To, co warte wielkiej miłości, warte jest wielkiej żałoby

3 godzin temu

Nie dostanę innego życia – zostaje mi tylko życie z dziurą. Mogę pozwolić się jej pochłonąć, albo wręcz odwrotnie – w tym dziurawym życiu zasadzić jak najwięcej nasion dziurawego dobra.

Tekst stanowi czwarty odcinek wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” – zatrzymania przy ważnych pytaniach bez łatwych odpowiedzi. Następne odcinki ukazywać się będą w kolejne niedziele Wielkiego Postu.

Nadzieja bywa konająca.

Tak przynajmniej opisuje ją Emily Dickinson w moim ukochanym wierszu. Pisze ona o nadziei jako o „upierzonym Stworzeniu na gałązce duszy”, który wielokrotnie śpiewał jej „na Morzach Obcości”. Śpiewał „Nie żądając w zamian Okruszka / – Choć konał z Głodu”.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Nie bardzo wiem, czego się chwycić w obliczu nadziei będącej w tak opłakanym stanie. Spodziewam się, iż nie wiedziała tego też Noemi.

Moja słodycz

A jeżeli stracę wszystko? Wszystkich? Co, jeżeli każda miłość, każde przywiązanie, ma w sobie cień pogrzebu i ostatecznie z tego, co kocham, pozostaną jedynie wspomnienia? Te pytania już w sferze hipotetycznej potrafią spędzać niektórym sen z powiek. Poznałam kiedyś człowieka, który w ich obliczu wciąż na nowo przeżywał żałobę po członkach swojej rodziny – po tych, którzy wciąż jeszcze żyli i mieli się dobrze. Samo wyobrażenie sobie utraty wzbudzało u niego niepohamowane pokłady żalu i bólu.

Nie wyobrażam sobie nawet, co musiała czuć Noemi, mierząc się z tymi pytaniami zupełnie niehipotetycznie.

„Z Betlejem judzkiego wyszedł pewien człowiek ze swoją żoną i swymi dwoma synami, aby osiedlić się w ziemi Moabu. Nazywał się ten człowiek Elimelek, jego żona – Noemi. […] Elimelek, mąż Noemi, zmarł, a Noemi pozostała ze swymi dwoma synami. […] Obaj również zmarli, a kobieta pozostała, przeżywszy obu swych synów i swego męża” (Rt 1,1b-2a.3.5). Wygląda na to, iż można opisać rozpadający się ludzki świat w pięciu wersetach biblijnych.

Wraz ze światem rozpadła się i sama Noemi. Po powrocie do Betlejem z Rut, jedną ze swoich synowych, powie ona wobec wszystkich: „Nie nazywajcie mnie Noemi, ale nazywajcie mnie Mara, bo Wszechmogący napełnił mnie goryczą. Pełna wyszłam, a pustą sprowadził mnie Pan” (Rt 1,20-21a). „Moja słodycz” – tak przetłumaczyć można było wcześniej jej imię. To jednak bezpowrotnie się skończyło. „Moja słodycz” stała się „Gorzką”. I była niczyja.

Wszystko jest po coś?

Są utraty tak głęboko wryte w serce, iż stają się one nową tożsamością człowieka. Nagle, patrząc w lustro, orientujesz się, iż nie jesteś już Markiem, Grzesiem, Anią, Halinką. Coś się wydarzyło. Jakiś świat się zakończył i jesteś już „Nieufnym”, „Osieroconą”, „Ostrożną”, „Winnym”, „Śmieszkiem”, „Wściekłą”, „Obojętnym”, „Sfrustrowaną”. Opłakujesz nie tylko przeszłą stratę, ale też przyszłość, której już nigdy nie będzie. Dziwnym trafem to, co przed tobą, nagle się kurczy, szarzeje, odchodzi bezpowrotnie, choć przecież nie zdążyło jeszcze choćby przyjść.

Można Boga pytać, „dlaczego”, ale chyba rzadko na to odpowiada. Może On sam nie wie, dlaczego – tylko jako Wszechwiedzącemu głupio Mu się przyznać

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

To taki rodzaj utrat, który wydaje się zupełnie bez sensu: przestaje istnieć przyszłość z dziadkiem, który właśnie nam umarł; nie będzie już kolejnego poniedziałku rozpoczętego śniadaniem w domu, z którego musieliśmy uciekać przed bombardowaniem; żegnamy wakacje nad morzem, które mieliśmy spędzić z partnerem, który nas zdradził; opłakujemy studia, na które nigdy nie pójdzie nasze chorujące terminalnie dziecko. Świat, wracając do Noemi, już na zawsze dzielić się będzie na „przed Moabem” i „po Moabie”. Utrata staje się samym jego centrum.

