Upadek władzy w Iranie jest mało prawdopodobny

2 godzin temu

Eliminacja przywódcy czy presja militarna mogą go osłabić, ale niekoniecznie prowadzą do jego rozpadu, zwłaszcza jeżeli nie istnieje alternatywa zdolna natychmiast przejąć stery w państwie – mówi dr Mateusz M. Kłagisz, iranista i afganolog.

Kacper Mojsa: Władza irańska wciąż stoi. gwałtownie mianowano syna zabitego Alego Chameneiego, Modżtabę, na kolejnego Najwyższego Przywódcę. Trudno nie dostrzec tutaj podobieństwa do rosyjskiej „specjalnej operacji wojskowej”, która miała potrwać kilka dni, a zamieniła się w trwającą już ponad 4 lata wojnę. To przesadzone porównanie?

Dr Mateusz M. Kłagisz: Nie, w obu przypadkach widać podobny sposób myślenia – założenie, iż szybkie uderzenie doprowadzi do gwałtownego załamania systemu politycznego. Rzeczywistość okazuje się jednak zawsze bardziej złożona, gdyż po śmierci Najwyższego Przywódcy Iranu, tj. rahbara, Alego Chameneiego, aparat państwowy się nie rozpadł – było to zresztą do przewidzenia. Sam fakt sukcesji Modżtaby jest już znaczący, ponieważ w państwie powstałym w wyniku rewolucji z lat 1978–1979, która obaliła przecież monarchię, jak i odrzuciła ideę dziedziczenia władzy, pojawia się teraz element niemal dynastyczny.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Wybór Modżtaby, jak i szybkość z jakim się on dokonał, pokazują jednak coś jeszcze. W Iranie władza nie opiera się wyłącznie na jednej osobie. Republika islamska to skomplikowany system, w którym kluczową rolę odgrywa kilka nakładających się struktur. Obok rahbara istnieje rozbudowany aparat religijny, sieć instytucji kontrolnych oraz, a może przede wszystkim, potężna formacja wojskowo-polityczna, czyli Strażnicy Rewolucji. To oni są jednocześnie elitarną formacją militarną, tworzą ogromne imperium gospodarcze, kontrolują aparat bezpieczeństwa oraz są narzędziem normującym wpływy Iranu w regionie. jeżeli ta struktura popiera nowego przywódcę, system zachowuje stabilność niezależnie od zmian personalnych na szczycie.

Czyli zmiana władzy w Teheranie przez siły zewnętrzne jest raczej niemożliwa?

– Paradoksalnie konflikt zewnętrzny może choćby wzmocnić taki system. Historia przecież dowodzi, iż zagrożenie z zewnątrz często prowadzi do mobilizacji społeczeństwa wokół władzy, marginalizacji opozycji i łatwiejszego uzasadniania represji. Tutaj pojawiają się analogie z wojną iracko-irańską (1980–1988), choć ówczesna atmosfera w Iranie różni się od współczesnej. W takiej sytuacji protesty społeczne, które jeszcze niedawno były w Iranie bardzo silne, schodzą na dalszy plan, gdyż priorytetem staje się bezpieczeństwo państwa. To mechanizm obserwowany wielokrotnie w historii. Z drugiej strony, należy tu podkreślić, iż część społeczeństwa irańskiego nie ma już ani woli, ani chęci jednoczyć się w obliczu zagrożenia wokół znienawidzonych przywódców politycznych i coraz częściej postrzega interwencję z zewnątrz jako jedyną możliwość na przemiany ideologiczno-polityczne we własnej ojczyźnie.

W takim razie co chcą osiągnąć Amerykanie z Izraelczykami? Wiemy już, iż obalenie reżimu raczej nie wchodzi w grę.

– To pytanie należy przede wszystkim zadać samym zainteresowanym. W oficjalnych wypowiedziach na plan pierwszy wysuwa się kwestia ograniczenie programu nuklearnego Iranu, jego zdolności militarnych czy minimalizacja wpływów w regionie. W szerszej perspektywie część środowisk politycznych na Zachodzie liczy zapewne, iż presja militarna i gospodarcza doprowadzą do głębokiej destabilizacji, a w konsekwencji do upadku obecnego systemu w Teheranie.

