką rolę odgrywa Springsteen w oporze przeciwko obecnemu prezydentowi Stanów Zjednoczonych, może być intrygujące, zwłaszcza, gdy spojrzymy na to z polskiej perspektywy. Od kilku lat obserwujemy inflację znaczenia tego, co mówią znane osoby. Ochocze poparcie dla liberalnej części naszej sceny politycznej udzielane przez artystów i artystki stało się przedmiotem kpiny i trafiło do memów.

Czym zatem Bruce Springsteen różni się od Krystyny Jandy? A może inna jest tylko nasza perspektywa?

Pochłonięty przez mainstream

Na pewno nie jest tak, iż Springsteen z krytyką nie musi mierzyć się w ogóle. William Harris w „Jacobing” pisze, iż „lewicowy krytycy często zarzucają mu bycie liberałem żywcem wyjętym z epoki Nowego Ładu, który z nostalgią idealizuje coś, co nigdy nie istniało”.

Jak jednak zauważa sam Harris, taki obraz muzyka w znacznej mierze wynika z nierozumienia dotyczącego recepcji niektórych aspektów jego twórczości, chociażby tego, iż jak muzyk wykorzystuje patriotyczne symbole. Z drugiej strony dla lewicy problemem było i będzie uczestnictwo Springsteena w mainstreamie – wielkiej polityce (przyjaźń z Barackiem i Michele Obamami) czy korporacyjnej kulturze (reklama Jeepa).

Springsteen znalazł się w swego rodzaju pułapce. Jako jeden z najważniejszych muzyków ostatnich dekad stał się miliarderem, a to oznacza stratę w każdym scenariuszu – niezależnie od tego, czy działałby zgodnie ze swoim obecnym położeniem klasowym, czy próbowałby pozostać tam, skąd się wywodzi, a więc w świecie robotników, który ukształtował jego język i wartości. W pierwszym przypadku byłby zdrajcą, w drugim – pozorantem.

A mógł być bardem Reagana

Z pewnością posiada coś, co okazuje się najcenniejszą walutą – wiarygodność. Jej podstawą jest to, co wydarzyło się w pierwszej połowie lat osiemdziesiątych, gdy Stanami Zjednoczonymi rządził Ronald Reagan, a jego neoliberalny program gospodarczy niszczył amerykańską klasę robotniczą. Trochę o tej historii pisałem już na tych łamach.

Prawicy zależało wówczas na zawłaszczeniu muzyka, którego utwory biły rekordy na listach przebojów. Mrugał do niego okiem konserwatywny publicysta George Will, a także sam Regan.

Springsteen natychmiast to rozpoznał i odrzucił. Co ciekawe, nie był wówczas politycznie zaangażowany. W wywiadach podkreślał, iż poprzednim razem głosował ponad dekadę wcześniej, gdy kandydatem Partii Demokratycznej pozostawał George McGovern. Nie był więc zagorzałym fanem Demokratów, a mimo wszystko stanowczo sprzeciwił się sugestiom prawicy, iż walczą po tej samej stronie sporu.

Springsteen stawia pytania nie tylko politykom, ale także każdej obywatelce i każdemu obywatelowi USA: jak możemy pozwalać, by na ulicach ginęli ci, którzy razem z nami tworzą ten kraj?

Jan Radomski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Reaganowi zależało, by neoliberalny program, wyjątkowo niekorzystny dla osób o gorszej sytuacji ekonomicznej, przykryć poprzez opowieści o patriotyzmie spod znaku amerykańskiej flagi. Idealnym narzędziem do utrzymania klasy robotniczej w stanie fałszywej świadomości mogła być kultura.

W 1984 roku Springsteen w wywiadzie dla „The Rolling Stone” nawiązał do słynnego sloganu prezydenta „Znów jest poranek w Ameryce!”: „Myślisz sobie… nie ma poranku w Pittsburgh, nie ma poranku nad 125th ulicą w Nowym Jorku. Jest północ”.

„It’s midnight” to aluzja do „New York City Serenade” – utworu napisanego przez Springsteena, w którym opowiada o brudnym, robotniczym i niedającym wiele nadziei Nowym Jorku. „It’s midnight in Manhattan, this is no time to get cute”, śpiewa muzyk na płycie z 1973 roku.

Springsteen zorientował się, iż chociaż zarówno jego twórczość, jak i to, o czym mówi prawica, dotyczą Amerykańskiego Snu, to tak naprawdę dwie całkiem inne historie: republikański prezydent widział w tym triumf kapitalizmu i konsumpcji, dla artysty zaś oznaczało to walkę zwykłych ludzi, a przede wszystkim ich frustracje i rozczarowania.

Można się domyślać, iż bycie adorowanym przez Reagana – bijącego wówczas rekordy popularności – mogło być kuszące. Jednak odpowiedzią Springsteena na wyciągnięta przez prawicę rękę było wpłacenie dziesięciu tysięcy dolarów na rzecz bezrobotnych pracowników przemysłu stalowego. Takie zbiórki stały się w latach osiemdziesiątych stałym elementem jego koncertów.

W ten sposób pokazał jedno: iż jest lojalny w stosunku do ludzi, a nie władzy.

