
W Pańską historię choroby wmieszała się św. Gemma
Andrzej Kominek
W 2023 roku zaczęły się moje poważne problemy zdrowotne związane z niewydolnością wątroby. Cały urlop spędziłem w szpitalach, w wyniku czego zostałem zakwalifikowany do przeszczepu i włączony na krajową listę oczekujących. Nie zamierzałem jednak żyć tylko chorobą, lękiem i obawami ani tym bardziej użalaniem się nad sobą. Myślami byłem gdzie indziej, jakby owo oczekiwanie mnie nie dotyczyło. Snułem plany na przyszłość. Szukałem jednej spójnej idei, akuratnego postanowienia i końca swoich życiowych poszukiwań, czyli ostatecznej misji, gdy wydarzył się nagły i nieoczekiwany przełom.
W nocy 11 marca 2024 roku dostałem telefon z Kliniki Transplantologii Wątroby w Warszawie, iż mam szybko przyjechać, bo znalazł się dla mnie dawca. Rankiem następnego dnia pojechałem, poddany woli Bożej, na blok operacyjny. Nie myślałem wtedy o tym, co będzie potem i czy ono w ogóle dla mnie istnieje. Dopiero po wybudzeniu rzeczywistość zaczęła odkrywać przede mną plan, ale na jego zrozumienie i odpowiedź Pana Boga musiałem poczekać ponad miesiąc…
Zanim o tym opowiem, muszę zastrzec, iż nie należę do ludzi egzaltowanych, łatwo poddających się cudownościom, chociaż w nie wierzę. Jestem realistą z krwi i kości, bo takiego podejścia wymaga charakter mojej pracy zawodowej. Trzymam się więc swojego „kawałka podłogi”. Pan Bóg nie objawia mi się bezpośrednio w postaci widzeń czy głosów. Wybrał przyziemny sposób komunikowania się dzięki zrozumiałych znaków, bym umiał odczytywać Jego wolę i obecność w zbiegach okoliczności, nielogicznych zdarzeniach czy odkrywanych nagle słowach. Niekiedy przemawia do mnie również przez ludzi. Udzielane przez Niego wskazówki nauczyłem się dostrzegać choćby z perspektywy czasu, bo na wytłumaczenie pewnych okoliczności trzeba niekiedy cierpliwie poczekać. Co najważniejsze, mam świadomość, iż Bóg wcale nie musi do mnie mówić, bo jestem przy Nim tylko prochem i nicością. Ale i to może być znakiem, który powinno się umieć przyjąć i wierzyć, iż jego sens zostanie we właściwym czasie odsłonięty.
Wracając do niezwykłego odkrycia, rano 19 kwietnia 2024 roku w „Gościu Niedzielnym” znalazłem artykuł Franciszka Kucharczaka „Pokaż dziewczyno, co potrafisz”. Z pobieżnego oglądu dowiedziałem się, iż jego bohaterką jest św. Gemma Galgani, młoda mistyczka włoska, która żyła na przełomie XIX i XX wieku i w chwili śmierci miała zaledwie dwadzieścia pięć lat. Zorientowałem się również, iż znajduje się w nim świadectwo franciszkanina, o. Symplicjusza Sobczyka. Nie przemówiło to jednak do mojej wyobraźni, więc zamierzałem przerzucić te strony bez czytania, ale mój wzrok padł na słowa, które mnie zastanowiły. Zakonnik zdradzał, iż jest przekonany o wielkich łaskach otrzymanych za wstawiennictwem św. Gemmy Galgani. Chociaż nie znałem tej mistyczki tak dobrze, jak swoich ulubionych świętych: Tomasza More’a, Brata Alberta, Karola de Foucauld czy Matki Teresy z Kalkuty ani nie żyłem jej duchowością, coś przynagliło mnie do lektury całego artykułu. Podczas czytania odkrywałem trudną i bolesną drogę życiową tej młodej dziewczyny, a także konteksty zdarzeń, za sprawą których po ponad stu latach od śmierci weszła w życie wielu ludzi, zwłaszcza cierpiących i umierających.
Punktem kulminacyjnym artykułu było wspomniane świadectwo o. Symplicjusza Sobczyka OFM, który sam znajdował się w beznadziejnej sytuacji z powodu nowotworu mózgu. Wyczytałem w nim, iż był operowany w stu dwudziestą rocznicę śmierci św. Gemmy Galgani, o czym dowiedział się dopiero w przeddzień zabiegu. Kiedy opisywał spotkanie na sali operacyjnej z uśmiechającą się do niego bardzo ładną pielęgniarką z upiętymi ciemnymi włosami, przeczuwałem, iż chce powiedzieć, jakoby rozpoznał w niej samą Gemmę. Intuicja mnie nie zawiodła, tak też było, co później o. Symplicjusz potwierdził, mówiąc o odkryciu jej nieznanej fotografii. Moje oszołomienie lekturą nie słabło, zwłaszcza gdy przyznał się do przechodzenia w tamtym czasie przez czyściec, gdyż w ciągu trzech dni po bardzo długiej operacji doświadczył ogromnych cierpień wewnętrznych, połączonych z szatańskimi atakami. Ucichły one czwartego dnia, a on odczuł, iż został uzdrowiony ze wszystkich zranień duchowych, o co modlił się przez czterdzieści lat.
