Drugi stopień do piekła to głód. Właśnie na nim stoisz. Masz fart, nie musisz się bać. To nie jest ostatni stopień do piekła. Na głodzie można żyć. W bezdusznym świecie syci mają trudniej. Możesz tkwić na tym stopniu do samego końca i żreć, ale powinieneś wiedzieć, iż odtąd czeka cię beznadziejna walka z głodem.
Możesz czytać na dwa sposoby:
1. Co drugi fragment zawierający na początku wytłuszczoną dużą literę, a potem od początku te fragmenty, których nie czytałeś. W ten sposób przeczytasz dwie różne historie.
2. Normalnie, czyli po kolei, ale wtedy nadziejesz się na diabelskie sztuczki, przy pomocy których manipuluje tobą, szatan. No, i mocniej oberwiesz.
Francis Bacon - ekspresja figuratywna. Homoseksualista. Tryptyk, deformacje.
Gustaw Klimt - sztuka totalna. Pocałunek, Adele, Judyta.
Rumianek i Lilia
+ + +
Nigdy nikomu nie powiedział. Wstydził się tego tak bardzo, iż na samo wspomnienie niemal natychmiast dostawał wypieków. Od zawsze, to znaczy od pierwszego razu, kiedy to się stało. A, iż owe wspomnienia nawiedzały go nader często, mówili o nim Rumiany, aż w końcu został Rumiankiem. Ktoś rzucił, innym przypasowało i tak zostało.
Blada się urodziła, położna myślała, iż martwa, ale ją klepnęła w pupę, a ta w ryk! Taka cera. Prócz tego, wszystko normalnie, tylko ta bladość... nie dawała ludziom żyć. Wszystkim dookoła. Ktoś powiedział: normalnie jak lilia, i tak przylgnęło, iż stało się jej imieniem. Później zrobiła się jeszcze dziwniejsza - malować lubiła, ale nigdy nie malowała normalnie i nikomu to się nie podobało. Jej malunki były denerwujące, niosły niepokój, może lęk. Nikt nie wiedział, co na nich jest. Nie dało się tego powiedzieć. Po prostu bezsensowne marnotrawienie czasu w dziwne hobby. Dlatego odbywało się palenie.
Od kołyski lgnął do Kościoła, wolał różaniec od grzechotek i uśmiechał się do świętych obrazków, a płakał jak mu byle jakie zdjęcia pokazywali. Potem, gdy trochę starszy był, to na mszy, mordy nie darł, nie łobuzował i nigdy wstydu nie przyniósł. Na ministranta wyrósł, do mszy służył, jednak do seminarium nie poszedł. Głowa za słaba do nauki i do życia chyba też, bo w końcu kościelnym został. Dalej w służbie.
Lilia była uparta, w końcu przestała płakać i zaczęła malować po kryjomu. Kiedy tylko mogła znaleźć dobrą wymówkę, żeby zniknąć na kilka godzin. Jednak teraz malowała inaczej. Powoli, bardzo powoli, umieszczając mnóstwo szczegółów, widocznych jedynie przy wnikliwym wpatrywaniu się w obraz. Potem zamalowała, i znowu... Warstwa po warstwie. I tak po dwóch latach namalowała swój pierwszy, potem drugi i trzeci. Wszystkie starannie ukryte, żeby nikt nigdy ich nie zobaczył.
Z telewizji dowiedział się, iż to złe, ale on by tego tak nie oceniał. Nigdy tak nie oceniał. To była rzecz ukryta zasłoną wstydu, nie dla ludzkich oczu, ani uszu. Po prostu tajemnica nie podlegająca ludzkiej ocenie. Zwykli ludzie nie rozumieją takich rzeczy. Nie czuł się ofiarą, może... wybranym. Nie rozumial dlaczego dorośli ludzie wyciągają takie rzeczy sprzed wielu lat. On nigdy by nie potrafił. Cały wstyd spadłby na niego i go zadusił. Zresztą..., adekwatnszym słowem będzie namaszczenie.