Ulice Filadelfii

W latach dziewięćdziesiątych przesłanie Springsteena jeszcze się rozszerzyło. Muzyk napisał wówczas utwór „Streets of Philadelphia” do „Filadelfii” – pierwszego tak dużego hollywoodzkiego filmu o AIDS i dyskryminacji osób LGBT+. Dzisiaj łatwo przejść obok tego obojętnie, ale przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych to czas stygmatyzacji i strachu wobec homoseksualności.

To było wejście w sam środek politycznego sporu – w czasach, w których wpływowy amerykański polityk Jesse Helms nazywał gejów „słabymi i moralnie chorymi”, zaledwie kilka lat wcześniej wprowadził poprawkę zakazującą wydawania federalnych pieniędzy na jakiekolwiek materiały edukacyjne dotyczące AIDS, które „promowałyby lub zachęcały, bezpośrednio lub pośrednio, do zachowań homoseksualnych”.

„Streets of Philadelphia” to jednak utwór daleko wykraczający poza aspekt seksualności. Springsteen skupia się na samotności – opowiada o człowieku, którego wspólnota nie chce widzieć do tego stopnia, iż znika choćby dla samego siebie. Muzyk oddaje głos komuś, kto jest za słaby, żeby mówić.

Właśnie w tym tkwi siła utworu, za który Springsteen ostatecznie otrzymał Oskara. Po raz kolejny obnaża to, czym okazuje się Amerykański Sen – systemem zostawiającym ludzi na ulicach samych sobie. To dlatego „Streets of Philadelphia” tak dobrze wpisują się w biografię Springsteena. To tak naprawdę opowieść o kimś, kogo zawodzi władza – władza rozumiana znacznie szerzej niż jedna czy druga partia polityczna.

Najnowszy utwór „Streets of Minneapolis” jest oczywistym nawiązaniem do tego sprzed ponad trzydziestu lat. Tak jak wtedy Springsteen stawia pytania nie tylko politykom, ale także każdej obywatelce i każdemu obywatelowi: jak możemy pozwalać, by na ulicach ginęli ci, którzy razem z nami tworzą ten kraj? Muzyka staje się pretekstem do zadania bardzo ważnych pytań o odpowiedzialność wspólnoty.

Chcemy pytać

Kolejna dekada po „Streets of Philadelphia” oznaczała polityczne zaangażowanie Springsteena. Tym razem głęboko nie zgadzał się on z kierunkiem, który został wytyczony po 11 września 2001 roku przez Georga W. Busha.

W 2004 roku muzyk włączył się w kampanię Vote for change, podczas której zachęcał amerykańskie społeczeństwo do refleksji nad tym, co dzieje się w Stanach Zjednoczonych. Równocześnie tak widział rolę tego ruchu: „Nie chcemy po prostu krytykować Busha – chcemy go pytać”.

Sale!
  • Piotr Wierzbicki

Jak słuchać muzyki

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Nie była to zatem polityczna deklaracja, wygodne opowiedzenie się po jednej ze stron sporu. Muzyk w jasny sposób mówił o swoich wartościach związanych ze sprzeciwem wobec wojny i neoliberalnej polityce ekonomicznej, a także walką o prawa człowieka.

W dodatku w czasach, gdy amerykańskie społeczeństwo było szantażowane przez prawicę, a podważanie sensu ataku na Irak utożsamiano z brakiem patriotyzmu, sprzeciw wobec prezydenta wcale nie był tak oczywisty. Dość powiedzieć, iż George W. Bush ostatecznie wygrał przecież wybory i w 2004 roku ponownie został prezydentem.

Wspólnota, a nie partia

Czym zatem różni się Bruce Springsteen od polskich artystów i artystek wyśmiewanych za swoje deklaracje polityczne?

Być może innym rozumieniem tego, czym jest polityczność. W Polsce funkcjonuje wiele znanych osób, które polityczność sprowadzają do partyjności, opowiedzenia się po określonej stronie sporu. W przypadku Springsteena zaś punktu odniesienia nie stanowi partia, a określony system wartości.

Oczywiście, często – zwłaszcza w ostatnich latach – muzyk otacza się politykami, jednak ważne pozostaje tu pytanie o przyczynę i skutek. Czym innym jest zaangażowanie partyjne, skutek oceny moralnej, a czym innym – ocena moralna będąca skutkiem zaangażowania politycznego, co zdaje się polskim przekleństwem.

Reagan, Bush i Trump nie są dla Springsteena tylko nielubianymi politykami, ale przykładami władzy, która próbuje zawłaszczyć i zniszczyć wspólnotę, w której obronie staje muzyk.

Najważniejsze okazuje się nie to, po której stronie sporu stoi muzyk, ale fakt, iż spór ten odsyła do fundamentalnych kwestii związanych z byciem Amerykaninem: kto może się tak nazywać? Kto ma prawo do opowiadania o kraju, który powinien być wspólnotą wszystkich? Wreszcie: kto decyduje, czym jest patriotyzm? Jakie wartości są niepodważalne, a jakie mogą się zmieniać?

Wiele wskazuje na to, iż przez najbliższe dwa miesiące trasa „Land of Hope and Dreams” będzie wypełniona odniesieniami do obecnej administracji Stanów Zjednoczonych. Springsteen umieści się blisko polityki, być może najbliższej w całej swojej kariery. Jednak mówić będzie to, co zawsze. Od lat opowiada tę samą historię o Ameryce, która nie spełnia własnej obietnicy, i właśnie dlatego The Boss dziś brzmi tak przekonująco.

Idź do oryginalnego materiału