W Neapolu gra się nie tylko o pieniądze, ale o poczucie sensu – o to, by przypadek dał się na moment oswoić i przeliczyć.
Być przesądnym to ignorancja, ale nie być – przynosi pecha.
Eduardo De Filippo
Niedawno kino, kolejny już raz, pomogło mi zrozumieć życie, a przynajmniej miejsce, z którego pochodzę. Kiedy po latach wróciłam do „Cinema Paradiso” Giuseppe Tornatorego, ukochanego filmu, moją uwagę przykuł nie Salvatore Di Vita alias Totò (mały, średni czy duży), nie strzępki pokazywanych na ekranie, często okaleczonych przez cenzurę klasyków, nie muzyka Ennia Morricone, ale Neapolitańczyk Ciccio Spaccafico.
Grany przez Enza Cannavale bohater jest postacią epizodyczną, ale fabularnie naprawdę „sprawczą”. To dzięki jego wygranej na loterii niszczejące Cinema Paradiso staje się Nuovo Cinema Paradiso: kino zostaje odbudowane po dramatycznym pożarze, w którym wzrok traci jedna z najbardziej ikonicznych postaci tej filmowej opowieści, kinooperator Alfredo (w tej roli wielki Philippe Noiret). W wersji reżyserskiej filmu Spaccafico jest wprost opisany jako „paesano originario di Napoli” – współmieszkaniec, ale z neapolitańskim rodowodem, który dorobił się fortuny na loterii piłkarskiej.
Spaccafico, czyli mniej więcej „Rozłupifiga” (brzmi to śmiesznie, ale nazwiska we włoskim bardzo często coś znaczą, a filmowcy uwielbiają się tym bawić), zaistniał na nowo w mojej wyobraźni za sprawą jednego okrzyku: „Neapolitańczyk wygrał na loterii!”. Ta wiadomość rozbrzmiewa na sali kinowej i natychmiast rozsadza porządek dnia: zaciekawieni ludzie wybiegają dowiedzieć się więcej, jakby cudze szczęście było kolejnym spektaklem, na który tym razem nie trzeba kupować biletu.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Co Neapolitańczyk robił akurat wtedy na Sycylii, tego nie wiemy i pewnie się nie dowiemy. Zabawne jest coś innego: z perspektywy mieszkańców Giancaldo (fikcyjnej miejscowości, w której rozgrywa się akcja filmu) Spaccafico uchodzi za człowieka z „północy” Włoch. A potem ten „północny” Neapolitańczyk inwestuje w przybytek najważniejszy dla przetrwania lokalnej wspólnoty.
Dla mnie, urodzonej w pobliżu Neapolu, stało się absolutnie jasne, iż wielkiej fortuny nie mógł wygrać ani Rzymianin, ani Mediolańczyk – musiał ją zdobyć właśnie Neapolitańczyk. Ta scenariuszowa decyzja ma swój rodowód i konsekwencje. Splot słów „Neapol” – „loteria” – „liczby” okazuje się daleki od przypadku.
Drewniane żetony i ruch nadziei
Pochodzę z regionu, którego Neapol jest stolicą. Mam w pamięci Boże Narodzenie, moją rodzinę i sąsiadów, suto zastawione stoły i mały wiklinowy koszyk, którym się potrząsało, aż wypadały drewniane żetony z czerwonymi liczbami – od 1 do 90.
W święta graliśmy w to osobliwe bingo, zwane tombolą. Najfajniejsza była euforia, z jaką witano daną liczbę. Każda coś znaczyła – czasem jakąś rzecz, czasem coś bardziej abstrakcyjnego. Do tego znaczenia dopowiadano przysłowie, uliczny komentarz, nierzadko wulgarny, co nas, dzieciaki, śmieszyło do łez. To nie była zwykła gra, to było radosne, cyrkowe niemal, show.
W dzieciństwie nie zadawałam pytania, dlaczego ta konkretna liczba akurat znaczy to, a nie tamto. Dlaczego „8” to Madonna, a „90” – strach? Skąd dorośli znali ten osobliwy słownik? Kto, kiedy i po co to wszystko wymyślił? Nie miałam wtedy świadomości, jak głęboko zakorzeniona i bogata jest ta tradycja. Nie wiedziałam, iż liczby dla regionu, z którego się wywodzę, są ważne nie tylko od święta, ale także, a może przede wszystkim, na co dzień.