Problem polega na tym, iż doświadczenia ostatnich dekad pokazują, jak trudne i nieprzewidywalne są takie próby zmiany reżimu z zewnątrz. Analitycy wskazują zwykle na konflikt w Iraku czy Libii, które dowiodły, iż obalenie istniejącej władzy nie musi oznaczać ustanowienia stabilnego, demokratycznego systemu, a często kończy się brutalnym chaosem. Nie przewiduję takiego scenariusza w przypadku Iranu, ponieważ ma on bardzo długą tradycję silnych i efektywnych struktur administracyjnych, które nie tak łatwo zniszczyć – to one są swoistym rdzeniem stabilizującym Iran od środka, choćby w najbardziej burzliwych okresach jego historii.

Czy istnieje w ogóle realna alternatywa dla reżimu w Iranie?

– Rzeczywiście problemem jest brak wyraźnej i dobrze zorganizowanej alternatywy politycznej dla obecnego systemu. Istnieje oczywiście opozycja – zarówno wewnątrz kraju, jak i w diasporze – ale jest ona rozproszona i pozbawiona struktur zdolnych do przejęcia państwa. Specjaliści wskazują też na brak jednostek, które mogłyby takimi rozproszonymi strukturami opozycyjnymi pokierować, choć w obliczu przemian globalnych zaczynam się zastanawiać, czy prawdziwą siłą owych opozycyjnych grup nie jest właśnie ich nieustrukturyzowany charakter.

Pamiętajmy też, iż część środowisk opozycyjnych opowiada się za liberalną republiką. Inni zwracają się ku idei przywrócenia monarchii, skupionej wokół Rezy Pahlawiego, syna ostatniego szacha, obalonego w 1979 roku. Ten scenariusz również budzi jednak duże kontrowersje. Czy to dlatego, iż części Irańczykom monarchia kojarzy się z autorytarnymi rządami, czy też dlatego, iż za atrakcyjnością Rezy przemawiają zmitologizowane obrazy minionej świetności Iranu, które nijak mają się do rzeczywistości. Z tego powodu najbardziej realistyczny scenariusz nie wiąże się z nagłą demokratyzacją czy powrotem monarchii.

Irańskim problemem jest brak wyraźnej i dobrze zorganizowanej alternatywy politycznej dla obecnego systemu

Mateusz M. Kłagisz

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Znacznie bardziej prawdopodobne jest stopniowe przesuwanie się systemu w stronę jeszcze większej dominacji aparatu bezpieczeństwa, zwłaszcza Korpusu Strażników Rewolucji. W takim modelu Republika Islamska formalnie zachowuje swoją strukturę teokratyczną, z Najwyższym Przywódcą na czele, ale realna władza coraz wyraźniej skupia się w rękach struktur związanych z wojskiem i aparatem bezpieczeństwa. Niektórzy analitycy mówią wręcz o ewolucji Iranu od klasycznej teokracji do systemu przypominającego wojskową teokrację. Szybki upadek władzy w Teheranie wydaje się mało prawdopodobny, a tamtejszy system polityczny jest bardziej odporny. Eliminacja przywódcy czy presja militarna mogą go osłabić, ale niekoniecznie prowadzą do jego rozpadu, zwłaszcza jeżeli nie istnieje dobrze przygotowana alternatywa zdolna natychmiast przejąć stery w państwie.

A co z Kurdami? W pierwszym tygodniu po wybuchu tej wojny pojawiły się informacje, iż CIA pracuje nad uzbrojeniem sił kurdyjskich, by wesprzeć powstanie przeciwko władzy w Iranie. Jednocześnie pojawiły się doniesienia, ze strony Fox News, o początku pierwszych walk, ale część Kurdów od razu je zdementowała. Czy Kurdowie u władzy są potencjalnie „dobrymi” partnerami dla Zachodu?

– Wątek kurdyjski pojawia się w takich momentach niemal automatycznie, bo Kurdowie są jedną z najważniejszych mniejszości etnicznych w Iranie i jednocześnie jedną z najbardziej krytycznych względem władz centralnych. Zamieszkują przede wszystkim zachodnie części kraju, tj. regiony przy granicy z Irakiem i Turcją. To kilkumilionowa, zróżnicowana społeczność, która ma własne tradycje, wyobrażenia i aspiracje polityczne. Z tego powodu w każdej analizie dotyczącej możliwej destabilizacji Iranu pojawia się scenariusz z kartą kurdyjską, ale, pamiętajmy, iż Zachód wielokrotnie rozgrywał tą kartą, pozostawiając ostatecznie Kurdów samych sobie.

