Może, będąc człowiekiem, trzeba czasem pozwolić sobie złamać serce? Dopuścić do siebie kogoś z całym ryzykiem zranienia?
Szósty odcinek cyklu Agnieszki Budnik i Damiana Jankowskiego „Kultura straty, kultura (nie)zgody”. Wcześniejsze przeczytacie tutaj.
Długo nie przyznawałem się przed sobą do tej relacji. Udawałem, iż jej nie ma. Aż pewnego razu wracałem ze ślubu krewnych. Musiałem mieć dwadzieścia parę lat. Przez kilka dni przebywałem w gronie licznej rodziny, zaś na pytania zaciekawionych ciotek o moje „życie uczuciowe” odpowiadałem sprytnym: jestem co prawda sam, ale nie jestem samotny!
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
A jednak, kiedy po weselu wszedłem do swojego pustego mieszkania, odłożyłem walizkę i usiadłem na kanapie, ni stąd, ni zowąd do oczu napłynęły mi łzy. Przecież to nieprawda – wyrwało mi się szeptem. Mam, owszem, wokół siebie znajomych i bliskich, zawsze miałem, ale nie przychodzi mi na myśl nikt, kto wybrałby mój numer, by jako pierwszemu pochwalić się ważnym wydarzeniem w swoim życiu. Często mówię komuś, co u mnie, ale nigdy przed snem nie opowiadam komukolwiek mojego dnia, ani nie słucham, jak minął jego dzień. Chyba już zapomniałem, jak to jest czuć, iż ukochana osoba trzyma cię za rękę lub delikatnie głaszcze po głowie. Przez pierwsze godziny po przebudzeniu zwykle nie mam kontaktu z żywymi ludźmi.
Tamtej nocy uznałem swoją samotność. Zbyt cichą, by ktoś inny mógł ją usłyszeć. Stojącą na palcach w kącie pokoju. Moją własną. Niekiedy się z tego samotniczego trybu życia cieszę, bo nie znoszę tłumów i zgiełku. A niekiedy smucę – bo jestem człowiekiem.
Kto wysłucha niepotrzebnych?
Pamiętam, jak po raz pierwszy przeczytałem najpiękniejszą bodaj powieść o samotności – „Serce to samotny myśliwy” (1940). Zachwycił mnie jej klimat i warsztatowa sprawność autorki, Carson McCullers, która w momencie pracy nad książką miała zaledwie dwadzieścia trzy lata.
Podobało mi się, z jaką empatią amerykańska pisarka podchodzi do swoich bohaterów. Ale też jak bezlitośnie portretuje świat „pełen podłości i zła”, w którym „rozgoryczenie to najcenniejszy wykwit nędzy”. W trzydziestotysięcznym miasteczku na upalnym Południu rządzi segregacja rasowa. Czarny chłopak po bójce trafia do więzienia o zaostrzonym rygorze, gdzie traci obie nogi, a jego ojciec, lekarz, zostaje brutalnie pobity przez policjantów, gdy idzie do sądu, by upomnieć się o los swojego dziecka.
Ile razy trzeba zaczynać od nowa? A co, jeżeli czujemy się wyczerpani, jeżeli mamy już dość? jeżeli nasza pojemność na „zmiany” i „nowe wyzwania” jest zwyczajnie ograniczona?
Damian Jankowski
Dopiero z czasem zacząłem dostrzegać, jak głęboko sięga smutek McCullers – iż przekracza on uwarunkowania rasowe czy status materialny. Jeden z protagonistów tej opowieści powtarza, iż „najbardziej zgubna rzecz dla człowieka to działać samemu”, tymczasem wszyscy bohaterowie książki są na to skazani. Żyjąca w świecie muzycznych marzeń nastolatka. Właściciel baru, któremu nagle umiera żona. Lokalny włóczęga i pijak, ględzący o sprawiedliwości społecznej. A także wspomniany już czarny doktor, który „czuł zawsze, iż ma do spełnienia wielkie, ważne zadanie. Przez czterdzieści lat żył swoją misją i misja ta była jego życiem. A jednak nie dokonał niczego, wszystko jeszcze pozostawało do zrobienia”.
