Wielki Post czy wielkie iluzje? List do Brata Brokarda

6 godzin temu

Patrząc wstecz na duchowe meandry Wielkiego Postu, widzę pewną prawidłowość. Im więcej zasług, tym mniej paschalnej radości.

Reguła Karmelu nadana przez Kościół została zaadresowana do niejakiego brata B. Tradycja karmelitańska z czasem nadała mu imię Brokard. Dla karmelitów jest on świadkiem oraz prorockim znakiem bycia przy samym źródle swojego charyzmatu i powołania. „Listy do Brata Brokarda” pisane przez autora stanowią jego osobistą wędrówkę do tego źródła.

Tekst ukazał się na Facebooku. Tytuł i śródtytuły od redakcji Więź.pl.

Drogi Bracie Brokardzie,

trwa kolejny Wielki Post. I chyba trzeba szczerze i bez ogródek powiedzieć, iż to kolejny czas wielkiego przygotowania, który prawdopodobnie nie zmieni nic. Paruzji nie przyspieszy, Paschy nie cofnie. Wszystko – czyli dzieło Odkupienia – już się wydarzyło, wszak Przymierze Jego jest wieczne. To zaś, co ma nastąpić, i tak nie zależy od nas. Przecież o dniu naszej śmierci oraz dniu ostatnim wie tylko Ojciec.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Świat prawdopodobnie w swoim biegu nie zazna żadnego zatrzymania, a ten chwilowy zryw nadmiaru duchowej energii ostatecznie uleci niczym dym kadzidła. Będzie to swoista zasłona dymna, która ma się stać kolejną fantazją na własny temat. Iluzja, iluzja, iluzja. Im bardziej pobożna, tym przyjemniejsza dla duchowego podniebienia.

Powiem Ci, mój drogi Brokardzie, iż tworzenie wysublimowanych postanowień, które sprawią, iż poczuję się w swojej religijności bardziej zasługujący na łaskawe spojrzenie bóstwa już dawno przestały mnie interesować. Nuda! Tak bardzo jestem znudzony sobą i swoimi duchowymi fikołkami. Wobec tego uczciwie powiem, iż nie mam żadnych aspiracji ani pomysłów na ten Wielki Post.

Będę tym, kim naprawdę jestem

Nazwiesz mnie, być może, bezbożnikiem i poganinem?! W żadnym wypadku nie przeciwstawię się temu stwierdzeniu. Powiem więcej – chciałbym sprawić, abyś tak o mnie właśnie myślał przez cały ten okres. Wiesz… w piątki będę publicznie jadł mięsko, na Gorzkie Żale uczęszczać nie zamierzam, choćby nie wiem, czy Drogę Krzyżową nabożnie odprawię w tym roku. Będę chodził wcześniej spać i zamiast czytać „O naśladowaniu Chrystusa” sięgnę dla relaksu po Harry’ego Pottera, Muminki, czy kryminał Remigiusza Mroza. Znajdę sobie jakiś dobry serial na Netfliksie i będę wiele rozmawiał z ludźmi. Wybiorę się do teatru, na basen, a może choćby dam się skusić na jakąś potańcówkę.

Zatroszczę się o odpowiednią ilość słodkich przekąsek i będę sączył wieczorami wino. W pierwszej części tego czasu (w rytm wezwań do nawrócenia), będzie ono białe, delikatnie schłodzone, na pamiątkę własnego chrztu. Natomiast w drugiej części wielkopostnego „zmagania” (ku czci Boskiej Męki) sięgnę po wino czerwone, wytrawne, armeńskie bądź kalifornijskie, dla uczczenia Jego, a nie mojego zwycięstwa. Nie będę pościł, albowiem Pan Młody jest ze mną.

Maski nabożne pozostawię w tym roku w szafie. Wyjdę nagi, ukazując moją prawdziwą naturę. Sukcesu na koniec nie ogłoszę. A już teraz mogę obwieścić przed całym światem swoją wielkopostną porażkę. Tak, oto staję przede Tobą jako żarłok i pijak, przyjaciel ucztujących i dobrze bawiących się. Najmniej pobożny mnich w klasztorze i chrześcijanin, którego można określić apokaliptycznym tytułem: letni. Będę tym, kim naprawdę jestem… człowiekiem karnawału, kiepskim mnichem i chrześcijańskim wagabundą!