Te doniesienia o rzekomym uzbrajaniu Kurdów przez CIA nie są niczym nowym, gdyż podobne spekulacje pojawiały się już wielokrotnie w przeszłości. Media nie raz i nie dwa informowały o pierwszych starciach lub przygotowaniach do powstania, ale takie wiadomości często są trudne do zweryfikowania i równie często są gwałtownie dementowane przez samych Kurdów – tak jak w tym przypadku.

Pamiętajmy, iż w Iranie działa kilka kurdyjskich ugrupowań politycznych. Są też inne ugrupowania kurdyjskie funkcjonujące głównie na emigracji. Problem polega jednak na tym, iż żadna z tych organizacji nie ma ani potencjału militarnego i politycznego, ani woli politycznej, by grozić państwu irańskiemu. Dlatego też w strategiach geopolitycznych Kurdowie często pojawiają się raczej jako narzędzie presji niż realna alternatywa władzy.

Pamiętajmy też, iż w przeszłości Zachód wykorzystywał już współpracę z siłami kurdyjskimi, szczególnie w walce z Państwem Islamskim. Tam kurdyjskie formacje okazały się stosunkowo skutecznym partnerem militarnym, zwłaszcza struktury powiązane z autonomicznym regionem irackim. W tym sensie Kurdowie mają reputację dość pragmatycznych i przewidywalnych partnerów w porównaniu z wieloma innymi aktorami regionu. Tylko że, tak jak już wspomniałem, Zachód wielokrotnie zawodził Kurdów w chwilach próby.

Sale!

Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

Przeniesienie zatem tego modelu w realia irańskie jest trudniejsze, a adekwatnie bezcelowe. Po pierwsze, Kurdowie stanowią tylko jedną z wielu mniejszości w kraju i dominują na peryferiach. choćby gdyby doszło tam do powstania, nie oznaczałoby to automatycznie upadku władzy w Teheranie. Po drugie, wszelkie próby budowania kurdyjskiej autonomii w Iranie natychmiast wywołałyby reakcję sąsiednich państw – myślę tu przede wszystkim o Turcji, która bardzo obawia się wzmocnienia kurdyjskich ruchów narodowych w regionie. Po trzecie, sami Kurdowie podkreślają dziś, iż nie zależy im na niezależności, ale na poszanowaniu praw, które tradycyjnie przyznaje się mniejszościom, tj. praw do edukacji w języku kurdyjskim, rozwijaniu i kultywowaniu kurdyjskiej tożsamości. Natomiast dla irańskiego systemu politycznego to, co nie mieści się w kategoriach perskości, jest zagrożeniem dla jedności państwa.

Senator Demokratów Richard Blumenthal we wtorek 3 marca, po odprawie ws. Iranu mówił, iż obawia się bardziej niż kiedykolwiek wysłania amerykańskich wojsk lądowych na Bliski Wschód. Co by to oznaczało?

– Wypowiedź senatora ujawnia jeden z największych amerykańskich lęków. Myślę tu o scenariuszu, w którym konflikt z Iranem zaczyna wymagać nie tylko uderzeń powietrznych czy operacji specjalnych, ale także wysłania regularnych wojsk lądowych. W Waszyngtonie pamięć o doświadczeniach z czasów wojny w Afganistanie czy Iraku pozostaje wciąż silna, dlatego sama możliwość takiej eskalacji musi budzić i budzi duży niepokój.

Teoretycznie wysłanie wojsk lądowych jest zawsze jakąś opcją militarną, ale w przypadku Iranu oznaczałoby operację na zupełnie inną skalę niż większość współczesnych interwencji Stanów Zjednoczonych, a i naprzeciwko Amerykanów stanęłyby oddziały zdeterminowane bronić rewolucji 1978–1979, jej zdobyczy w postaci republiki islamskiej, jak i tego wszystkiego, co oba wydarzenia historyczne sprzed niemal pół wieku oferują rządzącym. Dlatego w analizach wojskowych scenariusz pełnoskalowej inwazji na Iran uchodzi za jeden z najbardziej ryzykownych i ja się pod taką tezą podpisuję.

