W nowy rok kupujesz karnet na siłownię? Nie warto

2 godzin temu
Zdjęcie: nowy rok


Slogan „chcieć to móc” rozpada się przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Bo chcieć to po prostu chcieć. A móc – to już zupełnie inna historia.

Jak co roku styczeń pachnie tzw. efektem świeżego startu. To zjawisko psychologiczne, które sprawia (ma sprawić), iż czujemy się bardziej zmotywowani do wprowadzania pozytywnych zmian w momentach symbolizujących „nowy początek”, np. przy okazji rozpoczęcia nowego roku.

Hasła z kategorii „nowy rok, nowy ja” zdają się rozbrzmiewać w przestrzeni medialnej jak mantry (polecam tekst Damiana Jankowskiego sprzed roku, „Nowy rok, nowy ja? Nie daj Boże”). Kupujemy karnety, planujemy diety i rozpisujemy treningi, przekonani, iż właśnie teraz stworzymy lepszy model nas samych. Ale czy rzeczywiście chodzi o zdrowie i (bardzo potrzebny) ruch, czy raczej o to, by wreszcie sprostać niepisanej normie – tej, która każe nam nieustannie coś ze sobą robić?

Chcieć nie oznacza jeszcze móc

Jednym ze sloganów, które najmocniej rodzą mój sprzeciw, jest „chcieć to móc”. Czyżby? To jedno z tych złotych hasełek, które brzmią efektownie na kubku z motywacyjnym napisem, ale rozpadają się przy pierwszym kontakcie z rzeczywistością. Bo chcieć to po prostu chcieć. A móc – to już zupełnie inna historia. Czasem te dwa słowa idą pod rękę, ale bywa, iż każde skręca w swoją stronę. I to nie znaczy, iż ze mną jest coś nie tak.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Gdy „chcenie” spotyka „możliwość”, faktycznie może stać się coś wyjątkowego. jeżeli jednak się rozmijają, nie potrzebujemy kolejnego sloganu z Instagrama, tylko trzech dużo mniej medialnych rzeczy: empatii, realizmu i zgody na to, iż czasem jesteśmy po prostu bezradni. W podsumowaniu roku 2025 Agata Kulczycka pisze: „Preferencyjna opcja na rzecz własnej bezradności to zauważenie jej i uznanie. To przyznanie, iż moje zmęczenie, zniechęcenie i żal mają prawo do istnienia. To pozwolenie, żeby wybrzmiała we mnie historia o zawiedzionych oczekiwaniach, goryczy porażki, wściekłości, a czasem i nienawiści”.

„Chcieć to móc” brzmi dobrze, bo daje złudzenie kontroli. Ale jednocześnie okrutnie upraszcza świat. Ignoruje przeszkody, których nie da się przeskoczyć determinacją: systemowe ograniczenia, różnice w zasobach, sytuacje, na które zwyczajnie nie mamy wpływu. Co gorsza, to hasło często staje się narzędziem obwiniania – pozornie subtelnym sposobem powiedzenia: „widocznie za mało chciałaś/eś”. To adekwatnie przemoc w uśmiechniętym opakowaniu.

Nie wszystko da się „wychcieć”. Chcenie to dobry początek – światełko, którym można oświetlić sobie fragment drogi na wykonanie następnego kroku. Ale móc – to dopiero cała opowieść. I nie zawsze taka, nad którą mamy pełną kontrolę.

Mit samowystarczalności

Kult nieustannego (samo)doskonalenia nie wziął się znikąd. Polska przeszła błyskawiczny kurs neoliberalizmu po 1989 roku, uczyliśmy się, iż efektywność to najwyższa cnota. Ekonomiczne myślenie z czasem przestało dotyczyć tylko rynku – przeniknęło również życie społeczne. W tej wersji świata jednostka (nie osoba) funkcjonuje jak firma: ma konkurować, maksymalizować zyski i nieustannie zwiększać wydajność. Wszystko prowadzi do spełnienia, samorozwoju, sukcesu.

