Zdjęcia starszych osób działają na użytkowników mediów społecznościowych zatrzymująco. Instagram staje się prywatnym muzeum pamięci, a Dzień Babci i Dzień Dziadka – jego coroczną wystawą czasową.
Nie obchodzę Dnia Babci i Dnia Dziadka, ponieważ swoich dziadków od dawna już nie mam. Jednak od pewnego czasu z ciekawością przyglądam się temu, jak osobliwym świętem stały się te dni. Mam wrażenie, iż przez wielu ludzi obchodzone bywają dziś z wyraźnym zaangażowaniem, a jednocześnie coraz trudniej powiedzieć, do kogo adekwatnie są adresowane.
Współcześnie coraz częściej Dzień Babci i Dzień Dziadka, jak i inne ważne święta, celebruje się w przestrzeni, w której sami dziadkowie (a przynajmniej dziadkowie dzisiejszych 30-, 40-latków) pozostają niemal nieobecni – w przestrzeni cyfrowej. Ten paradoks – święto relacji przeżywane bez realnej obecności jednego z jej uczestników – nie wydaje mi się przypadkowy. Odsłania raczej coś istotnego w naszym sposobie doświadczania więzi, czasu i przemijania.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Myślę, iż Dzień Babci i Dzień Dziadka obchodzone są dziś w formie cyfrowego rytuału, ponieważ pozwalają one symbolicznie, na poziomie nieświadomym, zmierzyć się z tym, co w relacjach międzypokoleniowych najtrudniejsze do wypowiedzenia i przeżycia w nas oraz na zewnątrz nas: z pytaniami o miejsce w ciągu pokoleń, z nieuchronnością końca, z potrzebą nadania sensu temu, co stopniowo znika z naszego doświadczenia.
To święto i sposób jego przeżywania mówi więc dziś mniej o samych dziadkach, a więcej o ludziach w ogóle – o ich potrzebie wspólnego przeżywania tego, co w codzienności pozostaje rozproszone i niewidzialne, zawieszone w nieświadomym.
Święto relacji w świecie nieobecności
Pokolenie, które dorastało w kulturze ironii, dystansu i memicznego poczucia humoru, coraz wyraźniej ujawnia potrzebę czułości. Jest to jednak czułość szczególna – taka, którą trzeba nazwać, opisać i pokazać publicznie; czułość, która często nie wydarza się spontanicznie w relacjach, za zamkniętymi drzwiami, w przestrzeni prywatnej, ale wymaga nazwania, osadzenia w jakimś kontekście i pokazania światu na zewnątrz. Łatwiej przenieść ją do internetu. Wrzucenie do sieci zdjęcia z babcią lub dziadkiem dla wielu osób staje się sposobem wyrażania siebie: mówią przez to światu, ale też samym sobie, kim są i jacy są, kto jest dla nich ważny, z czego w tych relacjach są dumni.
Mam wrażenie, iż nasze pokolenie w ogóle bardzo potrzebuje nazywać i pokazywać: uczucia, relacje, więzi, doświadczenia. Jakby to, co nieopisane i nieopublikowane, istniało tylko połowicznie, jakby pozbawione było namacalności i realności, jakby było ulotne i niepewne, wątpliwe. Podszyte nieśmiałym pytaniem, pobrzmiewającym w nas samych: „Czy na pewno to mam?”, „Czy na pewno taki właśnie jestem?”.
Coraz częściej użytkownicy wirtualnego świata mówią o miłości, wdzięczności czy tęsknocie nie w relacji do konkretnej osoby, ale wobec świadków, widzów zbiorowego przedstawienia
Marta Rużyłowicz-Szeremeta
Współczesna celebracja Dnia Babci i Dnia Dziadka przypomina mi zbiorowy dzień nazywania relacji i doświadczeń, które w życiu codziennym są tak oczywiste, aż niewidoczne. Tak łatwo przeoczyć to, co dostępne na wyciągnięcie ręki. To, co niezwykłe, budzące silne emocje, wygląda bardziej atrakcyjnie – i często nazywane jest szczęściem. W Teorii Poliwagalnej (nauce o autonomicznym układzie nerwowym) nazywamy takie doświadczenia przebłyskami radości, momentami euforii, flow, których jednak nie da się zatrzymać, ani generować tak, aby towarzyszyły nam nieustannie.
Czułość do opublikowania
Są osoby, które na co dzień rzadko wyznają swoim bliskim miłość. zwykle sporo mówi to o jakiegoś rodzaju trudzie relacyjnym przeżywanym przez danego człowieka. Internet oferuje przestrzeń, w której można ujawnić swoich uczuć więcej, zachowując bezpieczny dystans. Zminimalizować lęk przed bliskością doświadczaną bezpośrednio, w relacji Ja–Ty. Tyle tylko, iż o swoich uczuciach w świecie wirtualnym rzadko mówi się adresatom tych emocji – częściej mówi się o nich światu. To gest pośredni, zastępczy, podszyty wstydem, ale bardzo charakterystyczny dla czasów, w których żyjemy. To trochę tak, jakby człowiek XXI wieku wstydził się i bał konkretu, a jednocześnie bardzo za nim tęsknił.