Bo poza grą‑tombolą istnieje w tej kulturze wielka księga interpretacji snów i rzeczywistości, czyli smorfia. Smorfia neapolitańska to tradycyjnie ustny słownik, w którym sny, wydarzenia i postaci świata codziennego przekłada się na liczby od 1 do 90, a potem – na kombinacje do zagrania w lotto. Najpierw funkcjonowała w pamięci i opowieściach „wtajemniczonych”, dopiero z czasem zaczęto ją spisywać w postaci drukowanych ksiąg, zawierających tysiące haseł przypisanych do tych samych dziewięćdziesięciu numerów.
Ten przedziwny system znaków i kryjących się za nimi znaczeń nie musi prowadzić do zbawienia, żeby działał. Wystarczy, iż podtrzymuje ruch
Diana Dąbrowska
Kiedy mieszkańcy Neapolu i okolic opowiadali sobie sny, to nie po to, żeby je psychoanalitycznie interpretować, ale żeby je przeliczyć. Wypadający ząb, duży pies, płonący dom, naga kobieta – wszystko to może mieć swój liczbowy ekwiwalent. W tej logice życie dzienne i senne stają się jednym ciągiem znaków, zapisanym tylko innym alfabetem. A alfabet, jak wiadomo, nie służy do kontemplacji – alfabet służy do komunikacji. W przypadku neapolitańskim chodzi o komunikację z losem.
Najbardziej osobliwy i na swój sposób najbardziej poważny okazuje się moment, kiedy komuś śnią się zmarli. W Neapolu istnieje przekonanie, iż zmarli „wiedzą wszystko” – mają dostęp do wiedzy, której żywi nie mogą posiąść, i iż czasem wracają nie po to, by pocieszyć albo skrzyczeć, ale w konkretnym, biznesowym wręcz celu: by zasugerować wskazówkę. Wskazówkę w formie znaku, który można przeliczyć na numer do zagrania w lotto. Proste, prawda?
Tylko iż w mojej pamięci nie ma wielkich zwycięzców. Nie pamiętam bohaterów gigantycznych wygranych w sąsiedztwie, ani tym bardziej w rodzinie. Nikt nie stawał się lokalnym milionerem Spaccafico. Były raczej wygrane małe: takie, które pozwalają grać dalej. I to być może najbardziej neapolitańskie w całej tej historii – przedziwny system znaków i kryjących się za nimi znaczeń nie musi prowadzić do zbawienia, żeby działał. Wystarczy, iż podtrzymuje ruch. Ruch dłoni, myśli, emocji i ten większy, trudniejszy do nazwania, czyli ruch nadziei.
Wspomniana scena z „Cinema Paradiso” okazała się dla mnie czymś więcej niż detalem. „Neapolitańczyk, który wygrał na loterii” nie stanowi zwykłej postaci, a skrót całej tamtejszej kultury.
Smorfia kontra tombola
Uporządkujmy: tombola nie jest synonimem smorfii. Gra, którą pamiętam z dzieciństwa – a w którą szczególnie Neapolitańczycy bawią się do dziś – korzysta z wielkiej księgi snów, ale jej nie zastępuje. Tombola buduje wspólnotę, która przy stole oddaje się zabawie, grze, performansowi.
Smorfia jest natomiast narzędziem interpretacji. To dzięki niej marzenia senne, powiedzonka, scenki z ulicy, przysłowia czy plotki z podwórka zamieniają się w potencjalne kombinacje: niby banalne trzy czy cztery liczby na kuponie, a jednak poprzedzone całym teatrem znaczeń.
Neapol ma obsesję na punkcie gry w lotto, a smorfia napoletana jest najbardziej rozpoznawalną wersją tej księgi w całych Włoszech. Żadne inne miasto Italii nie kojarzy się tak mocno z praktyką przeliczania świata na liczby.
W smorfii zawiera się sedno neapolitańskości: bycie pomiędzy matematyką i kalkulacją a metafizyką i mistycyzmem, między żartem a lękiem, erotyką a religijnością, polityką a zabobonem. Paradoksalne sploty, z których Neapol został utkany od podszewki aż po czubek.
Pitagoras też grał?
Korzenie smorfii rozmywają się w historii. Badacze są zgodni co do jednego: nie da się wskazać jednej, pewnej daty jej narodzin. Część hipotez sięga głęboko w starożytność – do pitagorejskiej fascynacji liczbami jako sposobem porządkowania świata. To u pitagorejczyków pojawia się idea, iż „wszystko jest liczbą”. Inne wątki prowadzą do starożytnych senników, takich jak „Oneirocritica” Artemidora z Daldis, gdzie sny czytało się w ścisłym związku z życiem śniącego – jego statusem, zawodem, codziennością.
