Świętego… spotkałem, Fulton Sheen

filipini.eu 1 dzień temu

Jeżeli wyprosisz mi tę łaskę, spróbuję cię spopularyzować w Polsce

Z Izabellą Parowicz rozmawia s. Anna Musiał RSCJ

W jakich okolicznościach spotkała Pani arcybiskupa Sheena? Proszę opowiedzieć o tej niezwykle osobistej, a zarazem rodzinnej historii.

Mniej więcej w roku 2008-2009 udało mi się natrafić na arcybiskupa Sheena poprzez to, iż jeden z moich kolegów, publikował na swoim blogu różne treści, które sobie czytałam i pewnego dnia opublikował wpis na temat arcybiskupa Sheena. Pisał o jego teleewangelizacji, o tym, jak wiele osób nawrócił dzięki swoim programom telewizyjnym i radiowym. Ta postać mnie tak zafascynowała, iż kupiłam sobie parę książek, które napisał, a dowiedziałam się z tego wpisu na blogu, iż tych książek było ponad 60. I byłam tymi lekturami tak zafascynowana, iż postanowiłam kupować następne i tak je sobie czytałam dla własnego pożytku duchowego.

W 2010 roku mój wujek rozchorował się na bardzo źle rokujący i trudny do wyleczenia typ raka migdałków. Była to bardzo smutna wiadomość dla całej rodziny. I wtedy taka myśl przyszła z nieba, z natchnienia Bożego i powiedziałam arcybiskupowi Fultonowi Sheenowi (który zmarł w 1979 roku) tak: „Będę modlić się za Twoim wstawiennictwem o całkowite uzdrowienie wujka przez 30 dni. o ile wyprosisz mi tę łaskę, spróbuję cię spopularyzować w Polsce”. Znalazłam modlitwę beatyfikacyjną, czyli modlitwę do Pana Boga o to, żeby doszło do beatyfikacji arcybiskupa Sheena. Odmawiałam ją przez 30 dni, nikomu o tej modlitwie nie mówiąc. I 30 dnia zadzwonił do mnie wujek i to też samo w sobie było trochę dziwne, ponieważ zwykle dzwoniłby do rodziców, gdyby miał do nas jakąś sprawę, a nie do kogoś z mojego pokolenia. I powiedział: „Jesteś pierwszą osobą, do której dzwonię. Właśnie wróciłem z badań PET i nie mam ani jednej komórki rakowej w organizmie.” Byłam oczywiście pod ogromnym wrażeniem tego, iż właśnie tego 30 dnia dostałam tak wspaniałą wiadomość i iż właśnie ta moja modlitwa została wysłuchana co do dnia z taką precyzją jak w zegarku szwajcarskim. I skoro Arcybiskup ze swojej strony dotrzymał tej umowy, którą na nim wymusiłam, no to trzeba było – jak słowo się rzekło – wywiązać się z niej. I zaczęłam najpierw tłumaczyć krótsze teksty. Założyłam w tym celu profil na Facebooku, później na Twitterze, a w tej chwili na X-ie. W międzyczasie też założyłam bloga abpsheen.pl, gdzie zaczęłam publikować troszkę dłuższe tłumaczenia, a później odważyłam się tłumaczyć książki. Przetłumaczyłam tych książek prawie 10, ale też z wielką euforią zauważyłam, iż inne wydawnictwa w Polsce, iż inni tłumacze również zaczynają podejmować się tego dzieła. I tak ta sprawa się potoczyła. Mam wrażenie, iż ze swojej strony w jakimś stopniu udało mi się z tej umowy wywiązać i widzę, iż dzisiaj wiele osób w Polsce doskonale rozpoznaje Arcybiskupa, a Jego nazwisko nie jest dla polskiego wiernego czy czytelnika obce – wręcz przeciwnie.

Co w Pani odczuciu wpływa na tak dużą popularność arcybiskupa Sheena w Polsce? Co w Jego nauczaniu jest tak bardzo przyciągające? Czym się wyróżnia spośród innych ewangelizatorów?