Fantazje miała, żeby sztukę studiować, malarstwo, czy coś tam, ale wiadomo - dziewucha z wioski tępa, z matematyki jej nie puścili i doić poszła w gospodarstwie sołtysa. Rodzice marzyli, żeby ją za żonę sołtysowego syna dać, ale gdzie on by takiego dziwoląga brał? Wszyscy by się z niego śmiali. W dodatku to malowanie. Jeszcze ściany by malować zaczęła po swojemu. Coś z głową nie tak, inaczej trudno zrozumieć. Zresztą ludzie nie są od rozumienia. Psychiatrzy są i księża od tego. Długo ani jeden, ani drugi się nią nie zajął. Żaden z kawalerów nie chciał takiej. Co prawda, ona też nikogo nie chciała, ale czy to ważne?
Nowy ksiądz od razu go wypatrzył. Inny był, niż reszta księży. Taki spokojny, cichy niby, a w gruncie rzeczy `swój`. Beczkę od proboszcza brał i nią jeździł, a w niej magnetofon na kasety. Puszczał Bajm i Lombard. To było dużym zaskoczeniem dla Rumianka, kiedy pierwszy raz odwiózł go pod sam dom. Miłym zaskoczeniem, bo Rumianek bardzo lubił te zespoły, szczególnie `Szklaną`, którą Marek - kazal mówić sobie `na ty`, puszczał specjalnie dla niego. Za drugim razem zaszedł do domu i zrobiła się wielka uroczystość. Rodzice byli szczęśliwi, kiedy wychwalał pociechę. W sumie trudno powiedzieć za co, ale komplementował jak nikt dotąd. Jednak to jeszcze nie był ten czas, kiedy Rumianek zaczął się rumienić.
Ważne jest to, co jest i jak jest, a to nie napawa optymizmem. Cóż, ludzie różni się rodzą, nieszczęśliwi też. Przykrość dla rodziny, wstyd..., jakiś domiar Boży. Za dobrze było i Bóg obdarzył takim dziwolągiem. Nie ma o czym gadać przed ludźmi, tylko spuścić głowę i poszukać innego tematu. Każdy ma coś tam na sumieniu, to wytknąć. Ciężko żyć wśród ludzi, ale ludziom też ciężko. Można ludzi zrozumieć. Każdemu ciężko. Ale nie ma co narzekać. Dawniej by taką pognali i tak by się skończyło. Niech szuka po świecie, gdzie ją przyjmą. Diabli... Wszyscy patrzą na nią w kościele. Lepiej by było przed ludźmi, jakby nie chodziła wcale. Do komunii nie przystępuje, ani do spowiedzi, czego ona tam szuka? Diabli...
Pierwszy raz na plebanii też był uroczysty. Na ścianach dwóch pokoi Marka wisiało mnóstwo obrazów. I wcale nie były święte. Większość dziwaczna, nie przypominała niczego, a Rumianek był zaskoczony jeszcze bardziej, niż za pierwszym razem w beczce przy `Szklanej`. Ksiądz wyjaśnił mu, iż to reprodukcje obrazów najlepszych współczesnych malarzy. Ale dlaczego najlepszych? Bo oryginał każdego z nich jest wart wiele milionów dolarów. Dziwaczne, ale żeby to zrozumieć należy zagłębić się w szczegóły - dopowiedział wikary. Na Rumianku wywarło to takie wrażenie, iż odtąd zaczął się w nie zagłębiać. Wspólnie z Markiem.
Szukała Boga, ale nigdy Go nie znalazła, ani w Kościele, ani w tych wszystkich ludziach, którzy zachowywali się jak automaty i tego nie widzieli. Klękali, siadali, wstawali. Dla Słowa byli przezroczyści. Przechodziło przez nich i ulatywało w pustą przestrzeń. Kapłan klepał, a oni odlatywali w skupieniu jak słowo, chyba, iż też automatycznie recytowali formułki. Wreszcie ciężki do zniesienia śpiew z dziesiątek rzężących gardeł. Smutne raczej, niż radosne. Przytłaczające zjawisko. Jednak chodziła jak wszyscy, także na przekór ludziom. Niech się napatrzą na nią, niech myślą, niech gadają, niech zabiją.
Na plebanii, w zakrystii, w lesie. Przed reprodukcją Bacona. Boże... jakże człowiek jest niedoskonały... i jeszcze każesz mi na to patrzeć... Deformacja jest istotą rzeczywistości. Przed Klimtem. Na choince by się nie zmieściło tyle świecidełek, ale czlowiek wszystko pomieści. A, w lesie przed dziełem Bożym. Przed przyrodą. Na kolanach, potem na pieska. I to jest ten czas, kiedy Rumianek nieustannie się rumienił. Nie przestał nawet, kiedy wikary wyjechał na stałe do Rzymu. Zostały obrazy malowane przez wielkich mistrzów dla jego zawstydzenia. Inne niż wszystko. Wciąż wierny Bogu i Kościołowi patrzył teraz z politowaniem na obrazy w świątyni i wszystkie inne, które u kogoś napotkał. Napawał się reprodukcjami, które podarował mu Marek i w końcu sam zaczął gromadzić kopie mniej i bardziej uznanych malarzy. W osobistym aspekcie jego kolekcja była znaczona Baconem.