Do tego dochodzi tradycja żydowskiej kabały, w której litery alfabetu hebrajskiego odpowiadają określonym liczbom, a interpretacje buduje się poprzez zbieżność wartości liczbowych słów. Samo słowo „smorfia” bywa w języku włoskim wywodzone albo od Morfeusza, boga snu, albo od kabalistycznego sposobu myślenia o tekście i liczbach – to konkurujące, a nie wykluczające się hipotezy.
Smorfia ma dziś w Neapolu status czegoś pomiędzy sennikiem, słownikiem, kabalistyczną tabelą a ulicznym żartem. Nic dziwnego, iż oznacza po włosku także grymas, minę, która potrafi powiedzieć „nie” szybciej niż język.
Gniew Boży i gra domowa
Gra potrzebuje liczb. A lotto w neapolitańskim wydaniu jest grą traktowaną śmiertelnie poważnie. Miejsce jego narodzin sytuujemy w Republice Genui w 1576 roku. Potem Neapol robi to, co potrafi najlepiej: do faktów dokłada metafizykę i spór moralny – nie jako ozdobnik, ale jako realną siłę polityczną.
Słuchaj też na Youtube, Apple Podcasts i w popularnych aplikacjach podcastowych
5 czerwca 1688 roku miasto i królestwo uderza silne trzęsienie ziemi. W tygodniach po katastrofie beneficjata – „genueńskie lotto” w neapolitańskim wydaniu – staje się osią konfliktu. W korespondencji dyplomatycznej, kazaniach i relacjach pisze się o „gniewie Bożym”, „superstycjach”, praktykach magicznych i demonicznych, które mają towarzyszyć grze. Papiescy dyplomaci naciskają na dwór w Madrycie, duchowieństwo naciska na wicekróla. Efekt jest konkretny: beneficjata zostaje wstrzymana, a następnie zniesiona – decyzję ostateczną uzasadnia się właśnie koniecznością „uśmierzenia gniewu Bożego”.
Lotto wraca do Neapolu w 1712 roku, gdy królestwo znajduje się już pod władzą Habsburgów. Od roku 1735, po objęciu tronu przez Karola Burbona, gra przechodzi stopniowo pod bezpośredni zarząd państwa – tu kończy się faza eksperymentów i dzierżaw, a zaczyna nowoczesna historia państwowego monopolu na lotto.
Najbardziej znana opowieść o genezie tomboli jest, jakżeby inaczej, zdecydowanie neapolitańska i dotyczy roku 1734. Według tradycji doszło wtedy do sporu między królem Karolem III Burbonem, który chciał oficjalnie zalegalizować lotto w królestwie, a dominikaninem Gregoriem Marią Rocco, zagorzałym przeciwnikiem hazardu z powodów religijnych. Kompromis miał polegać na tym, iż gra będzie legalna, ale zabroniona w okresie świątecznym – by nie odciągać wiernych od modlitwy.
Neapolitańczycy nie zamierzali jednak rezygnować z emocji: przenieśli więc grę do domu, do rodzinnego stołu. Tak miała narodzić się tombola: domowa, bożonarodzeniowa wersja lotto, z żetonami w wiklinowym panariello i kartami podzielonymi na dziewięćdziesiąt numerów.
Opowieść tę powtarzają lokalne źródła – od popularnych artykułów po materiały towarzyszące widowisku „Tombola Storica Napoletana del 1734”, które inscenizuje spór między królem a zakonnikiem. Historycy przypominają jednak, iż datę 1734 trzeba traktować raczej symbolicznie. Administracyjne porządkowanie lotto i przechodzenie od beneficjaty do państwowego monopolu to proces rozciągnięty na kilka dekad.
Tak czy inaczej, jedno jest pewne: w XVIII wieku lotto staje się grą masową, regularną. Rośnie głód narzędzia, które pozwala „wydobyć” liczby z życia. I tu smorfia dostaje swoją funkcję – nie tylko tłumaczenia snów, ale tłumaczenia całego świata na zestaw, którym da się zagrać.
Brzuch Neapolu i alkohol biedy
W historii tej musi pojawić się Matilde Serao. Jest ona dla Neapolu kimś w rodzaju wielkiej kronikarki „wnętrzności” miasta: nie pocztówkowej fasady, ale codzienności, która pachnie pracą, biedą, uporem i pragnieniem odmiany.