Uznają oni samych siebie za niepotrzebnych, przegranych, nierozumianych przez otoczenie. Biegną, choć nie wiedzą dokąd. Chcą od życia czegoś więcej, choć nie dostrzegają już celu, który sobie wyznaczyli. Uspokajają się jedynie w towarzystwie głuchoniemego Johna Singera, człowieka pełnego taktu i delikatności, który czyta z ruchu warg. Wizyty u niego „łagodzą ich poczucie osamotnienia”. John nigdy się nie spieszy, jest idealnym słuchaczem ludzkich losów i skarg, powiernikiem tajemnic, spowiednikiem (nieprzypadkowo odwiedzają jego hotelowy pokój zawsze pojedynczo). Ale on sam po cichu staje się najbardziej samotną osobą ze wszystkich. „Obcym w obcym kraju”. I nikt tego nie widzi.
Tylko w snach
McCullers – przez całe życie zmagająca się z wątłym zdrowiem i społecznym niedopasowaniem – w debiutanckiej powieści dyskretnie opowiada o stracie, o bezradności i o wewnętrznej pustce, której nie da się niczym wypełnić.
Najbardziej przejmująca scena rozgrywa się na pierwszej stronie książki. Oto John Singer i jego przyjaciel, Grek Spiros Antonapoulos, idąc do pracy, zatrzymują się na skrzyżowaniu ulicy. John kładzie rękę na ramieniu towarzysza i przez chwilę wpatruje się w jego twarz, jakby chciał ją zapamiętać na zapas. niedługo skręci w swoją ścieżkę, by dotrzeć do sklepu jubilerskiego, w którym pracuje. niedługo Spiros zachoruje psychicznie i trafi do odległego ośrodka. Teraz jeszcze są razem, a John patrzy przyjacielowi w oczy.
Ich relacja jest dla otoczenia niezrozumiała. Nie chodzi choćby o jej aspekt nieheteronormatywny, a o to, iż ci dwaj zdają się do siebie zupełnie nie pasować. John to chodząca życzliwość, zaś Spirosa cechuje niechlujstwo i brak jakiejkolwiek ogłady. Mimo wszystko, kiedy Grek znika, Singer spacerując samotnie po mieście, myśli o latach, które spędzili razem. Rozmawia z przyjacielem we wspomnieniach, idealizuje go, pisze do niego długie listy, choć ich nie wysyła (tamten i tak nie potrafi czytać), przed zaśnięciem widzi twarz Spirosa. W snach zawsze są razem. Tylko w snach.
- Wojciech Marczewski
- Damian Jankowski
Świat przyspiesza, ja zwalniam
Czytam „Serce to samotny myśliwy” i paradoksalnie pociesza mnie ten brak pocieszenia, swoisty realizm. Nie ma, zdaje się mówić McCullers, takiej relacji w życiu, której nie utracimy. Przyjdzie nam pożegnać rodziców, partnerów, a może choćby własne dzieci. Będziemy zaklinali los, Boga, przeznaczenie, ale tryby wszechświata pozostaną, nomen omen, głuche na nasze wołania.
Nie mamy dziewięciu żyć. Są takie utraty, które nie czynią nas lepszymi ani mądrzejszymi, rany, których wcale nie goi czas. Złamanego serca nie da się posklejać czy wymienić na zdrowszy model. Wystarczy, iż raz zostaniemy zdradzeni lub odtrąceni, a uczucie to zamieszka w nas adekwatnie na stałe. Spokój ducha już nie powróci. Owszem, życie nas wciągnie, być może choćby raz jeszcze komuś zaufamy, ale to, czego doświadczyliśmy, nie zniknie, zostanie wytatuowane pod powierzchnią skóry.