Wydaje mi się, iż polscy wierni, może też inni wierni, ale oczywiście najlepiej jest ocenić polskiego wiernego, ponieważ jestem jednym z tych polskich wiernych, odczuwa głód klarownego przekazu wiary. Mogę powiedzieć o sobie, iż gdy byłam w liceum, nigdy nie odeszłam od Kościoła, nigdy nie miałam kryzysu wiary, ale zawsze miałam taki niedosyt treści, które pozwoliłyby mi argumentować, dlaczego jestem katolikiem, dlaczego moja wiara jest tą wiarą, która jest wiarą prawdziwą i tą, którą chcę wyznawać. I gdy próbowałam na przykład choćby w liceum poszukiwać tego typu lektur, to było to bardzo trudne i tak naprawdę było mi też trudno znaleźć kogoś, kto by mi mógł takie książki polecić. I tutaj mówię również o kapłanach, o katechetach. To nie było proste, żeby znaleźć literaturę, która pozwala być świadomym katolikiem – może nie tyle w sensie potrzeby jakiegoś większego uświadomienia, ile dostępu do prostej, a jednocześnie przekonującej katechezy. I w książkach arcybiskupa Sheena, sądzę, iż nie tylko ja, ale również bardzo z wielu wiernych dokładnie to dostaje, czyli bardzo klarowny przekaz tego, w co wierzymy, dlaczego w coś wierzymy, na czym polega bycie katolikiem. Jego przeslanie jest też bardzo spójne z tym, co sam reprezentował jako postać, jako kapłan, jako biskup. On nie tylko nauczał, ale też praktykował w swoim życiu te wszystkie zasady, więc jest bardzo wiarygodny.

Książek napisał bardzo wiele, bo tak jak powiedziałam, ponad 60. Oprócz tego zachowało się wiele programów radiowych, telewizyjnych. Publikował też dla prasy, głównie amerykańskiej, ale jest to też wszystko dostępne, więc jego nauczanie docierało pod strzechy amerykańskie. W tej chwili powoli od kilku lat dociera też pod strzechy polskie. I wydaje mi się, iż to jest po prostu pięknie podana odpowiedź na duchowy głód wiernych i nie mówię oczywiście, iż inni kapłani tego nie oferują, ale on ma wyjątkowy dar, dar wymowy, dar tego klarownego przekazu i też takiej formy, która nie kazała mu owijać tych prawd w bawełnę, ale przekazywać ją tak, aby można było ją pokochać.

Arcybiskup Sheen miał też taką bardzo ciekawą metodę. On sobie zdawał sprawę z tego, iż to co miał do przekazania trafia do osób, które są wrogie Kościołowi albo nieufne wobec Kościoła i zawsze powtarzał, iż nie można wygrać spóru kosztem utraty czyjejś duszy. I zawsze proponował czy sugerował, żeby zaczynać od wspólnego mianownika, który łączy jego i jego rozmówcę czy słuchacza i od tego wspólnego mianownika, na przykład pragnienia dobra, wychodzić i podążania do duchowej wspinaczki ku temu najważniejszemu celowi, jakim jest zbawienie ludzkiej duszy.

Wiemy, iż Jan Paweł II niezwykle cenił sobie osobę abpa Sheena i wielokrotnie z wielką przychylnością wyrażał się o Jego nauczaniu. Proszę opowiedzieć więcej o kontaktach tych dwóch wielkich Pasterzy Kościoła.

Wiemy o dwóch udokumentowanych spotkaniach arcybiskupa Sheena i Jana Pawła II. To najważniejsze, takie najbardziej spektakularne, to było to spotkanie 2 października 1979 roku w katedrze nowojorskiej. Ojciec Święty Jan Paweł II był wtedy papieżem od niespełna roku i przyjechał z pielgrzymką do Stanów Zjednoczonych. To spotkanie w katedrze było też tak bardzo spektakularne, ponieważ odbyło się dwa miesiące przed śmiercią arcybiskupa Sheena, kiedy był już w bardzo słabej kondycji zdrowotnej, miał chore serce i ktoś podprowadził tego schorowanego arcybiskupa Sheena do Ojca Świętego. Ta scena bardzo przypomina moment z rozpoczęcia pontyfikatu Jana Pawła II, gdy widzimy kardynała Wyszyńskiego, który próbuje uklęknąć przed Janem Pawłem II, a Jan Paweł II nie pozwala mu uklęknąć i dokładnie to samo rozegrało się właśnie w Nowym Jorku. Arcybiskup Sheen zdjął piuskę, próbował uklęknąć przed Janem Pawłem II, a ten dźwignął go, przytulił do siebie, objął i wyszeptał do ucha te słowa: „Pisałeś i mówiłeś dobrze o naszym Panu Jezusie Chrystusie, jesteś wiernym sługą Kościoła”. I te słowa, jak później wspominał sekretarz arcybiskupa Sheena, były bardzo ważne, były ukoronowaniem jego wieloletniej posługi kapłańskiej, duszpasterskiej i to, iż usłyszał je od Piotra, było dla niego bardzo istotne.