W praktyce oznaczałoby to nie tylko konflikt z samym Iranem, ale prawdopodobnie także eskalację w całym regionie Bliskiego Wschodu, ponieważ Teheran dysponuje rozbudowaną siecią sojuszników w państwach takich jak Irak czy Liban.

Z lektury doniesień prasowych wnioskuję, iż z tego powodu większość amerykańskich strategów zakłada, iż jeżeli Stany Zjednoczone angażują się militarnie w Iranie, to preferowane są działania pośrednie np. uderzenia lotnicze, operacje specjalne, cyberataki czy presja gospodarcza. Wysłanie dużych sił lądowych byłoby traktowane jako ostateczność, gdyby konflikt wymknął się spod kontroli lub gdyby pojawiła się konieczność zabezpieczenia kluczowych obiektów, na przykład strategicznych szlaków w rejonie Cieśniny Ormuz.

Jednocześnie sama dyskusja o takiej możliwości pokazuje, jak poważnie część amerykańskich polityków traktuje ryzyko eskalacji. Obawy wyrażone przez Blumenthala nie muszą oznaczać, iż decyzja o wysłaniu wojsk już jest rozważana na poziomie operacyjnym. Raczej wskazują na to, iż w przypadku dalszego rozszerzania konfliktu scenariusze, które jeszcze niedawno wydawały się skrajne, zaczynają pojawiać się w planowaniu strategicznym.

Znamienne jest też to, iż wspomniana przez Pana sieć sojuszników Iranu – czy to Huti, czy Hamas, czy Hezbollah – na początku nie wsparła aktywnie swojego „mocodawcy”. Tak naprawdę jedynie Hezbollah zareagował po śmierci Chameneiego, kilka dni później po raz pierwszy wystrzelił kilka rakiet, poprzedniej nocy zaś zaczął na większą skalę ostrzeliwać północny Izrael. Czy ta początkowa bezczynność oznacza, iż Iran nie może już liczyć na te organizacje, lub przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim by się tego spodziewał?

– To słuszna obserwacja, ponieważ przez ostatnie dwie dekady jednym z filarów działań Iranu w regionie była właśnie oś oporu, czyli sieć organizacji militarno-politycznych. Przez lata ich rola sprowadzała się właśnie do tego, by w razie konfrontacji Teheranu z jakimś przeciwnikiem nie musiał on walczyć sam, a mógł otworzyć kilka frontów jednocześnie. Dlatego fakt, iż w pierwszych dniach kryzysu nie nastąpiła natychmiastowa, skoordynowana reakcja, jest rzeczywiście zauważalny. Nie musi to jednak oznaczać rozpadu tej sieci ani utraty wpływów przez Iran. W rzeczywistości może wynikać z kilku nakładających się czynników.

Europa nie ma wspólnej strategii wobec wojny na Bliskim Wschodzie. adekwatnie Europa nie ma wspólnej strategii wobec Bliskiego Wschodu jako takiego

Mateusz M. Kłagisz

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Po pierwsze, te organizacje nie są zwykłymi oddziałami podporządkowanymi republice islamskiej. Choć są finansowane przez Teheran, otrzymują od niego broń, jak i są szkolone przez irańskich doradców, mają też własne interesy, którymi muszą się kierować na poziomie lokalnym.

Drugi możliwy powód tej zauważalnej powściągliwości jest czysto strategiczny. W doktrynie Iranu organizacje te pełnią rolę narzędzi służących odstraszaniu wroga. jeżeli wszystkie od razu weszłyby do wojny, bardzo gwałtownie stałyby się celem masowych ataków. Wstrzymanie się z reakcją może być więc elementem kalkulacji. Myślę, iż chodzi tu o przyjęcie pozycji wyczekiwania na rozwój wydarzeń i zachowania umiejętności włączenia się w konflikt na późniejszym jego etapie.