Pochodzili z sąsiednich wiosek. Rumianek i Lilia. Coś tam o sobie słyszeli, bo wieści się rozchodzą choćby po sąsiednich wioskach, ale niewiele. Tyle, iż on Rumianek - kościelny, a ona blady dziwoląg od bezmyślnych malunków w dzieciństwie. Dotąd nie dane im było na siebie natrafić, ale ta chwila wreszcie nastąpiła. W kościele podczas mszy żałobnej, bo w jakiś tam pokrętny sposób obie rodziny były ze sobą skoligacone. Po prostu zmarła bardzo stara osoba, która wiązała obie rodziny i stąd to nagłe spotkanie, ale to, iż stanęli obok siebie w kościele to już czysty przypadek. Chyba? Ludzie zerkali na nich, niektórzy uśmiechali się, ale to nie były życzliwe uśmiechy. Kryły szyderstwo i złośliwości. Widzieli ten kontrast pomiędzy nimi, obraz niedopasowania i stąd na ich twarzach malowały się uśmieszki. Mimo to, a raczej temu na przekór dominowało poczucie, iż `dobrana z nich para`. Ludzie dla ludzi, a takie dla siebie. Rumianek i Srulia. Lilia znaczy. Ja, pierniczę - jaki Romeo! Jaki Romeo, taka Julia. Rumianek i Lilia. On czerwony na mordzie, ona biała. On święcony w kościele, ona czarownica chyba. Ludzie zamiast żałobę obchodzić, muszą patrzeć na to! Z drugiej strony... jakby na duszy lżej. Cudzy przesłania własny ciężar. Przynajmniej iluzorycznie.
Ksiądz proboszcz był potężnym mężczyzną. Na pewno w sensie tuszy. Twarz miał pełną wybroczyn i nalaną. Buraczkową od alkoholu pitego każdego dnia od rana. Małymi łyczkami z piersiówki, do której musiał kilka razy w ciągu dnia nalewać. Czynność ta niezmiernie go irytowała z powodu trzęsących się rąk i zawsze nie mógł się doczekać, kiedy wieczorem wreszcie golnie sobie normalnie z kielicha. Takiego do koniaku. Zasadniczo nie ma różnicy, jaki w nim gatunek alkoholu, po prostu jest praktyczny i godny proboszcza. Po służbie oczywiście. W czasie służby piersiówka, tyłem do gapiów. Kapłan musi zapić ludzkie grzechy. Po spowiedzi przede wszystkim. Najlepiej zapić i zapomnieć. Wiadomo, iż niektórych się nie da, ale przynajmniej wszystek bełkot. Inaczej spowiednik by zwariował. Niby taka edukacja, bibliotek pełno, książki pod nosem, doktorzy też, a co się kapłan nasłucha w konfesjonale, to skóra cierpnie. Nie chce się ludziom, niczego się nie chce. Ale to dobrze, z tego pasterz siłę czerpie i grochem rzuca za jałmużnę. Potem się dziwią, iż kapłan na nich tak patrzy, a przecież rentgena w oczach nie ma, łba nie prześwietli - zapije grzechy i zapomni, a potem pogardę ma dla wszystkich jednakową. Koniec końców tylko ona zostaje.
Dziwnym trafem usiedli po sąsiedzku przy stole w remizie na poczęstunku. Długo żadne się nie odzywało, w końcu Rumianek przysunął się bliżej i nieśmiało zapytał - malujesz coś jeszcze? Lilia natychmiast potrząsnęła głową, ale kiedy on dłużej wpatrywał się w nią, sama nie rozumiejąc dlaczego - skinęła twierdząco głową. Uśmiechnął się ciepło i ponownie zapytał - pokażesz? Reakcja była prawie identyczna jak za pierwszem razem, z tą różnicą, iż brakowało skinęcia na tak. W końcu dał za wygraną.
