Duchowość to nieprzerwane spektrum. Warto szukać i błądzić

5 godzin temu
Zdjęcie: Wędrówka


Żyjąc, nie uciekniemy przed wyborem. Tylko iż nie dotyczy on alternatywy wiara–niewiara. Dramat wolności rozgrywa się na jeszcze głębszym poziomie i dotyka pola możliwości: fizyka albo metafizyka. Bezduszność albo duch.

Kiedy mówimy o kimś, iż jest „bezduszny”, co mamy na myśli? Czy nie brak wnętrza – charakteru, osobowości, stylu, słowem, „tego czegoś”, wyróżnika? Ten, kto byłby pozbawiony ducha, żył poza nim, to w najwłaściwszym sensie tego słowa „nikt”. Bezduszność w istocie zdaje się nicością, pustką bez dna. Ten, kto byłby całkowicie bezduszny, przestałby istnieć.

Jeśli więc żyjąc, jesteśmy utkani z tego, co niematerialne, a jednak nie nierealne – bo duchowe – stanowi to znak, iż uczestniczymy w jakiejś zasadzie ogólnoludzkiego zjednoczenia. Na imię mu prawda.

Spór o istnienie ducha

Jak zdefiniować ducha? Jak dookreślić jego znaczenie? Jak go „złapać za nogi”, precyzyjnie uchwycić to, czym jest? Nie da się tego chyba zrobić, co nie oznacza bynajmniej, iż nie należy próbować małymi krokami zbliżać się do tego, co stanowi o jego najgłębszej istocie.

I to też czyni w książce „Gra w ducha” Łukasz Kołoczek. Jaką ma perspektywę? W jego optyce duch to wspólna wszystkim ludziom przestrzeń poszukiwania swojej własnej niepowtarzalności. I, co ważne, zawsze w konfrontacji i sporze, ze wszystkim i wszystkimi: z tradycjami filozoficznymi, religijnymi, literacko-artystycznymi; zwłaszcza z ich poszczególnymi, wybitnymi przedstawicielami.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Kołoczek toczy swój pojedynek o własną indywidualność, „rozprawiając” się z Józefem Tischnerem. Dlaczego właśnie z nim? Wybór Tischnera za tego, któremu należy się sprzeciwić, nie stanowi przypadku. To, po pierwsze, autor obiektywnie znaczący dla współczesnej duszy polskiej; i to zarówno liberalnej, jak i tej spod znaku stronnictw konserwatywnych. Po wtóre zaś, Tischner to filozof, który jest w pewnym sensie ojcem-nauczycielem Kołoczka. A, jak stwierdza w tomiku „Niepisane” Cezary Gawryś, „być ojcem to dać wolność synowi / być synem to zabić ojca”.

Kwestia ta ma rys uniwersalny. Co bowiem narodziło się z ducha, jest duchem (por. J 3,6). Sam fakt wystąpienia przeciwko, wy-kroczenia, skonfrontowania się, świadczy o tym, iż człowiekowi o coś chodzi, iż nie jest bezduszny. Chce wreszcie stać się sobą, stanąć na własnych nogach, usamodzielnić się. I z drugiej strony: mądry ojciec nie każe dojrzałemu dziecku iść w ślad za sobą, a przeciwnie, daje mu pełnię wolności. Kołoczek bierze tę wolność i tam, gdzie jego nauczyciel widzi nadzieję, on dostrzega bezdenną i (prawdopodobnie) niespełnialną tęsknotę.

Właśnie dlatego Tischner to ojciec najlepszej tradycji polskiej duchowości; pozwala na sprzeciw. Na próżno szukać w nim dogmatyka, nienaruszalnego autorytetu, kogoś, komu należy się „cześć i posłuszeństwo” z tego tylko faktu, iż jest starszy, „większy” i znaczący. Przeciwnie, żywiołem filozofa był dialog, a ten to – wbrew pozorom – nie ugrzecznione potakiwanie, niekontestowanie i gwarancja konsensusu, co znakomicie i oryginalnie wykazał Kołoczek.

Równocześnie, w sporze nie ma miejsca na nienawiść, odwet, zemstę czy próbę unieważnienia. Jesteśmy bowiem, jacy jesteśmy – wskazywał Tischner – poprzez zasadę wzajemności. Nie mógłbym być ja, gdyby nie ty i odwrotnie, co znaczy także: nie mógłbym być sobą, gdybym się tobie nie sprzeciwił…

Istotnie, duch rodzi się w bólach sporu. Sporu o prawdę.

Błądząc skutecznie

Duchowość to próba dosięgnięcia tego, co nieustannie nam się wymyka: nas samych. Kim naprawdę jestem? Co mam czynić? Skąd wychodzę i dokąd zmierzam? To te pytania są fundamentem ducha, a co za tym idzie, filozofii jako „wiedzy” o nim. Żadna nauka szczegółowa nam na te pytania nie odpowie. Psychologia (psyche – dusza), jako dyscyplina empiryczna, a przez to – w pewnym sensie – „materialistyczna”, także rozkłada tutaj swoje, skądinąd pojemne, ręce.