Wreszcie, trzecia kwestia dotyczy sytuacji wewnętrznej Iranu po śmierci Alego Chameneiego i przejęciu władzy przez Modżtabę Chameneiego. W takich momentach przejściowych sieć sojuszników może na chwilę wstrzymać swoje działania, czekając na sygnały z Teheranu. Pamiętajmy, iż te organizacje są także mocno powiązane z irańskimi strukturami bezpieczeństwa, zwłaszcza z siłami Qods. jeżeli w samym Iranie trwa proces reorganizacji lub wewnętrznych konsultacji, może to opóźniać decyzje o większej eskalacji.

A może mamy tu jednak do czynienia z jakąś wewnętrzną walką?

– Nie można tego wykluczyć. Ale element napięć wewnętrznych raczej nie odnosi się do otwartego konfliktu między Iranem a jego sojusznikami. Bardziej chodzi o różnice interesów i o to, iż każda z tych organizacji musi kalkulować własne ryzyko. Sieć budowana przez Iran jest raczej luźną koalicją niż scentralizowanym systemem dowodzenia.

Ostatecznym pytaniem pozostaje: czy to jest nasza wojna? W kontekście Polski oraz Europy. Rozbieżność w stanowiskach państw zachodnich widać chociażby po decyzji hiszpańskiego rządu, który odmówił zgody na wykorzystanie znajdujących się na jego terytorium baz przez Stany Zjednoczone do prowadzenia operacji wojskowych przeciwko Iranowi, co spotkało się ze wściekłością Donalda Trumpa.

– To dobre pytanie, choć odpowiedź nie jest taka prosta. W mojej ocenie ten spór, który rozgorzał wokół baz hiszpańskich, nie jest tylko jakimś epizodem dyplomatycznym. W rzeczywistości odsłania on głębszy problem, tj. fakt, iż Europa nie ma wspólnej strategii wobec wojny na Bliskim Wschodzie. adekwatnie Europa nie ma wspólnej strategii wobec Bliskiego Wschodu jako takiego. Część państw skłonna jest wspierać działania Stanów Zjednoczonych, inne starają się zachować większy dystans, argumentując, iż operacja nie jest prowadzona w ramach mandatu organizacji międzynarodowych, takich jak ONZ czy NATO. W rezultacie Europa reaguje raczej fragmentarycznie niż jako spójny blok polityczny.

Z punktu widzenia interesów europejskich konflikt z Iranem ma charakter pośredni. Iran nie jest dla Europy przeciwnikiem strategicznym w takim sensie, w jakim pozostaje nim Rosja. Jednocześnie jednak destabilizacja Bliskiego Wschodu niemal zawsze odbija się na Starym Kontynencie. Dotyczy to zwłaszcza bezpieczeństwa energetycznego, możliwych kryzysów migracyjnych, wzrostu napięć terrorystycznych oraz ogólnej destabilizacji regionu śródziemnomorskiego. W tym sensie Europa nie jest stroną wojny, ale nie może też całkowicie ignorować jej konsekwencji.

Sale!
  • Aleksander Hertz

Żydzi w kulturze polskiej

35,20 44,00
Do koszyka
Książka – 35,20 44,00 E-book – 31,68 39,60

Drugim ważnym elementem są też relacje transatlantyckie. Większość państw europejskich należy do NATO i w dużym stopniu opiera swoje bezpieczeństwo na współpracy ze Stanami Zjednoczonymi – nie będę teraz roztrząsał kwestii tego, ile udało się zniszczyć na typ polu ostatnimi laty. Chcę tylko podkreślić, iż to powoduje napięcie między chęcią uniknięcia kolejnego konfliktu na Bliskim Wschodzie a potrzebą utrzymania dobrych relacji z Waszyngtonem. Pamięć o doświadczeniach, takich jak wojny w Afganistanie czy Iraku, sprawia, iż wiele społeczeństw europejskich podchodzi do nowych interwencji z dużą ostrożnością. Wielu polityków żywi realne obawy, iż kolejna wojna w regionie może powtórzyć błędy tamtych operacji.

A gdzie jest w tym Polska?

– Zajmuje szczególne miejsce. Dla Warszawy kluczowym punktem odniesienia pozostają przecież relacje ze Stanami Zjednoczonymi, które są postrzegane jako fundament naszego bezpieczeństwa – znów pozostawmy na boku ostatnie problemy i rozczarowania. Z tego też powodu stosunek naszego rządu wobec konfliktu z Iranem jest zwykle bardziej proatlantycki niż stanowisko części państw Europy Zachodniej.