Rumianek powoli i starannie rowinął płótno na podłodze. Najpierw mrugał oczami, a chwilę potem po jego policzkach popłynęły łzy. Obraz krzyczał. Wszystko było zdeformowane, świeciło bladym, odbitym światłem i nic do siebie nie pasowało. Wpatrywał się chciwie, kiedy zdeformowane elementy zaczęły ukazywać znajome kształty. Niesamowite! Znalazł też siebie samego zaklętego w pąk, który nigdy się nie rozwinie. Białe płatki jego kielicha zrośnięte brzegami, starą, nie zagojoną blizną. A, z jego wnętrza, przebija żrenica. Rozszerzona jak wtedy. Za mgłą wstydu i zdumienia. Goryczy i upodlenia. W tle, rów między stanami. Materii i Duszy, w którym zanurzeni płyną lunatycy. Panie Boże Wszechmogący! Tyś mnie takim uczynił! Z wody i popiołu. Na ludzką obrazę i niepodobieństwo. Ale, czy to ja zbłądziłem, kiedy tam poszedłem i lgnąłem? Czemuś, więc na mnie zesłał deformację? Czemu, aż dotąd tego nie wiedziałem? Czy to nie Twoją ręką ujrzałem, Panie, obraz malowany? Prawdę Twoją objawioną mnie, najnikczemniejszemu z istot Twoich, Panie? To szepcąc łkał żałośnie.
Odkąd zaczęła tworzyć, a zaczęła wcześnie, jej malunki były palone. Najpierw paliła matka. Zwyczajnie, wrzucała do pieca, gdy znalazła gdzieś na wierzchu. Ohydztwa takie. Potem rówieśnicy, zanim zdążyła skończyć. Wystarczyło, iż namalowała kilka kresek i to był powód to zniszczenia. Nigdy nie powinna malować. Nigdy. Nie wolno jej, bo innym się nie podoba, a wielu ma wręcz uczulenie. Muszą zniszczyć, najlepiej spalić.
Przyszedł wieczorem do jej pokoju. Wiedział, iż Rumianek jest na dole - u Zbyszka. Śmierdział wódą z daleka, zataczał się i sapał. Akurat kładła podkład na płótnie. Zaszedł ją od tyłu. Nie odwróciła się. Złapał obiema dłońmi za piersi i przycisnął do siebie.
- Nie! - warknęła.
Proboszcz nie odpuszczał.
- Nie będę więcej jeździła skrobać twojego ścierwa! - syknęła.
- Milcz suko! Kto powiedziedział, iż to moje?
- Nie twoje? To z wiatrem na mnie przyszło, co?
- Zamilcz! To, za co, ty chcesz mieć dach nad głową, dziecko?
- Wyjdź! Precz!
Ale, on był uparty. Trzymał ją jędną ręką, a drugą szamotał się z majtkami pod sukienką, aż je rozerwał. Próbowała się wyrwać, ale on był zbyt silny. Obrócił się z nią w kierunku stołu, położył jak lalkę brzuchem na blacie, a po chwili wszedł w nią mocno i brutalnie. Przestała reagować. Bezsilna i upokorzona czekała, aż skończy. Napierał tak przez kilka minut, a potem zaczął robić mu się miękki.
- Jesteś jak zużyta kurwa! - rzucił. Może, ty myślisz, iż kapłan nie jest mężczyzną, co? No, powiedz to szmato!
Wyszedł z niej zwiotczały, zrobił krok w tył, po czym zachwiał się i upadł. Lilia zaśmiała się, ale kiedy proboszcz zaczął się gramolić po upadku jej śmiech przeszedł w histeryczny. Śmiała się jak wariatka.
- Ty kurwo! Ty szmato, czekaj, ja, ci pokaże! - krzyczał kapłan będąc na kolanach. Wstał wreszcie i wyszedł. Wrócił po kilku minutach z otwartą butelką spirytusu. Lilia nie spodziewała się takiego ataku. Stała pośrodku pokoju i patrzyła z niedowierzaniem. Proboszcz krzyczał:
- precz moce nieczyste! Precz siły piekielne! Precz szatanie! Chlustał z butelki po ścianach na jej płótna, na sztalugę i na nią samą. Kiedy opróżnił butelkę, pogmerał pod sutanną i wyciągnął zapalniczkę. Lilia natychmiast ruszyła na niego, ale on zdążył odpalić i natychmiast pojawiły się ogniki. W ostatniej chwili odskoczyła i wybiegła na korytarz. Po chwili pijany proboszcz za nią. Rwał sutannę na sobie i przeklinał na czym świat stoi.