Zdarzają się wtedy co odważniejsi, którzy w ramach „pocieszenia” próbują powtarzać, iż „Bóg tak chciał”, albo – w wersji nieco łagodniejszej – iż „wszystko jest po coś”. Guzik prawda – myślę wtedy – wsadźcie to sobie głęboko w kieszeń. jeżeli „wszystko jest po coś”, to znaczy, iż cierpienie zostało uprzednio zaplanowane przez jakiegoś okrutnego starego dziada. Nie znam Boga, który byłby okrutnym starym dziadem. Gdyby po śmierci okazało się, iż jednak taki jest, to chyba umarłabym po raz drugi.

Nie, są utraty, które nie mają sensu. I które zmieniają nas bezpowrotnie. „Szczęście się urwało nie wiadomo po co / o cokolwiek zapytasz trzepnie cię milczenie / Bogu nie stawia się pytań dlaczego” – pisał ks. Jan Twardowski. Może i można Boga pytać, „dlaczego”, ale chyba rzadko na to odpowiada. Ciekawe. Czasem myślę, iż może On sam nie wie, dlaczego – tylko jako Wszechwiedzącemu głupio Mu się przyznać.

Wypadające z rąk życie

Chyba najbardziej nieprawdopodobny jest dzień po. Umarł ci Elimelek, umarł Machlon i Kilion, a słońce… A słońce jak gdyby nigdy nic bezczelnie przez cały czas wstaje. Życie nic sobie nie robi z twojego końca świata.

Co więcej, ty też, idąc w ślady słońca, w końcu musisz wstać. To jednak, co dzieje się dni, tygodnie czy miesiące po stracie, rzadko bywa heroiczne i imponujące. Po prostu niesiesz w rękach kawałki własnego świata – jak rozkruszone fragmenty szkła – i obserwujesz, jak kolejne z nich wypadają ci z rąk i tłuką się na twardej podłodze. Próbujesz więc ścisnąć je mocniej – ale wówczas szkło zaczyna ranić ci ręce. Resztki nadziei podpowiadają ci, iż kiedyś uda się coś jeszcze z tego posklejać. Ale ty podskórnie przeczuwasz, iż próba poskładania tych kawałków w stary świat skończy się zupełnym fiaskiem.

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

„Jak podjąć przerwane wątki dawnego życia? Jak dalej istnieć, kiedy w głębi serca, zaczynasz rozumieć, iż powrót jest niemożliwy? Są sprawy, których czas nie poskleja. Niektóre rany są zbyt głębokie i nie chcą się zabliźnić” – powie Frodo Baggins pod koniec trylogii Tolkiena.

Takie chwile niosą ze sobą realne ryzyko powolnego nabierania przekonania, iż zmieniła się nie tylko twoja tożsamość, ale i tożsamość świata dookoła ciebie. „Gorzki” jesteś już nie tylko ty – „gorzcy” stają się inni ludzie, ich nadzieje, plany, marzenia. Zamiast trzymać w rękach swoje kawałki szkła, zaczynasz więc rozrzucać je wokół, jak refren powtarzając: „I tak ci się nie uda”, „po co próbować?”, „w życiu nie znajdziesz prawdziwego szczęścia”, „nie ufaj ludziom”… W końcu przecież wydaje się, iż Mara ma prawo patrzeć na świat przez soczewkę swojej straty.

Nie czynić życia gorzkim

A jednak wdowa po Elimeleku decyduje się zatrzymać. Choć samą siebie definiuje przez stratę, nie pozbawia nadziei swojej synowej: „Moja córko, czyż nie powinnam ci poszukać spokojnego miejsca, w którym byłabyś szczęśliwa?” (Rt 3,1b) – pyta, tłumacząc następnie, w jaki sposób Rut powinna zachować się wobec Booza, żeby ten okazał jej życzliwość. Żadnego: „nie próbuj kochać, bo potem boli”, „miłość i tak się skończy” czy „po co ci to?”.

Jest to pewnego rodzaju heroizm Mary: decyzja, by gorycz zmieścić w sobie, nie przynosząc sobie ulgi przez wylewanie jej na zewnątrz. To trudniejsze, osamatniające.

Nie chodzi tu, rzecz jasna, o to, żeby nie rozmawiać o utracie i w swoim smutku izolować się od innych (Rut nie pozwoliła na to Noemi, mimo iż ta bardzo na to nalegała). Chodzi raczej o postawę, w której przeżywam z kimś własną gorycz, nie próbując jego własnego życia uczynić gorzkim.

Czy żałuję, iż kochałem?

Nie jest to, jak sądzę, heroizm, z którym człowiek się rodzi. Nie jest to też jakiś niezwykły rodzaj gotowości na cierpienie. Nie da się przecież być przygotowanym na koniec własnego świata.

Można jednak spróbować do niego dorosnąć.

Jeśli „wszystko jest po coś”, to znaczy, iż cierpienie zostało uprzednio zaplanowane przez jakiegoś okrutnego starego dziada. Nie znam Boga, który byłby okrutnym starym dziadem

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Psycholożka Lois Tonkin opisała jedną z najbardziej poruszających mnie koncepcji żałoby. Tonkin proponuje odwrócić intuicję: ból po stracie wcale nie musi się z czasem kurczyć. To raczej my powoli rośniemy wokół niego, ucząc się robić w sobie dla niego miejsce.

