Amerykańskiej religijnej prawicy chodzi o redukcję religii do roli tożsamościowo-identyfikacyjnej, roli organizatora podziału my-oni.
„Nie boję się administracji Donalda Trumpa” i „nie chcę wchodzić z nim w dyskusję” – odpowiedział Leon XIV Donaldowi Trumpowi i jego otoczeniu na ostrą krytykę w ostatnich dniach. Wywołało ją jednoznaczne potępienie przez papieża agresji na Iran, a także imperialistycznej i nieludzkiej polityki amerykańskiego prezydenta wobec migrantów i słabszych, którzy znajdują się w centrum uwagi Kościoła. Amerykańskie władze, nieprzyzwyczajone do tak otwartej krytyki, odpowiedziały gniewem.
Cały spór można byłoby sprowadzić do nieudolnych prób trumpistów, by coś retorycznie i wizerunkowo ugrać na tej medialnej burzy. Ale sprawa jest poważniejsza. W istocie jesteśmy świadkami fundamentalnego sporu o kształt polityki i roli, jaką w niej odgrywają chrześcijaństwo i etyka.
Komizm, który staje się horrorem
Sprawę można analizować pod kątem komizmu. Wiceprezydent J.D. Vance, katolik, najpierw zasugerował, iż papież powinien zajmować się moralnością, a nie polityką – tak jakby sprzeciw wobec bombardowania szkół i obiektów cywilnych nie był problemem moralnym. W kolejnej wypowiedzi Vance przestrzegał papieża przed nieostrożnymi wypowiedziami teologicznymi i przekonywał, iż „możemy się różnić w ocenach, czy ta wojna jest sprawiedliwa”, mając na myśli atak na Iran. No bo przecież różnica w interpretacji oznacza, iż tak naprawdę bombardowanie innych państw jest zupełnie w porządku – zdaje się myśleć amerykański polityk.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Spiker Izby Reprezentantów Mike Johnson – południowy baptysta, który podkreśla, iż cała jego polityka wypływa z religijności – stwierdził z kolei, iż papież po prostu nie bardzo zna teorię wojny sprawiedliwej. Johnson nie doczytał chyba, iż założyciel zakonu Roberta Prevosta, św. Augustyn, był twórcą tej teorii.
Wszystkich jednak przebił Pete Hegseth, sekretarz obrony, który woli nazywać się sekretarzem wojny. Podczas comiesięcznej modlitwy w Pentagonie, na którą zaprasza oficerów i pracowników Pentagonu, wygłosił coś w rodzaju kazania. W jego trakcie przeczytał modlitwę, która według jego słów miała nawiązywać do księgi proroka Ezechiela 25,17. I choć w modlitwie można usłyszeć echa tego fragmentu Biblii, to tak naprawdę jest ona niemal dokładnym cytatem z… filmu „Pulp fiction”.
Jules Winnfield, grany przez Samuela L. Jacksona, tuż przed egzekucją bezbronnego człowieka, wygłasza swoją „modlitwę”, w której zapowiada: „I uderzę na ciebie z wielką pomstą i wściekłym gniewem tych, którzy próbują otruć i zniszczyć moich braci”. Właśnie te słowa powtórzył Hegseth, dostosowując je jedynie do kontekstu amerykańsko-izraelskiej wojny w Iranie.
I tutaj ostatecznie kończy się komizm sytuacji, a odsłania prawdziwy problem. I nie jest nim ignorancja tego czy innego potakiewicza prezydenta Trumpa. Jest nim traktowanie chrześcijaństwa jako decorum, dającego aksjologiczne i estetyczne uzasadnienie dla kultu siły, pieniądza i jednostki. Chodzi zatem o bałwochwalstwo.
Spór uniwersalny, nie personalny
„Biada tym, którzy naginają religię i choćby samo imię Boga do własnych celów wojskowych, ekonomicznych i politycznych, wciągając to, co święte, w to, co jest najbardziej brudne i mroczne” – powiedział Leon XIV 16 kwietnia w Bamendzie, stolicy północno-zachodniego Kamerunu. Choć jego słowa można czytać jako kolejną odpowiedź na bluźniercze wypowiedzi amerykańskich polityków, taka interpretacja byłaby redukcyjna.