Często, gdy pytam kogoś, co u niego lub niej słychać, słyszę: „Dużo pracy, mało czasu”. I choć z początku brzmi to jak skarga, wyczuwalna jest również duma – jakby bycie zajętym było znakiem pewnego statusu. Zajętość stała się naszą odznaką, dowodem, iż się staramy, rozwijamy, nie stoimy w miejscu.

W kategoriach bilansu zysków i strat oraz nieustannej optymalizacji czasu zaczęliśmy postrzegać również relacje międzyludzkie. Spotykasz się z kimś? Czy to „procentuje”, czy ta znajomość cię jakoś „rozwija”? choćby odpoczynek podlega ocenie efektywności: urlopy mają być „udane”, weekendy – produktywne, a chwile wytchnienia – inwestycją w lepsze funkcjonowanie. Nic-nie-robienie jest przecież grzechem!

Wolę myśleć, iż życie to sztuka „bycia” – bycia z innymi, ale i bycia sobą, nieidealnym, czasem zmęczonym, a czasem zagubionym. Że niepowodzenie jest konieczną częścią drogi

Kacper Mojsa

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

„Kultura zapierdolu” bazuje na bajce o samowystarczalności, na micie o człowieku, który własnymi rękami kształtuje przeznaczenie. Takie indywidualistyczne podejście to w istocie droga donikąd.

Ściganie przyszłej wersji siebie

Kapitalizm oparty na neoliberalnej idei „bycia kowalem własnego losu” sprytnie zawłaszczył ludzkie pragnienie samostanowienia. To, co kiedyś było wyrazem wolności i podmiotowości, dziś stało się surowcem w kapitalistycznej machinie opartej na produktywności. System nie tylko zachęca nas do nieustannego doskonalenia, ale także sprzedaje nam iluzję wyboru – ubiera ją w język sukcesu, rozwoju i pasji.

Mało tego, sami wkręcamy się w te tryby, ścigając przyszłe wersje siebie. I wciąż czujemy, iż możemy więcej. Zawsze więcej. Biegniemy więc jak chomiki w kołowrotkach – szybciej, ale nigdzie. W kulturze indywidualizmu coraz trudniej budować relacje oparte na wzajemnej akceptacji. W efekcie więzi słabną, a samotność staje się kolejną epidemią.

A przecież potrzeby społeczne nie zniknęły – zmienił się tylko ich format. Choćby w aplikacjach randkowych – relacje przypominają transakcje: dwie strony oceniają się pod kątem wzajemnych „korzyści”. Wystarczy przesunąć palcem w prawo, by rozpocząć negocjacje. Problem w tym, iż człowieka nie da się traktować jak dobra konsumpcyjnego. Taka wymiana zwyczajnie nie zbuduje bliskości.

Życie to sztuka „bycia”

Na horyzoncie wyrasta nowe pokolenie – Zetki, które nie chcą już żyć w wiecznym pędzie, nie widzą w nim wartości. Zamiast tego zwracają uwagę na życiową równowagę, na granice, których nie warto przekraczać. Czy to już rewolucja? Raczej próba przetrwania w toksycznym świecie, niż bunt wobec niego.

Miary sukcesu przybierają po prostu inną formę. Nie chodzi już tylko o pieniądze czy stan posiadania, ale o „udane życie” – satysfakcję, samorealizację, harmonię. Czy coś to zmienia? Czy idea spełnienia nie pozostała tym samym starym mitem o kowalu własnego losu, tylko w modniejszym, na pierwszy rzut oka pełnym wewnętrznej wolności, opakowaniu?

Zgoda, sens tkwi w równowadze. W zrozumieniu, iż wysiłek i odpoczynek są tak samo potrzebne, a wartość człowieka nie sprowadza się do listy osiągnięć. Życie nie jest więc projektem, który trzeba stale optymalizować, codziennie mierząc swoje personalne KPI.

Wolę jednak myśleć, iż jest to sztuka „bycia” – bycia z innymi, ale i bycia sobą, nieidealnym, czasem zmęczonym, a czasem zagubionym. Z akceptacją tego, iż chcieć nie zawsze oznacza móc. Że niepowodzenie jest konieczną częścią drogi. Być może w tej bezradności rodzi się dystans, a z nim – perspektywa, która pozwala zobaczyć, co naprawdę ważne.

Idź do oryginalnego materiału