Jak się rośnie wokół pustki? Ot, na przykład, pytając samego siebie: „Czy żałuję, iż kochałem?”.

Wszyscy zapominają, iż Ikar zdążył wzbić się w powietrze
Tak samo bywa, gdy miłość się kończy albo rozpada się małżeństwo
i ludzie mówią, iż od początku wiedzieli, iż to błąd
że wszyscy mówili, iż to się nie uda.
Że ona była już na tyle dorosła, żeby „wiedzieć lepiej”
A przecież wszystko, co warto robić, warte jest popełnienia błędu

– pisze Jack Gilbert. A ja dodałabym: wszystko, co warte wielkiej miłości, warte jest też wielkiej żałoby.

Ludzie często żałują, iż coś stracili. Rzadko jednak żałują, iż kochali. Ciekawe, czy Marze przemknęło przez głowę, iż lepiej byłoby nie kochać. Może tak. A może nie – bo przecież „Ikar zdążył wzbić się w powietrze”, bo przecież zdążyła z bliskimi przeżyć ogrom dobra i piękna, które warte są wielkiej tęsknoty.

Nasiona dziurawego dobra

Dorastać do własnego końca świata można też, próbując, jak Mara, wciąż decydować się na okruchy dobra. choćby wtedy, kiedy ból utraty sprawia, iż zapominasz, jak kiedyś miałeś na imię.

Słuchaj też na Youtube, Apple Podcasts i w popularnych aplikacjach podcastowych

– Hiob dzięki wierności Bogu odzyskał swoje dzieci! – wykrzyknął ostatnio względnie entuzjastycznie kaznodzieja w jednym z krakowskich kościołów. Zdębiałam. On chyba też, bo później próbował wybrnąć jakoś z wypowiedzianej przez siebie niezręczności. Nie, Hiob nie odzyskał swoich dzieci. Miał kolejne, ale tamte zostały bezpowrotnie utracone. Szedł dalej przez życie, rosnąc wokół dziury w sercu.

Ta dziura już tam będzie. I nie dostanę innego życia – zostaje mi tylko życie z dziurą. Mogę pozwolić się jej pochłonąć, albo wręcz odwrotnie – w tym dziurawym życiu zasadzić jak najwięcej nasion dziurawego dobra.

Gdy rosną pąki, to je boli

W kontekście nasion wraca do mnie jeszcze jeden – ostatni już – obraz. „Ty zapisałeś moje życie tułacze; przechowałeś Ty łzy moje w swoim bukłaku” – mówi psalmista. William P. Young w książce „Chata” rozrysował niezwykłe wyobrażenie: łzy głównego bohatera, przechowane z najwyższą ostrożnością we flakoniku, wykorzystane zostały do podlania przepięknego ogrodu.

„Paś […] trzodę dziedzictwa Twego, co mieszka samotnie w lesie, pośród ogrodów” – prosił Boga Micheasz. Mieszkamy wśród ogrodów. Codziennie któryś z nich podlewany jest łzami żalu, bólu, utraty. Myślę, iż to nie tak, iż Ogrodnik postanawia nas używać do uprawiania swoich roślin, specjalnie wywołując w nas ból. Myślę o Nim raczej jak o kimś delikatnie zbierającym łzy po to, żeby żadna z nich nie była wylana na marne.

W tych ogrodach miesza się piękno i cierpienie.

Przyjdź na świat wybuchnij
niech nastanie już kwiecień
w którym chce się mówić wszystko
zielonymi literami
wyglądam przez okno
a tam niebo bez końca
tłoczą się promienie […]
pod domem jakaś dziewczynka płacze
bo nikt prócz niej nie myśli
że gdy rosną pąki
to je boli

– pisze Aglaja Janczak. Bolesne są te ogrody, tak. Ale co nam zostało oprócz nich?

Życie nie toczy się tak, jak powinno, ale jest takie, jakie jest. Sposób, w jaki sobie z tym radzisz, stanowi całą różnicę” – brzmi mi w głowie zdanie Virginii Satir. To niezwykłe, jak poradziła sobie z życiem moja dzisiejsza bohaterka. Przecież świat, ostatecznie, wcale nie zapamiętał jej jako „gorzkiej”. Nie słyszę nigdzie o Marze i Rut. Nie. W opowiadaniach teściowa Rut na zawsze pozostała jako Noemi. choćby autor biblijny z uporem maniaka odmawia używania jej nowego imienia.

Być może więc choćby tekst o bezsensownych utratach skończyć można tą niezwykłą myślą papieża Franciszka: „Wiara i miłość trzymają za rękę to dziecię – nadzieję. Uczą je chodzić, a jednocześnie ono ciągnie je do przodu”. Ciągnie do przodu, uczy rosnąć wokół pustki, pomaga uprawiać ogród podlany łzami i sadzić nasiona dziurawego dobra… choćby wtedy, kiedy sama, jak u Dickinson, „kona z głodu”.

Wszystkie odcinki wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” dostępne są tutaj.

Idź do oryginalnego materiału