Dlaczego? Nie bezzasadnym będzie dostrzeżenie, iż tym, czego oczekujemy od świata nauki, jest jego efektywność. Na każde pytanie istnieje odpowiedź, każdy problem znajduje swoje rozwiązanie. Inaczej mamy do czynienia z pseudowyzwaniem. ale w filozofii nie ma miejsca na taki dyktat.

Jeśli chcemy poznać świat – to, co w nim istotne – musimy odnaleźć siebie, ale nie na drodze zysku, a pewnej zatraty

Wojciech Zalewski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Oczywiście, nie każdej. Neopozytywistycznie zorientowany filozof akademicki – filozof naukowiec „z prawdziwego zdarzenia” – szyderczo się zaśmieje. Nic to jednak dla tych, którzy – jak wspomniany Kołoczek – pamiętają o wskazaniach pierwszych Greków apelujących, przynajmniej in potentia, do każdego człowieka, aby ten troszczył się o duszę. Bo poprzez zwrot ku własnemu wnętrzu człowiek nie ucieka, nie znika i nie rozpuszcza się w anonimowej magmie sądów, ustaleń i stereotypowych „mądrości”.

Trzeba iść więc w poprzez „zdrowemu rozsądkowi”: jeżeli chcemy poznać świat – to, co w nim istotne – musimy odnaleźć siebie, ale nie drogą zysku, a pewnej zatraty (por. Łk 9,24). Głęboko mylą się wysokopłatni specjaliści od coachingu i pop-psychologii. Raz jeszcze: droga do siebie, do świata – do zadomowienia w nim – to droga permanentna, pełna zakrętów, wzniesień i niepewnych przystanków.

Na drogach ducha nie ma gwarancji, łatwych pocieszeń czy znieczuleń. A jednak tylko tą drogą warto podążać, bo tylko tak zbliżamy się do prawdy, jakakolwiek by ona nie była. Negatywna czy pozytywna, banalna czy wspaniała. Tylko w jej „ramach” możemy ujrzeć, choćby w krótkich przebłyskach, własne, nierzadko poranione oblicze.

Błądzenie skuteczne, o którym mówił Zbigniew Mikołejko, to błądzenie w imię prawdy – raz jeszcze to podkreślmy – prawdy jakakolwiek by się nie okazała.

Konieczność metafizyki

I tutaj pociechę niesie Karol Tarnowski, przekonując w ostatnio wydanej książce „Myśleć metafizycznie”, iż rozum człowieka w swoim dążeniu do ostatecznej prawdy zdradza swój duchowy rodowód. Stanowi to – rzecz jasna – przesłankę dla nadziei.

A jednocześnie uprawomocnia „rozpaczogenną” melancholię. W człowieku znajduje się przecież szereg nieredukowalnych problemów: wolność, miłość, świętość. Wszystkie spod znaku Dobra. Ale to tylko jedna strona medalu. Istnieje także dojmujące zło – nieludzkie zniewolenie, nienawiść czy apatyczna obojętność.

Nowość Nowość Promocja!
  • Krystyna Czerni

Cisza i zgiełk obrazów

59,92 74,90 Do koszyka

Sztuka metafizycznego myślenia to nie odwracanie wzroku od tego, co przeciwstawne upragnionemu Dobru. Na odwrót, to śmiałe „egzorcyzmowanie” zła we wszelkich jego przejawach. W jaki sposób? Ano właśnie tak, iż nie mówi się: „to nieprawda!”. Nie, nazywa się zło po imieniu, podając je każdorazowo rzetelnej analizie. I robi się to w taki sposób, by nie zgubić z pola widzenia wszystkich, którzy pod negatywnym naporem nie wytrzymują, kontestując możliwość „nadziejnego” rozstrzygnięcia.

Rzecz w tym, by mieć odwagę postawić sprawę na ostrzu noża. Nie uciekniemy przed wyborem. Tylko, iż on nie dotyczy alternatywy wiara–niewiara, jasność–ciemność czy choćby zło–dobro. Dramat wolności rozgrywa się na jeszcze głębszym poziomie i dotyczy pola możliwości: fizyka albo metafizyka. Przyziemność albo umiejętność wzlatywania ponad ziemię. Słowem, bezduszność albo duch.

Przeto zły wybór to indyferentyzm egzystencjalny, na każde metafizyczne pytanie wzruszający beznamiętnie ramionami. Cynizm, którego „filozofię” stanowi Piłatowa kontestacja wyrażona w pytaniu „cóż to jest prawda”? Tak, bezduszność to bezmyślność.

Możliwość niekończącej się melancholii

A jednak nie mało jest osób, dla których to, co duchowe, okazuje się, nieoptymistyczne. Człowieczeństwo niekoniecznie zakłada jakiś swój cel czy przeznaczenie. I tak, nie można tej możliwości oddalić od siebie raz na zawsze. Duchowość to nieprzerwane spektrum: możliwość tragedii czy możliwość spełnienia, melancholia czy nadzieja.