Mój Boże! – pomyślałem – przecież to przydarzyło się również mnie po przeszczepie wątroby. Przez trzy dni doświadczałem niewytłumaczalnego cierpienia duchowego, jakbym znalazł się na dnie piekła. Stąpając po cienkiej linie, przeżywałem niewymowne katusze. Jestem przekonany, iż musiał za tym stać szatan, który chciał, żebym zwątpił. Ale ja, dzięki łasce Bożej trwałem, wypowiadając bez przerwy „Jezu, ufam Tobie”… Wierzę, iż to On wyprowadził mnie z tej otchłani. Do dzisiaj żywię ogromną wdzięczność dla Pana Boga za to, iż mnie ocalił wbrew przewidywaniom lekarzy, którzy uprzedzali o ogromnym ryzyku związanym z operacją. Na szczęście nic złego się nie wydarzyło i wyszedłem z opresji obronną ręką.
Ojciec Symplicjusz Sobczyk OFM mówił dalej w artykule, iż szczególne łaski, których doświadczył, zawdzięcza wstawiennictwu św. Gemmy Galgani. W tym momencie pojawiła się refleksja, komu ja mógłbym zawdzięczać swoje ocalenie. Oczywiste było, iż nowe życie otrzymałem dzięki Najwyższemu Stwórcy. Ponadto wsparcia modlitewnego udzieliło mi wielu bliskich i znajomych. Ponieważ przed operacją miałem dużo czasu, aby „się zabezpieczyć”, poprosiłem o orędownictwo u Boga mojego Anioła Stróża. Oczyma wyobraźni widziałem go podtrzymującego mnie na łóżku operacyjnym, tak samo jak Pana Jezusa w Ogrójcu na obrazie Carla Blocha „Chrystus w Getsemani”. Przyzywałem też pomocy ulubionych świętych. Wówczas odkryłem patronów ludzi po przeszczepach, Kosmę i Damiana, którym codziennie powierzałem siebie…
Nie dokończyłem jednak tych rozważań, ponieważ nagle przyszła mi do głowy myśl, iż skoro operacja o. Symplicjusza Sobczyka OFM odbyła się dokładnie we wspomnienie śmierci św. Gemmy Galgani, powinienem sprawdzić, co wiąże się z datą mojej operacji. Pamiętnej nocy, gdy otrzymałem telefon z kliniki w Warszawie, dowiedziałem się, iż odbędzie się ona prawdopodobnie 12 marca, we wspomnienie św. Grzegorza Wielkiego, papieża , a jednocześnie patrona mojego brata i kilku kolegów, stąd też po zabiegu pomyślałem, iż odtąd dzień imienin brata będzie połączony z datą moich powtórnych narodzin. Jednocześnie przyszła refleksja, iż przecież nigdy do tego świętego się nie modliłem i znam go tylko z tego, iż był wielkim papieżem. Wtedy wróciłem do lektury artykułu. Właśnie zaczynał się krótki rys biograficzny św. Gemmy. Przeczytałem pierwsze zdanie: „Urodziła się 12 marca 1878 roku” i… zamarłem. Pojawiły się pytania: Czyżbym miał skojarzyć ten fakt z datą mojej transplantacji? A może to tylko zbieg okoliczności? Przerwałem jednak dywagacje, ponieważ od dawna jestem w szkole Jezusa – tak mi się przynajmniej wydaje – i umiem czytać znaki.
Wtedy jak na zawołanie w pamięci wyświetliła mi się cała – raczej uboga – moja przygoda ze św. Gemmą Galgani. W czasach szkoły średniej słyszałem, iż była mistyczką i nosiła na swoim ciele stygmaty Męki Pańskiej, ale nic poza tym. Po latach, w 2017 roku, kupiłem książkę o jej życiu, której autorem jest ks. Bernard Galizia, ale przeczytałem zaledwie kilka początkowych rozdziałów, bo inne lektury odwróciły moją uwagę. Kolejne nieoczekiwane spotkanie ze św. Gemmą przeżyłem w grudniu 2023 roku, gdy czekałem na przeszczep. Doszło do niego podczas niedzielnej mszy w parafii Najświętszego Serca Pana Jezusa w Starachowicach, na którą wybraliśmy się z żoną. Po wejściu do świątyni zauważyłem duży baner z fotografią pięknej czarnowłosej dziewczyny o jasnym, przenikliwym spojrzeniu. To była ona – św. Gemma. Spoglądałem na nią przez całą mszę, podczas której poświęcone jej kazanie wygłosił rekolekcjonista z zakonu pasjonistów, o. Rafał Pujsza. Byłem zafascynowany jej świętością i modliłem się do niej, chociaż nie pamiętam, czy w swojej intencji. Po uświadomieniu sobie tego spotkania upewniłem się w przekonaniu, iż odkryty przeze mnie znak jej obecności przy mnie 12 marca 2024 roku, w dniu jej ziemskich narodzin i poniekąd moich powtórnych, nie mógł być przypadkiem. Jest on jak najbardziej cudowny, bo jestem przeświadczony, iż ona podczas tamtej mszy mnie poznała i o mnie wiedziała. Wierzę ponadto, iż tak jak ludzie na ziemi przekazują sobie różne wiadomości na swój temat, także o chorobach – co potwierdzają kolejne osoby, od których dowiaduję się, iż o mnie słyszały i za mnie się modliły, chociaż osobiście ich o to nie prosiłem – tak i święci w niebie mają kontakt ze sobą i czynią to samo. Ufam zatem, iż św. Gemma, współczująca i miłosierna, także mnie pomogła.
