WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH – GDY ŚWIAT TRACI POKÓJ, BÓG PRZYPOMINA NAM O NIEBIE

1 godzina temu

W obliczu podziałów społecznych i niepokojów uroczystość Wszystkich Świętych przypomina o chrześcijańskiej nadziei. Ks. Piotr Wiśniowski w poruszającym kazaniu zachęca do budowania pokoju, przebaczenia i głębokiej modlitwy za zmarłych, która wykracza poza tradycyjne zapalenie znicza.

Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: EWTN Polska
Photo credit: EWTNPolska przy pomocy AI
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
– Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

Drodzy Bracia i Siostry! Są takie dni, kiedy człowiekowi naprawdę trudno zachować spokój serca. Włączamy wiadomości i słyszymy o wojnach, cierpieniu niewinnych ludzi, o przemocy, nienawiści i ludzkich dramatach. Patrzymy na naszą ukochaną Ojczyznę i również odczuwamy niepokój. Widzimy coraz głębsze podziały, narastającą nieufność, konflikty wokół najważniejszych instytucji państwa. Ostatnie wydarzenia związane z Trybunałem Konstytucyjnym pokazują, jak bardzo potrzebujemy dzisiaj mądrości, odpowiedzialności i szacunku dla prawa oraz ludzkiej godności. Jak bardzo potrzebujemy zwyczajnej uczciwości! I chyba najbardziej boli to, iż przecież wszyscy jesteśmy Polakami. Mamy jedną Ojczyznę, jedną historię, tyle wspólnie przeżytych cierpień. A jednak coraz trudniej nam ze sobą rozmawiać. Coraz łatwiej osądzać, obrażać, dzielić ludzi na swoich i obcych. Czasem człowiek pyta z bólem: dokąd my adekwatnie zmierzamy? Co jeszcze musi się wydarzyć, żebyśmy zrozumieli, iż nienawiścią nie zbudujemy niczego dobrego? I właśnie dzisiaj, pośród tego niepokoju, Kościół zaprasza nas do przeżywania jednej z najpiękniejszych uroczystości całego roku. Uroczystości Wszystkich Świętych. Jakby sam Pan Bóg chciał nam powiedzieć: Nie patrzcie tylko na to, co dzieje się na ziemi. Podnieście głowy! Nie pozwólcie, żeby lęk odebrał wam nadzieję. Nie zapominajcie, dokąd naprawdę zmierzacie!

Dzisiejsza liturgia prowadzi nas przed sam tron Boga. Święty Jan w Apokalipsie widzi niezliczoną rzeszę zbawionych, pochodzących ze wszystkich narodów, pokoleń i języków. Ludzi, którzy przeszli przez wielki ucisk, przez cierpienie i doświadczenia, a teraz stoją przed Bogiem. Zauważmy: oni nie przyszli do nieba dlatego, iż żyli w świecie bez problemów. Nie dlatego, iż ominęły ich wojny, choroby, niesprawiedliwość czy ludzkie rozczarowania. Przyszli tam dlatego, iż pośród tych wszystkich doświadczeń nie wypuścili z rąk Boga. Zaufali Chrystusowi i Jego miłosierdziu. To jest niezwykle ważna prawda również dla nas. Świętość nie polega na życiu bez trudności. Świętość polega na wierności Bogu pomimo trudności. Święci nie byli ludźmi, którzy nigdy nie płakali. Byli ludźmi, którzy choćby przez łzy potrafili zobaczyć Boga. Nie byli wolni od lęku, ale nie pozwolili, żeby lęk kierował ich życiem. Nie zawsze rozumieli wydarzenia, których byli świadkami, ale wierzyli, iż ostatnie słowo należy nie do zła, nie do przemocy, nie do śmierci, ale do Jezusa Chrystusa. Bo chrześcijańska nadzieja nie oznacza przekonania, iż wszystko będzie łatwe. Oznacza pewność, iż choćby wtedy, gdy jest bardzo trudno, Bóg nas nie opuszcza.