Być może prawda za którą kroczymy, rozczarowuje. Bo oto wolność polega nie mniej i nie więcej na niezatrzymanym tworzeniu ex nihilo, nieprzerwanej improwizacji, rozpaczliwym szukaniu punktów odniesienia. Czy w tak ujętym uniwersum możliwa jest trwałość czegokolwiek? W perspektywie przeżywania i doświadczania: czy możliwa będzie miłość, wierność, bezwzględne poleganie na kimś? Jak uchronić się przed degradacją niesioną przez czas?

Nawet jeżeli tak jest, jeżeli jesteśmy skazani na bezdenną tęsknotę, ciągłe rozpamiętywanie, to jednak, o tyle, o ile nie przystaniemy w biegu, i jak Camusowski Syzyf będziemy bez celu czynić swoje, to znaczy szukać dalej, wówczas nie stracimy ducha. Oto cudowny, choć niełatwy paradoks melancholii.

Bowiem, jak nie bez racji dostrzega Gabriel Marcel, nadzieja to materia, z której utkana jest dusza człowieka. Co to może oznaczać? Odpowiedź, którą należy tutaj uwzględnić, brzmi: nie ma takiej tęsknoty, takiej melancholii, za którą nie stałaby nadzieja. Ona – jak wyczytujemy już u Hezjoda – zawsze spoczywa na dnie wszelkich klęsk, nieszczęść, bezsensownych doświadczeń.

Promocja!

Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

Oczywiście, nie wynika stąd, iż się spełni, to nie takie proste. Ale każdy, kto myśli, chce szukać, nie zgodzić się na płytkie, przyziemne status quo, przyświadcza prawomocności nadziei. Bo oto okazuje się, iż jest o co walczyć. W imię czego warto wybierać konfrontację, choćby gdyby ostatecznie wszystko okazało się złudzeniem, wielką mistyfikacją.

Nieskrytość ducha

Termin „prawda” to w grece aletheia. Dosłownie: nieskrytość. jeżeli duch jest tym, co jakoś się ukrywa przed bezpośrednim ujęciem, co byłoby jego konkretnym, namacalnym przejawem?

W chrześcijaństwie znakiem rozpoznawczym jakości ducha będzie ciało. W rzeczy samej, chrześcijaństwo to antydualizm. Gdy więc chcemy mówić o duchu, to tylko jako „wewnętrznym” aspekcie „zewnętrznej” materii. Jakkolwiek niezręcznie to zabrzmi, nie ma ducha, nie ma materii, a raczej – jak mówił Teilhard de Chardin – duchomateria.

Ciało w takiej optyce to nie rzecz, przedmiot. Materia to nie dodatek. Zatem: świat to nie scena. choćby nie scena międzyludzkiego dramatu, o której mówił w swojej „Filozofii dramatu” Józef Tischner. Przeciwnie, w filozoficzno-chrześcijańskim obrazie rzeczywistości świat nie będzie „czymś” – przedmiotem czy zespołem przedmiotów, a raczej „kimś” – żywą tkanką, uniwersalnym domem wszystkich żyjących, indywidualnych, czujących istot. Miejscem lasów, mórz, pustyń, miast. Miejscem wcielenia.

Duchowość nie jest przeto domeną człowieka. Duchowość to adekwatność życia. To życie myśli w człowieku, snując swoją opowieść o nadziei zamieszkującej choćby najodleglejsze sfery ducha zanurzonego w melancholii, tragedii czy wręcz rozpaczy. Skąd o tym wiemy? Tarnowski powiedziałby: z pragnienia metafizycznego.

To za mało, powie niejeden. Dlaczego? Przecież to właśnie pragnienie stworzyło kulturę – muzykę, literaturę, filozofię, naukę. To pragnienie uczyniło prawomocnym pytanie o możliwość przeżycia śmierci. Nauka śni swój sen o nieśmiertelności, a adekwatnie o przedłużaniu biologicznych funkcji życiowych. Ale świat nauki dobrze wie, iż to, co żywe, ma swój kres. Biologia, fizyka nie wystarczą.

Czego więc wszyscy potrzebujemy? Jak wody, jak powietrza? Królowej nauk – filozofii, która wie, iż cel może być możliwy (powtórzenie zamierzone), ale inną drogą. Nie drogą gnozy, techne – empirycznie weryfikowalnej pewności, a przeciwnie, drogą krytycznego, bo pokornego zaufania w fundamentalną dobroć życia, nigdy niezdradzającego tych, którzy łakną i pragną prawdy. Którzy z ducha-ciała się narodzili i wobec tego myślą – chcą myśleć – iż jak mawiała Juliana z Norwich, ostatecznie wszystko będzie dobrze.

Idź do oryginalnego materiału