Świat wirtualny umożliwia szczególny rodzaj regulacji emocjonalnej. Pozwala przeżywać uczucia „na zewnątrz” relacji, bez konieczności ich ujawniania w realnym kontakcie. To jedna ze strategii obronnych – chroniąca przed bólem, potencjalnym odrzuceniem, rozczarowaniem – która jednocześnie odsłania pewne braki, widoczne we współczesnych więziach. Wielu ludziom coraz trudniej jest być w bezpośrednim emocjonalnym dialogu, a jednocześnie coraz łatwiej jest tworzyć obraz siebie jako osób zdolnych do głębokich uczuć. Jakby ważniejsze od samego doświadczenia bliskości było potwierdzenie, iż potrafi się ją odczuwać – choćby jeżeli tylko w formie symbolicznej.
Być może problem nie polega dziś na braku uczuć, ale na braku języka, który pozwalałby je wyartykułować w bezpieczny sposób. W świecie realnym ujawnianie emocji wciąż bywa ryzykowne: ryzykuje się reakcję drugiej osoby, jej milczenie, poczucie niezręczności, nieadekwatną odpowiedź albo brak odpowiedzi w ogóle. Powiedzenie komuś „kocham” prosto w oczy otwiera między ludźmi przestrzeń niekontrolowaną – nigdy tak naprawdę do końca nie wiadomo, co w tej przestrzeni może się wydarzyć. Otworzyć się przed drugim człowiekiem to wejść w doświadczenie ryzyka.
Tymczasem świat wirtualny oferuje przestrzeń, która to ryzyko znacząco redukuje. W zaciszu własnego pokoju można dobrać odpowiednie słowa, obraz, moment publikacji swoich deklaracji. Można wycofać się w każdej chwili. Można mówić o uczuciach, nie będąc zmuszonym do ich przeżywania w pełnej intensywności relacyjnej.
- Zbigniew Nosowski
Szare, a piękne
Coraz częściej to właśnie dlatego mówi się o miłości, wdzięczności czy tęsknocie nie w relacji do konkretnej osoby, ale wobec świadków, widzów zbiorowego przedstawienia. Komunikuje się uczucia w przestrzeni, która nie wymaga odpowiedzi od konkretnego człowieka, ale jedynie reakcji zbiorowej – lajku, serduszka, komentarza. To bezpieczna forma ekspresji, bo nie burzy ona istniejącej dynamiki relacji, nie zmusza do zmiany tego, co być może w niej nie do końca działa (a przecież w każdej coś nie działa), nie domaga się dalszego ciągu, kontynuowania dialogu w przestrzeni realnej. Można wrócić do codzienności dokładnie takiej, jaka była, mając jednocześnie poczucie, iż „coś zostało powiedziane”.
Nie jest też przypadkiem, iż ta publiczna czułość bywa sprzeczna z tym, czego realnie doświadcza się w relacjach prywatnych. Obrazy relacji opublikowane w sieci często nie są spójne z tym, jak wyglądają one w codzienności; bywają ich projekcją – wersją, którą chciałoby się uznać za prawdziwą, wersją, za jaką skrycie się tęskni. Znam osoby, które w takie wersje swojego internetowego życia naprawdę wierzą. Często przyjęcie prawdy o tym, jak jest realnie, bywa zbyt trudne, bywa zagrażające. Tego typu posty stają się więc bardziej historią o nas samych: o tym, kim chcielibyśmy być jako córki, synowie, wnuczki i wnukowie. choćby jeżeli relacja na co dzień jest chłodna, zdystansowana albo pełna napięć, jej symboliczna reprezentacja pozwala chwilowo zawiesić tę ambiwalencję i zastąpić ją prostą, społecznie akceptowalną opowieścią o bliskości.
W psychoterapii często mówi się o potrzebie bycia widzianym i odzwierciedlanym – jednej z najważniejszych ludzkich potrzeb. Media społecznościowe odpowiadają na tę potrzebę, ale w sposób niemal narkotyczny: emocje i doświadczenia nabierają realności dopiero wtedy, gdy zostaną nazwane i zobaczone przez innych i gdy inni odpowiednio zareagują. Miłość do dziadków, wdzięczność czy nostalgia istnieją także poza postami, ale dopiero opublikowane zyskują potwierdzenie. Zyskują świadków. A świadek, choćby anonimowy, nadaje przeżyciu wagę i rangę. Zakorzenia w doświadczeniu, upewnia co do jego prawdziwości.
Prywatne muzeum pamięci
Jest w tym również coś z budowania prywatnego archiwum przeżyć. We współczesnym świecie, w którym człowiek nieustannie pędzi, produkuje nowe treści i kolejne wersje siebie, zdjęcia starszych osób działają na użytkowników mediów społecznościowych zatrzymująco. Jak zakładka w książce życia. Jak dowód na to, iż istniał czas przed nami i iż po nas również coś pozostanie. Instagram staje się prywatnym muzeum pamięci, a Dzień Babci i Dziadka – jego coroczną wystawą czasową. To próba ocalenia tego, co ulotne (a myślę, iż ulotność i niepewność są czymś, co dziś towarzyszy ludziom szczególnie), poprzez publiczne udostępnienie obrazu, choćby jeżeli ma się świadomość, iż archiwum to jest bardzo kruche. Człowiek XXI wieku szuka sposobów na zakorzenienie, nie chce już być nomadem – potrzebuje czegoś, co go dookreśli, osadzi w konkretnej opowieści i rzeczywistości, da mu ramy, wyraźne kontury.