W Ewangelii Jezus wypowiada dzisiaj słowa, które w oczach współczesnego świata mogą wydawać się niemal niezrozumiałe. Błogosławieni ubodzy w duchu, cisi, miłosierni, czystego serca, wprowadzający pokój, prześladowani dla sprawiedliwości. Zauważmy, iż Chrystus nie mówi: błogosławieni ci, którzy mają władzę, którzy najgłośniej krzyczą, którzy potrafią pokonać przeciwnika albo narzucić innym swoją wolę. On mówi: błogosławieni, którzy wprowadzają pokój! I jakże mocno te słowa brzmią dzisiaj w Polsce! Bo nasza Ojczyzna potrzebuje pokoju. Ale nie pokoju budowanego na kłamstwie, przemilczaniu niesprawiedliwości czy rezygnacji z prawdy. Potrzebuje pokoju opartego na prawdzie, sprawiedliwości, odpowiedzialności i wzajemnym szacunku. Nie wolno nam być obojętnymi wobec zła. Nie wolno milczeć, kiedy deptana jest godność człowieka. Ale nie wolno nam również pozwolić, żeby walka o słuszną sprawę zamieniła nasze serca w miejsca pełne nienawiści. Chrześcijanin może stanowczo sprzeciwiać się niesprawiedliwości, a jednocześnie nie przestawać kochać człowieka. Może bronić prawdy, nie poniżając innych. Może kochać Ojczyznę, nie nienawidząc tych, którzy myślą inaczej. Bo przecież nie można budować lepszej Polski, niszcząc po drodze własne sumienie. I to jest dzisiaj jedno z najważniejszych zadań dla nas, ludzi wierzących: nie pozwolić, żeby zło, które widzimy wokół siebie, zwyciężyło dobro, które Bóg zasiał w naszych sercach.

Drodzy moi! Dzisiaj miliony Polaków wyruszą na cmentarze. Pojedziemy często setki kilometrów, żeby stanąć przy grobach rodziców, dziadków, małżonków, rodzeństwa, przyjaciół. Będziemy zapalać znicze, układać kwiaty, porządkować mogiły. To jest naprawdę piękna polska tradycja. Jest w niej coś wzruszającego, coś, co mówi o naszej pamięci, wdzięczności i miłości. Ale spróbujmy dzisiaj, stojąc przy grobie bliskiego człowieka, zatrzymać się na chwilę głębiej. Bo przecież nie przychodzimy tam tylko po to, żeby zapalić świeczkę. Przychodzimy, ponieważ kochamy. Ponieważ tęsknimy. Ponieważ ciągle brakuje nam czyjegoś głosu, uśmiechu, spojrzenia, obecności. Ileż razy chcielibyśmy jeszcze powiedzieć mamie: dziękuję. Jeszcze raz uścisnąć ojca. Jeszcze raz usłyszeć głos kogoś, kogo tak bardzo kochaliśmy. Ileż jest rozmów, których już na ziemi nie odbędziemy. Ile słów pozostało niewypowiedzianych. Ile razy wracamy myślami do ostatniego spotkania, nie wiedząc wtedy, iż było ostatnie. I właśnie w takiej chwili wiara przychodzi nam z pomocą. Nie po to, żeby zabronić nam płakać. Jezus przecież również płakał przy grobie Łazarza. Wiara nie usuwa tęsknoty, ale nadaje jej kierunek. Mówi nam, iż grób nie jest ostatecznym miejscem spotkania z człowiekiem, którego kochaliśmy. Że śmierć nie ma ostatniego słowa. Że w Chrystusie zmartwychwstałym istnieje nadzieja ponownego spotkania. Dlatego cmentarz dla człowieka wierzącego nie jest wyłącznie miejscem pożegnania. Jest również miejscem oczekiwania na zmartwychwstanie.

Pamiętajmy jednak o czymś bardzo ważnym. Dzisiaj obchodzimy uroczystość Wszystkich Świętych, a jutro będziemy wspominać wszystkich wiernych zmarłych. Nie każdy, kto spoczywa na naszych cmentarzach, został ogłoszony świętym, ale każdy potrzebuje naszej miłości i modlitwy, a my z ufnością powierzamy zmarłych Bożemu miłosierdziu. Najpiękniejszy znicz nie zastąpi modlitwy. Najdroższe kwiaty nie zastąpią Eucharystii ofiarowanej za zmarłego. Dlatego zanim ocenimy, czy ktoś pięknie przystroił grób, zapytajmy siebie, czy naprawdę pomodliliśmy się za tych, którzy tam spoczywają. Czy pamiętamy o nich podczas Mszy Świętej? Czy korzystamy z możliwości uzyskania odpustu za zmarłych? A może jeszcze ważniejsze jest inne pytanie: czy potrafimy zadbać o tych, którzy wciąż żyją obok nas? Bo cóż z tego, iż kiedyś postawimy komuś wspaniały pomnik, jeżeli dzisiaj nie mamy dla niego czasu? Cóż z pięknych kwiatów po śmierci, jeżeli za życia zabrakło przebaczenia, serdeczności, zwyczajnego dobrego słowa? Nie odkładajmy miłości na cmentarz! Zadzwońmy do rodziców, odwiedźmy samotnego człowieka, pojednajmy się z kimś, z kim nie rozmawiamy od lat. Nie czekajmy, aż będzie za późno. Bo świętość najczęściej zaczyna się nie od wielkich czynów, ale od małych gestów miłości.