A później jeszcze arcybiskup Sheen podsumował to w takiej przepięknej dedykacji na zdjęciu, na którym właśnie Arcybiskup jest obejmowany i dźwigany przez papieża Jana Pawła II. To zdjęcie arcybiskup Sheen wysłał swojej siostrzenicy i opatrzył je taką piękną dedykacją: „Pozdrowienia od Skały i kamyczka”. Nazwał siebie kamyczkiem, a oczywiście papieża Jana Pawła II – Skałą.

I było to spotkanie takie najbardziej spektakularne, ale oczywiście spotkali się też w czasie Soboru Watykańskiego II. Tutaj też mamy dostęp do wspomnień sekretarza arcybiskupa Sheena. Karol Wojtyła był wtedy młodym biskupem, jednym z najmłodszych na Soborze i bardzo mu zależało na spotkaniu z arcybiskupem Sheenem, bo był pod jego ogromnym wrażeniem. Teologowie przypuszczają, iż badania nad teologią ciała, z której adekwatnie słynie Jan Paweł II, opierały się na naukach arcybiskupa Sheena z połowy XX wieku. Jan Paweł II był tak zafascynowany nauczaniem arcybiskupa Sheena na temat małżeństwa i miłości, iż to podobno posłużyło mu jako podstawa duchowa do opracowania teologii ciała.

Nie ma zbyt wiele informacji o innych kontaktach, jakie ich łączyły, ale na pewno obu łączyła klarowność przekazu, podobny piękny głos, wręcz aktorski. Wzajemnie cenili swój dorobek kaznodziejski, posługę biskupią oraz zaangażowanie w nauczanie wiary. I mam wrażenie, iż arcybiskup Sheen był swego rodzaju wzorem dla Jana Pawła II w różnych aspektach, zarówno nauczania, jak i być może sposobu komunikowania się z wiernymi.

foto: Heide Fest
Izabella Parowicz

z wykształcenia jestem ekonomistą
i specjalizuję się w zagadnieniach dotyczących ochrony dziedzictwa kulturowego.
Jestem pracownikiem Uniwersytetu Europejskiego Viadrina, we Frankfurcie nad Odrą,
w stopniu doktora habilitowanego.

przydatne linki:

https://abpsheen.pl
www.facebook.com/arcybiskupfultonjsheen
https://x.com/FultonSheenPL