Kiedy w „Il ventre di Napoli” (Brzuch Neapolu) przygląda się lotto, robi to właśnie dlatego, iż w liczbach odbija się miasto. Lotto nie jest zabawnym zwyczajem ani egzotyczną anegdotą, tylko mechanizmem, który organizuje wyobraźnię i rytm tygodnia: od losowania do losowania, od nadziei do rozczarowania, od „jeszcze raz spróbuję” do „tym razem musi się udać”.
W świecie, w którym biedni mają niewielki wpływ na swoje życie, możliwość „postawienia numeru” bywa jedynym gestem sprawczości
Diana Dąbrowska
W jej opisach lotto staje się jednocześnie pociechą i pułapką, „alkoholem biedy”, który rozgrzewa, ale też uzależnia. Serao rozumie, iż w Neapolu gra się nie tylko o pieniądze, ale o chwilowe poczucie sensu – o to, by przypadek dał się na moment oswoić, nazwać, przeliczyć. W świecie, w którym biedni mają niewielki wpływ na swoje życie, możliwość „postawienia numeru” bywa jedynym gestem sprawczości.
Ta numerologiczna wyobraźnia jest zarazem demokratyczna. Tam, gdzie brakuje dostępu do instytucji i stabilności, pojawia się inny język porozumienia ze światem – język liczb, smorfii, szybkich skojarzeń i gotowych haseł, które wchodzą do rozmów przy stole równie naturalnie jak plotka.
Radość z drobnych przesunięć
Smorfia pełni też funkcję języka żartu i autoironii. Neapolitańczycy potrafią komentować rzeczywistość, rzucając „numerami” zamiast słów; w teatrze, kabarecie, kinie i serialach smorfia bywa przywoływana wprost albo zaszyfrowana w dialogach. U Luciano De Crescenzo – inżyniera, filozofa i pisarza, który tak pięknie opowiadał o neapolitańskiej codzienności – smorfia staje się wręcz modelem lokalnej inteligencji: euforii z interpretowania, z różnicowania znaczeń, z drobnych przesunięć.
W krótkim programie telewizyjnym „L’ingegnere e il gioco del lotto” De Crescenzo zestawia „racjonalność naukową” z logiką smorfii, pokazując, iż ta druga wcale nie jest mniej subtelna: świat można objaśniać zarówno równaniami, jak i numerologicznymi skojarzeniami. Jego słynne zdanie, iż racjonalność naukowa „nie ma się czego wstydzić” wobec interpretacji smorfii, jest żartem, ale i czułą obroną prawa do ludowej metafizyki.
Granice smorfii są precyzyjne, a jednocześnie figlarne: policjant to jedno, policjant na koniu to drugie; zwykły sen to coś innego niż sen powtórzony albo opowiedziany przez kogoś innego. Świat jest tu jednocześnie poważny i niepoważny, jakby nie dało się go utrzymać w jednym tonie.
Coś więcej niż folklor
Smorfia pojawia się szczególnie w sytuacjach granicznych. Ktoś umiera – i ktoś inny gra jego numerami, jakby chciał tę śmierć włączyć w łańcuch sensu, choćby jeżeli chodzi tylko o złudzenie. Ktoś śni zmarłego męża – i ma do niego pretensje, jeżeli we śnie nie podał numerów.
Choroba, katastrofa, erotyczny epizod, konflikt z policją, wiadomości z kroniki kryminalnej – wszystko natychmiast daje się przełożyć na kombinacje. To bardzo mocny obraz neapolitańskiej mentalności: smorfia jest narzędziem, które pozwala oswoić to, co losowe i okrutne.
Smorfia i tombola nie stanowią tylko folkloru. To raczej sposób, w jaki ludzie próbują na chwilę odzyskać kontrolę: opowiedzieć sobie życie w innym języku, przełożyć strach, pragnienie, biedę, miłość i codzienne zdarzenia na coś, co da się „postawić” na stole – na kuponie, na planszy, w liczbie.
Dopóki się gra, dopóty przyszłość – choćby na sekundę – pozostaje otwarta.

2 godzin temu


![Koncert Małej Armii Janosika w Rykach. Wzięła w nim udział Pierwsza Dama [+GALERIA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/01/mid-26117388.jpg)