Zauważymy w sobie z czasem jakiś obszar szczególnie kruchy, pozbawiony dawnej odporności. Rano spojrzymy w lustro i stwierdzimy, iż coś się zmieniło. Zniknął gdzieś błysk w oku, uśmiech zaś wymaga sporego wysiłku. Ludzie będą nam powtarzać: „weź się w garść”, a my nie znajdziemy w sobie tej garści; będą się dziwili, czemu nie chcemy „otworzyć się na coś nowego”, a my poprosimy jedynie, by dano nam spokój. Wrócimy do rzeczywistości, ale jacyś inni, pokiereszowani, nieprzypominający bohaterów.
To jedno z najważniejszych pytań McCullers: ile razy trzeba zaczynać od nowa? A co, jeżeli czujemy się wyczerpani, jeżeli mamy już dość? jeżeli nasza pojemność na „zmiany” i „nowe wyzwania” jest zwyczajnie ograniczona?
Jedyne, co można chyba w tej sytuacji zrobić, to nie domykać drzwi. Uznać, iż życie aż do samego końca nie stanowi zamkniętej całości, iż póki oddychamy, nic nie jest definitywnie rozstrzygnięte. Tyle iż czasem naprawdę trudno znaleźć w sobie tę wiarę.
Podobna barwa duszy
Często w ostatnich latach powtarzałem w myślach tytuł debiutanckiej powieści Carson McCullers. Kiedy musiałem zmierzyć się z fiaskiem życiowych planów. Gdy widziałem w spojrzeniu bliskiej osoby, iż mnie nie rozumie. Przypominałem sobie wówczas, iż serce to rzeczywiście samotny myśliwy.
Są takie utraty, które nie czynią nas lepszymi ani mądrzejszymi, rany, których wcale nie goi czas
Damian Jankowski
Pytanie, czy można choćby na chwilę przełamać samotność myśliwego. Czasem wystarczy zacząć kogoś słuchać, okazać mu zainteresowanie, by się przed nami otworzył, ściągnął maskę cynika lub ironisty, opowiedział o tym, co go naprawdę boli, o czym marzy, za czym tęskni. Ktoś z dumą wymienia sportowe talenty swojego syna. Ktoś inny przyznaje, iż przestał już szukać trwałej relacji. Jeszcze z kimś innym rozmawiamy o niespełnionej miłości jego życia. Lubię te momenty, cenię sobie to, iż mogę być słuchaczem.
Złamanych, samotnych serc jest znacznie więcej, niż się wydaje. Romantyczna kultura je zwykle wyśmiewa – tylko „głupcy dają sobie złamać serce”, prawda? A może jest odwrotnie? Może to nie głupcy, a osoby, które nie bały się otworzyć ramion, uznać, iż dobro drugiej osoby jest ważniejsze niż moje własne? Może, będąc człowiekiem, trzeba czasem pozwolić sobie złamać serce? Dopuścić do siebie kogoś z całym ryzykiem zranienia? Gdy na kartach książki jeden z bohaterów przyznaje, iż nie ma w sercu nikogo, wiemy, iż byłoby lepiej, gdyby miał w nim wszystkich, których spotkał.
Ale powieść McCullers pokazuje coś jeszcze. Także powiernik, by wytrzymywać cudze emocje i opowieści, powinien znaleźć osoby o „podobnej barwie duszy”. Kogoś, kto zrozumie. Komu będzie mógł powiedzieć wszystko. Kto zapamięta jego imię. I pomoże poczuć się jak w domu.
To możliwe? „Nie mam domu, więc dlaczego miałbym za nim tęsknić?” – powie zrezygnowany doktor. Ale żyjąc, nie da się nie tęsknić. W dodatku dom posiada specyficzną cechę: najczęściej tworzymy go nie tyle dla siebie, a bardziej dla innych.
Stworzyć dom, niosąc w sobie własną odrębność. Zapamiętywać twarze, nie licząc strat ani nie pytając o sens. Może John Singer miał rację i twarz drugiej osoby przełamuje samotność? Może to ona jest sensem?

2 godzin temu
