Współczesne formy obchodzenia Dnia Babci i Dnia Dziadka ujawniają dzisiejsze sposoby radzenia sobie z pamięcią, stratą i lękiem. Są one niepełne i często niewystarczające, ale jednocześnie znaczące, ponieważ to właśnie w tej formie próbuje się oswoić to, co w relacji z przemijaniem bywa najtrudniejsze
Marta Rużyłowicz-Szeremeta
Jeśli przyjrzeć się temu uważniej, okazuje się, iż Dzień Babci i Dziadka jest także świętem granicznym. Babcie i dziadkowie są jedynymi osobami w życiu człowieka, które jednocześnie reprezentują początek i koniec. Są dowodem na to, iż skądś się pochodzi, ale też przypomnieniem, iż wszystko zmierza ku domknięciu i końcowi. Są żywą osią czasu – przeszłością, która jeszcze siedzi przy wspólnym stole, choć nieśmiało spogląda już w stronę wyjścia. Ich obecność bywa uspokajająca, relacja z nimi pozbawiona roszczeń – jakby sama świadomość ograniczonego czasu skłaniała do rezygnacji z walki o uwagę czy rację.
Relacje z rodzicami ciągle pozostają płynne i otwarte. Z nimi można się spierać, do nich można wracać i renegocjować swoje miejsce we wspólnej przestrzeni relacyjnej. Relacja z nimi jest dynamiczna, bywa pełna napięć i zmian. Relacja z dziadkami okazuje się inna – jest bardziej spokojnym trwaniem niż ruchem, bardziej obecnością niż zadaniem do zrealizowania w projekcie zwanym życiem. Być może właśnie dlatego tak łatwo ją idealizować, bo wielu ludziom daje poczucie spokoju i ukojenia, za którymi często się tęskni. Zwalnia z przymusu działania.
Może dlatego tak bardzo potrzebny jest człowiekowi osobny dzień dla dziadków, a choćby dwa dni – dni, w których można ujawnić przed sobą, mniej lub bardziej świadomie, własne uczucia. To jeden z nielicznych momentów w roku, w którym można wprost skonfrontować się z faktem, iż życie nie jest wyłącznie ruchem do przodu. Jest także procesem domykania się. A iż jako ludzie nie potrafimy konfrontować się z tym faktem w ciszy i samotności, szukamy świadków i dziś coraz częściej odnajdujemy ich w przestrzeni cyfrowej.
Publikujemy więc zdjęcia, bo potrzebujemy formy, obrazu, rytuału do oswojenia naszych lęków. Dawniej tym rytuałem było snucie opowieści podczas międzypokoleniowych spotkań, wspólne wspominanie tych, którzy odeszli lub którzy odchodzą. Dziś staje się nim opublikowanie posta – publicznego, estetycznego, oswojonego i bezpiecznego. Skontrolowanego, a przez to uspokajającego – bo samego faktu przemijania przecież nie da się skontrolować. I tak współczesny człowiek próbuje poradzić sobie z kruchością. Z faktem, iż ludzie dookoła niego starzeją się i odchodzą szybciej, niż gotowy jest przyjąć, a wraz z nimi zmienia się i przemija on sam.
Czy to wszystko jest nieautentyczne? Nie wydaje mi się. Emocje, których doświadczają ludzie obecni w świecie wirtualnym, pozostają prawdziwe, choćby jeżeli przeżywane są w formie zapośredniczonej, oswojonej i publicznej. Współczesne formy obchodzenia Dnia Babci i Dnia Dziadka ujawniają raczej dzisiejsze sposoby radzenia sobie z pamięcią, stratą i lękiem. Są one niepełne i często niewystarczające, bo pozbawione cielesnej obecności i żywego wspólnotowego rytuału, ale jednocześnie znaczące, ponieważ to właśnie w tej zapośredniczonej formie próbuje się dziś oswoić to, co w relacji z przemijaniem bywa najtrudniejsze.
Na moment zawiesza się logikę nieustannego działania i planowania, by zobaczyć własne życie jako część dłuższego porządku – wpisane w ciąg pokoleń, który obejmuje zarówno trwanie, jak i nieuchronne odchodzenie. Publikując te obrazy, próbuje się nadać sens temu, od czego uciec się nie da. Zostawić ślad, który potwierdzi, iż było się częścią czyjejś historii i iż ktoś był częścią naszej. Być może to za mało wobec faktu przemijania. Ale być może to dokładnie tyle, ile można dziś zrobić.

2 godzin temu
![Informacje Dnia 22.01.2026 [08.00]](https://img.youtube.com/vi/TQT1kVkNvlA/maxresdefault.jpg)