Ten region Kamerunu, ale i liczne regiony sąsiedniej Nigerii i innych państw Afryki subsaharyjskiej, od lat pogrążony jest w konflikcie. Papież kieruje więc swoje słowa do wszystkich słuchaczy, choć w pierwszej kolejności tych na miejscu. Afryka subsaharyjska nie może wyjść z krwawych konfliktów etnicznych, napędzanych przez politykę, religię czy choćby styl życia (dotyczy to zwłaszcza ludów rolniczych i pasterskich). Kolejne próby pojednania i pokoju – w Mozambiku, Republice Środkowoafrykańskiej, Sudanie, Nigerii itd. – przeplatane są nowymi epizodami walk. Wszystko to skazuje znaczne części regionu na biedę, cierpienie i brak perspektyw rozwoju.
Zachowania i wypowiedzi amerykańskich polityków, ale także niektóre nurty stojące u podstaw ruchu MAGA, wskazują na służebną rolę chrześcijaństwa wobec polityki
Bartosz Bartosik
Leon pokazuje tym samym, iż nie znajduje się w osobistym konflikcie z prezydentem Trumpem. „Nie jesteśmy politykami, nie patrzymy na politykę zagraniczną z tej samej perspektywy. Ale wierzymy w przesłanie Ewangelii jako budowniczowie pokoju” – powiedział dziennikarzom w drodze do Algieru. Sprzeciw wobec krwiożerczej polityki jest zatem uniwersalny, a nie wymierzony w konkretnego człowieka. Jest on skierowany w taki sam sposób przeciw lokalnemu watażce, totalitarnemu dyktatorowi i przywódcy największej zachodniej demokracji.
Uświadomienie sobie tego może być tym bardziej bolesne dla Donalda Trumpa, iż ten chciałby chyba, by wszystko kręciło się wokół niego. Ale ewangeliczny sprzeciw wobec wojny jest nienegocjowalny i nie ma względu na osoby.
Wizja amerykańskich chrześcijańskich nacjonalistów
Dochodzimy tym samym do systemowego źródła obecnego konfliktu, a jest nim wizja polityki. Jaką rolę pełni w życiu społecznym, komu i czemu ma służyć? Zachowania i wypowiedzi amerykańskich polityków, ale także niektóre nurty stojące u podstaw ruchu MAGA, wskazują na służebną rolę chrześcijaństwa wobec polityki. Dążą do zniesienia rozdziału Kościoła i państwa w myśl zasady, którą niegdyś wyraził wspominany już Mike Johnson: „Ojcowie [założyciele państwa amerykańskiego – B.B.] chcieli ochronić Kościół przed narzucającym się mu państwem, a nie odwrotnie”. Innymi słowy: chodzi o zaprzęgnięcie Kościoła na usługi państwa.
„To ruchy, które chcą zniesienia rozdziału Kościoła od państwa, ustanowienia własnych instytucji, usunięcia «liberalno-lewicowego deep state» i zbudowania czegoś «swojego». I to wszystko ma konsekwencje” – wyjaśnia w znakomitej analizie współczesnej amerykańskiej religijności politycznej dr Maria Rogaczewska na łamach kwartalnika „Więź”. Rogaczewska pokazuje, iż kluczową orientacją amerykańskiej prawicy religijnej jest wspólny wróg: deep state, „obóz liberalno-lewicowy”, woke. To wizja w znacznej mierze tożsamościowa, która źródła problemów szuka przede wszystkim w innych i ucieka od konfrontacji z samym sobą.