A gdy świat będzie zasypiać, w ukryciu, pod osłoną nocy i w izdebce własnego serca, pozostanie mi nieprzerwanie oraz z pewnym zażenowaniem własną osobą szeptać: Jezusie, Synu Boży, ulituj się nade mną grzesznikiem. Ulituj się! Ulituj się… Kyrie Iesu Christe, elejson me! Elejson me

Udręka własnej słabości

Żyję już dostatecznie długo, mój Bracie, aby spojrzeć wstecz na te kilkanaście świadomie przeżytych wielkopostnych okresów w moim życiu i uczciwie stwierdzić, iż wyłaniają się z nich dwie wyraźne tendencje.

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Pierwsza to te wszystkie 40-dniowe zmagania, w których w jakiś sposób – mniej lub bardziej – mogłem być zadowolony z podjęcia się wielkopostnych postanowień. Lektura, modlitwa, post, praca nad sobą, dobre uczynki, jałmużna i pokutne przedsięwzięcia. Na samym zaś końcu wieszałem sobie na szyi medal z określonego kruszcu i wracałem do codziennej rutyny. Napompowane ego obniżało ciśnienie, a z czasem pojawiał się duchowy efekt jojo. W tej iluzji, rzecz jasna, byłem wielce zadowolony. W końcu, co udowodniłem sobie i Panu Bogu, i co światu zaprezentowałem, to dla mojego ego było wykwintnym pokarmem. Dziwnym jednak zbiegiem duchowych koincydencji, Okres Wielkanocny był jedynie kolejną wiosną w życiu i niczym innym. Zrobiło się ciepło, pachnąco i tyle.

Druga tendencja to Wielki Post, który nie wychodził mi absolutnie w niczym. Żadnych postanowień, żadnych zmagań, żadnych duchowych sukcesów, a tym bardziej żadnej duchowej przemiany. Dno, nędza i ego, które jęczy w udręce własnej słabości. Jednocześnie, po każdym takim „zmarnowanym” Wielkim Poście przychodził najbardziej świadomie przeżywany Okres Wielkanocny; świadomie – to znaczy osadzony na pokornej wdzięczności oraz radosnym uwielbieniu za dzieło, które Pan dokonał bez żadnych moich zasług. Wdzięczność za paschalne wyzwolenie. euforia za łaskę, na którą w niczym sobie nie zasłużyłem.

Niezasługujące ego

Patrząc wstecz na duchowe meandry tego czasu, widzę pewną prawidłowość. Im więcej zasług, tym mniej paschalnej radości. Im mniej zasługiwania, tym więcej wdzięczności. Doświadczenie pustych rąk otwiera na przemieniającą świadomość, iż wszystko jest łaską. Niezasługujące ego nie oznacza jeszcze „ja” nienawróconego. U Boga to, co na opak, tak często okazuje się normalne.

Myślę, iż w tym roku będzie podobnie. Zasług – zero. Puste dłonie. Obolałe barki i poturbowane życiem serducho. A jednocześnie przeczucie i nadzieja, iż Jego Światło pragnie rozpromienić najgłębsze moje ciemności. Uzdrowić rany. Otulić kruchość. Ponieść martwe ciało. Cała zaś ta zewnętrzna i teatralna otoczka będzie moją zasłoną dymną, aby przypadkiem nikt nie pomyślał o mnie zbyt dobrze. Tak, będę miał w końcu święty spokój i sporą dawkę przyjemności.

A póki co… idąc na opak wszelkim regułom, środę popielcową rozpocząłem od uroczystego śpiewu Alleluja i radosnego Exultetu, który będzie mi tegorocznym drogowskazem. „Niech Ten, który bez moich zasług raczył mnie uczynić swoim sługą, zechce mnie napełnić światłem swojej jasności”.

Jeśli Bóg się zmiłuje nade mną, to mam nadzieję, iż i Ty, Brokardzie, również to uczynisz.

m.
Twój – przez cały czas nienawrócony – brat.

PS. Na wypadek gdyby ktoś ze świadków naszych rozmów pomyślał, drogi Bracie Brokardzie, iż to, o czym dziś do Ciebie piszę, to czysty kwietyzm, przypomnij mu, proszę, iż odrobina satyrycznej hiperboli przysłużyć się może od czasu do czasu każdemu życiu duchowemu.

Idź do oryginalnego materiału