***

Dwanaście lat temu patrzyłem na zachwyt mojego kolegi z niedowierzaniem

ks. Tadeusz Górny

Kiedy w 2014 jeden z moich kolegów rocznikowych z seminarium był zachwycony książką Wstęp do religii a rok później na swoich obrazkach prymicyjnych umieścił wizerunek abp. Fultona J. Sheena patrzyłem na jego zachwyt dość sceptycznie. W 2017 roku ta postać wróciła do mnie podczas rekolekcji kapłańskich prowadzonych przez amerykańskiego kardynała Raymonda Burke’a, który często odwoływał się do książki Kapłan nie należy do siebie. Stwierdziłem, iż może warto tam zajrzeć. Możliwość pojawiła się przy okazji odwiedzin jednego kleryka archidiecezji chicagowskiej, który przywiózł mi angielskie wydanie tej książki (nie było jeszcze wtedy wydania polskiego). Zacząłem czytać. I nie umiałem się oderwać od lektury. Chodziłem z tą książką wszędzie. Podkreślałem mnóstwo fragmentów. Niektóre, we własnych tłumaczeniach, publikowałem na Facebooku. Nie dlatego, iż były szczególnie efektowne. Raczej dlatego, iż miałem poczucie, iż ktoś bardzo trafnie nazywa rzeczy, o których sam wcześniej myślałem, ale nie potrafiłem ich wypowiedzieć. Nie mogłem wyjść z zachwytu nad podejściem do kapłaństwa tego amerykańskiego biskupa. Zacząłem więc sięgać po kolejne książki i coraz bardziej poznawać tę niezwykłą postać. Być może dlatego Sheen tak bardzo mnie pociągnął, iż mówił o kapłaństwie bez jego idealizowania. Nie robił z księdza człowieka sukcesu. Przypominał, iż kapłaństwo jest przede wszystkim przynależnością do Chrystusa. Że ksiądz może mieć dobre kazania, wiele pomysłów, ludzi wokół siebie i mnóstwo zajęć, a jednocześnie przegrać to, co najważniejsze. Im dłużej jestem księdzem, tym bardziej rozumiem, jak bardzo łatwo pomylić gorliwość z aktywnością. Sheen nie pozwalał mi o tym zapominać. Kim adekwatnie był ten człowiek, który tak bardzo mnie zachwycił? Fulton John Sheen (1895–1979) był amerykańskim biskupem, filozofem, kaznodzieją i człowiekiem mediów. Przez radio i telewizję mówił o Chrystusie do milionów Amerykanów, a jego programy potrafiły gromadzić przed odbiornikami więcej ludzi niż niejedno popularne widowisko. Miał większą oglądalność niż Frank Sinatra! Był błyskotliwy, dowcipny i niezwykle inteligentny, ale pod tą warstwą krył się przede wszystkim człowiek głębokiej modlitwy i bezgranicznego zakochania w Chrystusie. Z czasem zacząłem rozumieć, iż Sheen przestał być dla mnie autorem książek. Stał się kimś, kogo poznawałem. Okazał się człowiekiem, który potrafił mówić o najtrudniejszych prawdach wiary tak, iż stawały się zrozumiałe, a jednocześnie nie traciły nic ze swojej głębi. Potrafił zachwycić, rozbawić, sprowokować do myślenia, a czasem także bardzo mocno uderzyć w sumienie. Jego przykład życia, zwłaszcza pobożność maryjna i eucharystyczna (codziennie spędzał godzinę na adoracji Najświętszego Sakramentu), stawały się coraz silniejszą inspiracją dla mojego życia jako chrześcijanina i księdza. Pod wpływem lektury zacząłem pytać sam siebie, co z tego, co czytam, wynika dla mojego kapłaństwa. Sheen przypominał mi, iż ksiądz może być świetnym mówcą, intelektualistą czy człowiekiem mediów, ale jeżeli nie ma osobistej relacji z Chrystusem, wszystkie te rzeczy stają się tylko pustą formą. Jego godzinna adoracja zaczęła mnie więc nie tyle zachwycać, ile zawstydzać. Bo skoro on, przy wszystkich swoich obowiązkach, potrafił każdego dnia znaleźć godzinę dla Jezusa, to co adekwatnie mówi moje życie o tym, co jest dla mnie najważniejsze? W 2019 roku trafiła się okazja, żeby po raz pierwszy wyjechać do USA. Oczywistym dla mnie było, iż w czasie wizyty muszę odwiedzić miejsca związane z Sheenem. Ksiądz, u którego gościłem, przynajmniej raz w miesiącu przed moim przyjazdem słyszał: “musimy jechać do Peorii do muzeum Sheena”. W programie podróży musiał się też znaleźć jego grób, który wtedy jeszcze znajdował się w Nowym Jorku. Na kilka dni przed wylotem świat obiegła wiadomość, iż ciało Arcybiskupa przeniesiono do Peorii. 