I jeszcze jedno. Kiedy dzisiaj będziemy spacerować cmentarnymi alejkami, spójrzmy na nazwiska zapisane na nagrobkach. Ilu ludzi miało kiedyś swoje plany, marzenia, troski i ambicje. Ilu walczyło o stanowiska, majątek, uznanie, o to, żeby postawić na swoim. Dzisiaj wszyscy spoczywają obok siebie. Nie ma już znaczenia, kto należał do jakiej partii, kto miał więcej pieniędzy, kto wygrał ostatni spór. Pozostało to, co rzeczywiście miało wartość przed Bogiem. Miłość, dobro, wierność, miłosierdzie. Niech to będzie dla nas mocna lekcja pokory. Nie po to, abyśmy przestali troszczyć się o Polskę i świat, ale żebyśmy nauczyli się adekwatnych proporcji. Nasze życie jest krótkie. Zbyt krótkie, żeby zmarnować je na nieustanną nienawiść. Zbyt cenne, żeby przeżyć je bez Boga. Zbyt piękne, żeby nie pozostawić po sobie dobra. Nie znamy dnia ani godziny naszego odejścia, ale wiemy, iż dzisiaj możemy jeszcze coś zmienić. Możemy przebaczyć, możemy naprawić wyrządzoną krzywdę, możemy rozpocząć życie bardziej uczciwe, bardziej święte, bardziej Boże.

Bracia i Siostry! Chciałbym, żebyśmy wyszli dzisiaj z tej Eucharystii nie ze smutkiem, ale z odnowioną nadzieją. Nie dlatego, iż świat nagle stał się spokojniejszy. Nie dlatego, iż zniknęły wszystkie problemy naszej Ojczyzny. Ale dlatego, iż przypomnieliśmy sobie, do Kogo należymy i dokąd zmierzamy. Święty Jan przypomina nam dzisiaj, iż jesteśmy dziećmi Boga. A skoro jesteśmy Jego dziećmi, to nasza historia nie kończy się na ziemi. Niebo nie jest piękną bajką opowiadaną ludziom, żeby łatwiej znosili cierpienie. Niebo jest obietnicą Chrystusa, który naprawdę umarł i zmartwychwstał. Dlatego nie pozwólmy sobie odebrać nadziei! Nie pozwólmy, aby lęk o przyszłość Polski odebrał nam zdolność kochania Polski. Nie pozwólmy, żeby wiadomości o wojnach odebrały nam wiarę w sens modlitwy o pokój. Nie pozwólmy, żeby osobiste cierpienia przekonały nas, iż Bóg o nas zapomniał. I kiedy dzisiaj wieczorem zapalimy znicz na grobie kogoś bliskiego, popatrzmy przez chwilę na jego maleńki płomień. Wokół może panować ciemność, może być zimno, może wiać wiatr, a jednak to małe światło wciąż płonie. Niech przypomina nam o nadziei, którą daje zmartwychwstały Chrystus. I niech każdy z nas wróci dzisiaj do domu z jednym mocnym postanowieniem: chcę żyć tak, aby kiedyś spotkać Boga i tych, których kocham. Bo przyjdzie taki dzień, kiedy nie będzie już wojen, politycznych sporów, łez ani rozstań. Kiedy wszystko, co dzisiaj wydaje się tak wielkie, straci swoje znaczenie wobec wieczności. Pozostanie Bóg i miłość, która w Nim nigdy nie umiera. A wtedy zrozumiemy, iż naprawdę warto było wierzyć, przebaczać, kochać i pozostać wiernym do końca. Niebo jest naszym domem. Świętość jest naszą drogą. A Jezus Chrystus jest naszą nadzieją, której choćby śmierć nie potrafi odebrać.

Amen.

Idź do oryginalnego materiału