Johnson i inni ideolodzy chrześcijańskiego nacjonalizmu w USA twierdzą, iż kraj został stworzony przez chrześcijan i dla chrześcijan. To ekskluzywna wizja „państwa chrześcijańskiego”, w którym jest miejsce dla chrześcijan – przede wszystkim protestantów – a także Żydów, gdyż chrześcijański syjonizm jest często doklejony do tej wizji. W tym sensie projekt ten wymierzony zostaje przede wszystkim w amerykańskich muzułmanów (w dużej mierze czarnoskórych) i przedstawicieli innych religii.
Amerykańskiej religijnej prawicy chodzi zatem o redukcję religii do roli tożsamościowo-identyfikacyjnej; do roli organizatora podziału my-oni.
Katolicka wizja polityki
Tymczasem katolicka wizja polityki orientuje wokół wizji powszechnego braterstwa. „Bardzo pragnę, abyśmy w tym czasie, w którym przyszło nam żyć, uznając godność każdej osoby ludzkiej, byli w stanie na nowo ożywić wśród wszystkich światowe pragnienie braterstwa” – pisał papież Franciszek w encyklice „Fratelli tutti”. I dodawał: „Snujmy marzenia jako jedna ludzkość, jako wędrowcy stworzeni z tego samego ludzkiego ciała, jako dzieci tej samej ziemi, która wszystkich nas gości, każdego z bogactwem jego wiary czy jego przekonań, każdego z jego własnym głosem, wszystkich jako braci!”.
- ks. Wojciech Zyzak
Dorothy Day. Życie – działalność – duchowość
To właśnie w tym leży źródłowa sprzeczność między wizją katolicką – czyli powszechną, co wyraźne widać w zacytowanych słowach Franciszka – a ekskluzywną perspektywą chrześcijańskich nacjonalistów z USA. Polityka jest dla wszystkich, bo wypływa z troski o całe stworzenie, którego jesteśmy kustoszami. Sam Franciszek dowartościował znaczenie polityki jako formy miłości braterskiej. Krytykował zarazem jej gnuśność, służalczość wobec interesów możnych, bogatych i wpływowych, a także brak refleksji etycznej nad politycznymi działaniami.
Linię tę wyraźnie kontynuuje Leon XIV. Występuje przeciwko jednostronnych decyzjom w sprawach międzynarodowych, krytykuje napuszczanie na sobie jednych grup społecznych na drugie, bierze w obronę migrantów, ubogich i słabych. Wyraźne też kontynuuje linię Franciszka, który sprzeciwiał się sprowadzaniu problemów politycznych do kwestii prawa aborcyjnego i politycznych praw osób nieheteronormatywnych.
„Demokracja jest zdrowa tylko wówczas, gdy zakorzeniona jest w prawie moralnym i prawdziwej wizji osoby ludzkiej. Pozbawiona tych podstaw demokracja może stać się tyranią albo maską dominacji elit ekonomicznych i technologicznych” – mówił Leon uczestnikom sesji plenarnej Papieskiej Akademii Nauk Społecznych. Podkreślał też, iż zadaniem polityki jest służba ludziom na całym świecie.
Wrócić do rozpoznania moralnego
W napięciu na linii Watykan-Waszyngton nie chodzi o różnice osobiste. Choć te są oczywiste, gdy przyglądamy się otwartemu na dialog i słuchanie Leonowi i prezydentowi Trumpowi, otoczonemu chórem potakiwaczy, którzy na polityce chcą zrobić dobry biznes.
Boris Johnson, ówczesny premier Wielkiej Brytanii, miał obwieścić, iż „chciwość zwyciężyła”, gdy w wyniku nacisków polityczno-biznesowych Wielka Brytania, jako jeden z pierwszych państw na świecie, rozpoczęła dystrybucję szczepionek przeciw COVID-19. gwałtownie się okazało jednak, iż Johnson się mylił i przegrał.
Może jednak ponowne postawienie na rozpoznanie etyczne i moralne w polityce, o co apeluje Leon XIV, jest nie tylko słuszne, ale długofalowo politycznie skuteczne?
Przeczytaj też: Donald Trump – złoty cielec USA

2 godzin temu