27 czerwca, we wspomnienie Matki Bożej Nieustającej Pomocy, jego ciało spoczęło w sarkofagu pod obrazem… Matki Bożej Nieustającej Pomocy. Przypadek? Nie sądzę. Stojąc przy jego grobie 9 lipca, odebrałem to jako piękny znak miłości Maryi do swojego czciciela. Po krótkiej modlitwie i nawiedzeniu katedry, zwiedziliśmy muzeum i wróciliśmy do Chicago. Ale nie mogło tak zostać. Kilkanaście dni później musiałem tam wrócić. Tym razem po drodze zatrzymałem się w El Paso, niewielkiej miejscowości niedaleko Peorii, gdzie Sheen przyszedł na świat i został ochrzczony. Po powrocie do Polski zachwyt nie zmalał. Pochłaniałem kolejne książki gdy tylko ukazywały się po polsku. Trzy lata później znowu miałem szczęście znaleźć się przy grobie abpa Sheena. Tym razem miałem ze sobą ponad 300 intencji od ludzi z różnych stron Polski, zebranych m.in. dzięki pomocy pani Izabelli Parowicz, tłumaczki i wielkiej popularyzatorki dzieł i osoby abpa Sheena w Polsce. W rozmowie z s. Leą, wicepostulatorką procesu beatyfikacyjnego, oboje doszliśmy do wniosku, iż intencje te są niespotykanie głębokie i piękne. Kolejna okazja do spotkania z Fultonem Sheenem przy jego grobie pojawiła się w lipcu bieżącego roku. Ponownie daliśmy możliwość składania intencji przez fanpage arcybiskupa na Facebooku. Było ich około stu. Wiele dotyczyło świętości życia księży. Sprawy, która otworzyła mnie na poznanie Arcybiskupa. W muzeum dowiedziałem się, iż jedna z pań wolontariuszek w katedrze to babcia Jamesa Fultona Engstroma, dziecka, którego przywrócenie do życia po trwającej 61 minut akcji reanimacyjnej po porodzie, zostało uznane cudem otwierającym drogę do beatyfikacji Sheena. W katedrze witała przybywających z serdecznym uśmiechem na twarzy. Zapytana o historię wnuka, bardzo chętnie podzieliła się swoim świadectwem. Zwłaszcza momentami, o których Bonnie Engstrom, mama Jamesa, nie napisała w swojej książce “61 minut do cudu”. Jak choćby o błędzie w opisie uduszenia pępowiną. Jak opowiadała mi babcia Jamesa, James nie miał pępowiny owiniętej wokół szyi. Pępowina miała natomiast prawdziwy węzeł, który mógł wcześniej ograniczać przepływ krwi i tlenu. Była pełna pokory i radości. Wspominała nawet, iż wybierając imiona dla kolejnych swoich dzieci, rodzice Jamesa pytali się nawzajem, czy nie toczy się jakiś proces beatyfikacyjny osób, które były inspiracją dla imion. To ostatnie spotkanie uświadomiło mi jedną, bardzo istotną sprawę. Historie cudów, na które tak łatwo patrzeć z perspektywy szczęśliwego zakończenia, prawie zawsze zaczynają się w miejscu, w którym człowiek nie widzi żadnego światła. I jedynie wierność i wytrwała ufność Panu Bogu mogą doprowadzić do szczęśliwego końca. Dokładnie tak jak było w życiu abpa Fultona J. Sheena. Codzienna godzinna adoracja Najświętszego Sakramentu i wielkie nabożeństwo do Matki Bożej doprowadziły go do końca ziemskiego życia w kaplicy, przy Najświętszym Sakramencie. Zmarł w nocy z 8 na 9 grudnia 1979 roku. Właśnie skończyła się sobota – dzień tradycyjnie poświęcony Maryi i uroczystość Jej Niepokalanego Poczęcia – a zaczęła niedziela, dzień Zmartwychwstania Chrystusa i rocznica objawień w Guadalupe. Dla mnie także to nie jest przypadek. Im dłużej jestem księdzem, tym bardziej widzę, iż największym zagrożeniem dla kapłaństwa nie musi być wielki upadek. Czasem jest nim zwyczajne przyzwyczajenie: robienie tego, co trzeba, odprawianie kolejnych Mszy, wygłaszanie kolejnych kazań, załatwianie kolejnych spraw. Sheen przypomina mi, iż można przez całe życie wykonywać kapłańskie obowiązki i jednocześnie coraz mniej kochać Tego, do którego one prowadzą. Być może właśnie dlatego dziś, z perspektywy czasu, tak bardzo wracam myślami do mojego pierwszego spotkania z jego postacią. Dwanaście lat temu patrzyłem na zachwyt mojego kolegi z niedowierzaniem. Dziś, kiedy ktoś mówi mi, iż odkrył Sheena, doskonale rozumiem jego fascynację. Jestem ogromnie wdzięczny Panu Bogu za postawienie na mojej drodze życia i powołania postaci arcybiskupa Fultona Johna Sheena. Spotkania, którego adekwatnie nie planowałem. Za każdym razem pojawiał się trochę przypadkiem: najpierw przez kolegę z seminarium, potem przez kardynała Burke’a, następnie przez książki. Później okazało się, iż jego grób przeniesiono właśnie do Peorii kilka dni przed moim pierwszym przyjazdem do Stanów. A kiedy zacząłem przywozić tam intencje ludzi, spotkałem osoby, których życie było bezpośrednio związane z cudem, otwierającym drogę do beatyfikacji. Im więcej czasu mija, tym trudniej traktować te wszystkie spotkania wyłącznie jako przypadek. I chyba właśnie dlatego tytuł tej serii tekstów nie jest dla mnie pustym hasłem. Choć urodziłem się kilkanaście lat po jego śmierci, w pewnym sensie naprawdę mogę powiedzieć: spotkałem świętego.

ks. Tadeusz Górny

prezbiter diecezji gliwickiej,
członek Fraterni Kapłańskiej św. Dominika,
z wykształcenia liturgista,
wikariusz parafii Matki Sprawiedliwości i Miłości Społecznej w Tarnowskich Górach,
moderator rejonowy Ruchu Światło-Życie

przydatne linki:

www.facebook.com/arcybiskupfultonjsheen

www.celebratesheen.com

Idź do oryginalnego materiału