Zafascynowany wyznaniem o. Symplicjusza Sobczyka OFM postanowiłem podzielić się z nim swoimi odkryciami. Otrzymana odpowiedź tylko upewniła mnie w przekonaniach: „Z wielką uwagą przeczytałem świadectwo. Jestem poruszony. Nie mam najmniejszej wątpliwości, iż w Pańską historię choroby wmieszała się św. Gemma. Przecież ona cały czas pragnie być w każdym miejscu świata, by wprowadzić grzeszników do Serca Jezusa. Święta Gemma żyje!”. Nie jest to jednak koniec opowieści, ponieważ komentarz do mojej „sprawy” przedstawił także autor artykułu, Franciszek Kucharczak, który dowiedział się o niej od o. Symplicjusza: „Choć od początku miałem poczucie, iż temat tekstu w GN sam na mnie trafił i realizuję Boży zamiar, po przeczytaniu przesłanego mi świadectwa uderzyła mnie jedna rzecz: autor odkrył wstawiennictwo św. Gemmy na podstawie daty jej urodzin, zbieżnej z datą jego operacji. Zdziwiłem się, ponieważ nie mam zwyczaju w tekstach dziennikarskich podawać dat urodzin, zwłaszcza dziennych. zwykle oszczędzam miejsce, zakładając, iż tego typu informacje są nieistotne dla treści, a kto ciekawy, sam doczyta. Dlaczego tym razem nie tylko podałem rok urodzenia Gemmy, a nawet dzień 12 października? [redaktor Kucharczak pomylił się, chodzi o 11 kwietnia 1903 roku – dzień śmierci św. Gemmy – A.K.]. Zaskoczyło mnie to do tego stopnia, iż aż sprawdziłem oryginalny tekst, który wysłałem do redakcji. I rzeczywiście – tak napisałem. Dlaczego? Cóż, dla mnie to kolejne potwierdzenie, iż czasem (a mam nadzieję, iż często) Bóg podsuwa konkretne słowa tak, aby przyniosły odpowiedni skutek, gdy trafią tam, gdzie trzeba. I to takie moje małe świadectwo”.
Tak się też stało. Franciszek Kucharczak w swym artykule o św. Gemmie Galgani przypomniał jej słowa: „Kiedy jesteśmy ściśle związani z Jezusem, nie ma ani krzyża, ani smutku”. Korespondują one z odkryciem, którego dokonałem podczas błogosławionego czasu, a także z tym, czym pragnę żyć i o czym świadczyć. Za wstawiennictwem św. Gemmy Bóg sprawił – w co mocno wierzę – iż wskazanie to przeżyłem namacalnie i świadomie. Dlatego chcę wszystkim głosić, iż zawsze w centrum powinien być pokój płynący od Boga i dobro, nie zaś zło i użalanie się nad sobą, bo w Jezusie Chrystusie rzeczywistość jest już zbawiona. Nasze cierpienie, trudy i ofiary są w nią włączone. Święta Gemmo Galgani, bądź przez cały czas obecna w moim życiu i wspieraj mnie na drogach wiary! Amen.

Andrzej Kominek
Językoznawca, profesor Uniwersytetu Jana Kochanowskiego w Kielcach. Pochodzi ze Starachowic. Pracę naukową łączy z zaangażowaniem społecznym. Założył stowarzyszenie działające na rzecz ludzi z autyzmem „Otwórzmy Świat”, którego przez wiele lat był prezesem. Autor książek. Pasjonat literatury i malarstwa. Od maja 2024 r. jest członkiem Bractwa św. Gemmy Galgani i Grupy Czcicieli św. Gemmy na Facebooku. Wydał książkę na temat św. Gemmy Galgani: „Dziewczyna z perłą” (wyd. Serafin 2025).





![Ostatni mecz Roberta Lewandowskiego na Camp Nou [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/05/epa12963194.jpg)