Jednocześnie Polska nie ma bezpośrednich interesów militarnych na Bliskim Wschodzie, które uzasadniałyby aktywny udział w wojnie. W praktyce oznacza to raczej wsparcie polityczne oraz, choć trudno mi sobie to dziś wyobrazić, ewentualną pomoc logistyczną lub udział w działaniach zabezpieczających w ramach NATO, a nie bezpośrednie zaangażowanie militarne.

Mając to w pamięci, trzeba podkreślić, iż odpowiedź na pytanie, czy jest to nasza wojna, pozostaje niejednoznaczna. Dla Stanów Zjednoczonych i Izraela konflikt z Iranem ma charakter strategiczny, gdyż dotyczy, biorąc pod uwagę ich narracje, bezpośrednio ich bezpieczeństwa. Dla wielu państw europejskich jest to raczej kryzys regionalny o poważnych skutkach, ale nie konflikt, który chciałyby współprowadzić militarnie. W przypadku Polski sprawa ma jeszcze inny wymiar, gdyż jest przede wszystkim testem relacji sojuszniczych i spójności NATO, a nie wojną wynikającą z bezpośredniego polskiego interesu narodowego.

Pokusi się Pan o przypuszczenie, jak ta wojna może się zakończyć? Czy istnieją scenariusze jej końca?

– Bałem się, iż padnie takie pytanie, ponieważ roztrząsanie przyszłości zawsze jest wróżeniem z kart. Można oczywiście próbować zarysować potencjalne scenariusze, ale trzeba uczciwie powiedzieć, iż w takich konfliktach prognozy bardzo często zawodzą. Wystarczy przypomnieć, iż przed amerykańską interwencją w Iraku w 2003 roku wielu analityków przewidywało, iż będzie to krótka operacja stabilizacyjna. Tymczasem kilka miesięcy później kraj pogrążył się w wieloletniej wojnie. Podobnie było, jak Pan wspomniał na początku, z rosyjską inwazją na Ukrainę w 2022 roku, która według wielu obserwatorów miała zakończyć się w ciągu kilku dni. Dlatego każde przewidywanie trzeba traktować raczej jako analizę możliwych kierunków niż prognozę.

Najbardziej realistyczny scenariusz, o którym mówi wielu analityków, to ograniczony konflikt zakończony nieformalnym rozejmem. W takim wariancie głównym celem operacji byłoby poważne osłabienie irańskiego programu nuklearnego czy zniszczenie infrastruktury wojskowej.

Drugi możliwy scenariusz to długotrwała wojna regionalna o niskiej intensywności. W takim układzie Iran unikałby bezpośredniej konfrontacji ze Stanami Zjednoczonymi, a zamiast tego korzystałby ze swojej sieci sojuszników w regionie. W takim scenariuszu konflikt nie miałby jednego wyraźnego zakończenia, ale raczej rozlałby się po regionie i trwał latami, z okresami eskalacji i deeskalacji.

Trzeci scenariusz, który próbuję sobie jakoś zwizualizować, wiąże się z wewnętrznym osłabieniem Iranu, które mogłoby doprowadzić do poważnych zmian politycznych. Taki wariant zakłada, iż presja militarna, sankcje gospodarcze oraz narastające napięcia społeczne stopniowo podważą stabilność systemu władzy. Muszę jednak podkreślić, iż gotowość irańskiego establishmentu do bronienia swoich interesów jest na tyle duża, iż hasła autokorekty republiki islamskiej, jakichś przejawów głasnosti i pierestrojki, wydają mi się dziś niemożliwe do urzeczywistnienia.

Istnieje, oczywiście, także scenariusz najbardziej dramatyczny, choć najmniej prawdopodobny, czyli otwarta wojna między Iranem a Stanami Zjednoczonymi, która nie byłaby powtórzeniem wojny w Afganistanie czy Iraku. Byłby to wielki dramat dla społeczeństwa irańskiego, które znalazłoby się między dwiema miażdżącymi siłami. Oby się to nie stało.

Dr Mateusz M. Kłagisz – afganolog i iranista z Instytutu Orientalistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego.

Idź do oryginalnego materiału