
Nagle przestał to być „błogosławiony z obrazka”
Mariusz Marszałek SAC
Zawsze lubiłem chodzić na cmentarze. Nie w sensie ponurej fascynacji, tylko jako ktoś, dla kogo świętych obcowanie było i pozostaje czymś naturalnym. Cisza, imiona na nagrobkach, światło płonących zniczy – to wszystko od dziecka mówiło mi, iż człowiek nie kończy się na tym, co widać. I chyba dlatego bliskość świętego, którego Bóg postawił na mojej drodze, nie przyszła do mnie jako swego rodzaju sensacja. Było to bardziej odkrywanie kogoś bliskiego mojemu sercu, którego nie dane mi było spotkać fizycznie.
Moje pierwsze spotkanie z bł. ks. Michałem odbyło się przez lekturę. Trafiła do mnie książka „Każda dusza to inny świat”. Z niej dowiedziałem się, iż w realizację żądań Pana Jezusa przekazanych s. Faustynie Kowalskiej zaangażowany był cały sztab ludzi. Że wbrew temu, co powszechnie się mówi, siostra Faustyna nie zrealizowała żadnej z próśb Zbawiciela. Że całe przesłanie przekazane jej przez Jezusa nigdy nie wyszłoby zza klasztornej klauzury, gdyby nie jej wykształcony, mądry spowiednik oraz kierownik duchowy, dzisiaj czczony w Kościele katolickim jako błogosławiony. Byłem zachwycony człowiekiem, który pozostawał w cieniu prostej zakonnicy tylko po to, by swoją osobą nie przysłonić prawdy o Bożym Miłosierdziu. Swoją drogą do dzisiaj intryguje mnie fakt, iż pozostaje on tak mało znany.
Potem przyszedł czas na pisma bł. ks. Michała Sopoćki. I to było kolejne uderzenie, ale już innego rodzaju. Sięgając po „Miłosierdzie Boże w dziełach Jego”, odkryłem człowieka, który potrafił pisać o Bożym miłosierdziu tak, iż stawało się ono teologiczną i egzystencjalną prawdą o Bogu, którego do tej pory znałem ze szkolnej katechezy i rodzinnych przekazów. Teksty ks. Sopoćki prowadziły mnie do uporządkowania myślenia o Bożym miłosierdziu. Konfrontowały mnie z wyobrażeniem Boga i mobilizowały do pracy wewnętrznej nad rozróżnieniem tego, co w moim obrazie Boga jest prawdą zgodną z Oficjalną Nauką Kościoła, a co tylko zdeformowanym przekazem katechetycznym. Wszystko usystematyzowane i poukładane, a przy tym głębokie i pełne ducha.
Kolejny etap przyszedł, kiedy w mojej historii pojawiło się Wilno. Odkrywanie ścieżek ks. Michała w mieście nazywanym Betlejem Bożego Miłosierdzia było jak przejście od książki do człowieka. Nagle przestał to być „błogosławiony z obrazka”. Zobaczyłem spowiednika i kierownika duchowego s. Faustyny jako człowieka z krwi i kości, czyli doświadczającego trudności, mającego wątpliwości, popełniającego błędy, nie zawsze rozumianego przez innych, w tym także swoich przełożonych. I to było dla mnie przełomowe doświadczenie, bo nie potrzebowałem kolejnego świętego z plastiku. Potrzebowałem, i przez cały czas potrzebuję świętych prawdziwych – takich, których świętość nie polega na braku ran, z których biografii usunięto epizody mogące uderzać w stworzony na ludzką modłę ideał świętości. Potrzebuję świętych, których przykład życia pokaże mi, jak radzić sobie z ranami, grzechem, słabością czy też zwyczajnym bólem egzystencjalnym. Mieszkałem w Wilnie 11 lat. Dzięki temu biografia mojego patrona zaczęła być żywa. Miałem okazję chodzić ulicami, odwiedzać miejsca, które wymienia w swoim „Dzienniku”, a zarazem wybrane przez Bożą Opatrzność do bycia świadkiem najważniejszych objawień prywatnych XX wieku.
Bardzo mocno spotkałem także ks. Sopoćkę w czasie pisania pracy magisterskiej. To był inny rodzaj poznania. To było cierpliwe odkrywanie jego duchowej drogi. Kiedy czytałem, analizowałem, zestawiałem fakty, wchodziłem w logikę jego decyzji, odkrywałem kręgosłup jego życia duchowego. Zobaczyłem człowieka, który dojrzewał w wierze, pracował nad sobą, uczył się posłuszeństwa Bogu w konkretnych okolicznościach. Wtedy zobaczyłem ks. Michała także jako przewodnika, ale nie poprzez wielkie słowa, ale poprzez konsekwencję i zaufanie Bogu.
I dziś czasem mnie zaskakuje, iż on jest tak bardzo niezauważany. Jakby jego wkład w szerzenie kultu Bożego Miłosierdzia wciąż był niedoceniony. Choć z drugiej strony ten fakt to szkoła prawdziwej pokory. Ks. Sopoćko uczy mnie, iż nie trzeba mieć wielkiej „widzialności”, żeby być wielkim w oczach Boga. Uczy mnie, iż na drodze miłosierdzia liczy się wierność, nie aplauz. Przykład jego życia pokazuje mi, iż Bóg potrafi prowadzić swoje dzieło także przez tych, którzy stoją trochę w cieniu, posługując się bohaterami drugiego, a niekiedy trzeciego planu.
Jeśli mam wyrazić najprościej, co mi dały spotkania z ks. Michałem Sopoćką, mogę powiedzieć, iż stał się dla mnie kimś, kto nie tyle „opowiada o miłosierdziu”, ile pokazuje, jak się je głosi – spokojnie, wiernie, czasem pomimo niezrozumienia ze strony najbliższych, od których można by oczekiwać wsparcia i zrozumienia. No ale czy nie taka była droga Jezusa, naszego Mistrza i Pana?

Mariusz Marszałek SAC
kapłan katolicki i psychoterapeuta integracyjny w szkoleniu. Związany z Doliną Miłosierdzia w Częstochowie. W ramach projektów Kuźnia Miłosierdzia i Camino Misericordia przybliża duchowość Bożego Miłosierdzia, m.in. przez odwołania do nauczania bł. ks. Michała Sopoćki i św. Faustyny.





![Ten klasztor w Trzebnicy swoją opieką otacza św. Jadwiga [REPORTAŻ]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/04/IMG_20260324_130325.jpg)