- Wynocha! Wynocha na ulicę! Pod latarnie! Won!
Zeszła na dół, zamknęła się w łazience i tam przeczekała do rana. Jak zwykle. Miała dosyć. Miała dosyć ciągłego chowania się. Zamykania w pokoju, w łazience, w kancelarii nawet. A, Rumianek? To smutne, ale on ma obowiązki u wikarego. Zawsze wtedy, kiedy ona, go potrzebuje. Proboszcz jest jak mr Hyde i mr Jekyll. W dzień słodki, a już wieczorem potwór. W dodatku nic nie pamięta, co robi po nocach. Zamracza go. Często budzi się nad ranem gdzieś na podłodze. Jeśliby ktoś chciał w nocy chodzić na plebanii po ciemku, to może się potknąć o proboszcza. Mniej więcej tak to wygląda i nikt nie zwraca na to uwagi. A, ona... nie chciała już więcej zabijać nienarodzonych, choćby takiego...
Madame de Beaumont była profesorem sztuki i wykładowcą oraz jednym z najlepszych ekspertów od figuratywnego ekspresjonizmu i nie tylko. To ona pierwsza wydała sąd nad kilkoma szkicami, fotografiami ukończonych płócien i jednym niewielkim, zwiniętym i zabezpieczonym w sztywnej tubie płótnem z dalekiego kraju. Wysłanych na adres galerii w Nowym Yorku przez najprawdopodobniej agenta niezwykłej artystki. Obrazy Konic stały się poszukiwane.
Teraz opadnie zasłona. Wrzuć sobie w tle:
https://www.youtube.com/embed/mnqzzPZ36c8&list=RDmnqzzPZ36c8&start_radio=1
- Nie, nie, to wykluczone - proboszcz powtarzał się jak katarynka. Pod schodami plebanii stali członkowie rodzin Rumianka i Lilii zjednoczeni w nieszczęściu.
- Miejsce na cmentarzu z serca dam, tam za kapliczką, z tyłu jest takie miejsce pod ogrodzeniem. Krzaki możecie wyciąć i tam zakopać, ale mszy za samobójców odprawić nie mogę. I Matki Boskiej wy mi tu nie wzywajcie! Dziewuchę przyjąłem z serca, bo z chałupy wam uciekła, dachu nie miała, a ona, nam kościelnego zaczarowała i jak Judasz, Pana Boga Naszego zdradzili. I mnie zdradzili. I was też! Ile wstydu wy teraz macie! Ile hańby na was spadło! Do domów idźcie i tam wyjcie, a w niedzielę do kościoła do spowiedzi, żeby i was złe nie wzięło we władanie jak te biedne dzieci! Odwrócił się i trzasnął drzwiami.
Rumianek długo szukał swojej przyjaciółki, już myślał, że... uciekła stąd. Wreszcie znalazł ją w ogrodzie. Noc była ciepła i bezwietrzna, a Lilia leżała na środku klombu pośród wysokich bylin, w czarnej, żałobnej sukni, ale ona jarzyła się setkami światełek. To świetliki na godach całą ją obsiadły. Gdzie, niegdzie ich światełka układały się w przedziwne wzory. choćby jej twarz, jeszcze bledsza niż zwykle, wręcz biała jak papier była widoczna na tle tej wielości maleńkich światełek. Z daleka suknia skrzyła się jak gwiaździste niebo. Ten widok przyprawił Rumianka o słabość jakiej jeszcze nie zaznał. Natychmiast o tym pomyślał - obok niej brakuje kochanka. Ale, gdy podszedł bliżej i zobaczył na trawniku obok, blistry po lekach i butelkę po winie, zrozumiał. Wziął ją w objęcia i podniósł, ale jego własny dramat zwyciężył. Z powrotem położył ją tam , gdzie wcześniej leżała. Świetliki odleciały i zobaczył ciemność. Jeszcze tej nocy wścibski gówniarz, który niedawno na komunię dostał polaroida, przyszedł sobie do księżowskiego ogrodu na czereśnie. Przy okazji coś wypatrzył - kościelnego obejmującego czule gospodynię na trawniku. Widocznie spali, bo nic się nie ruszali. W dodatku obsiadły ich święcące robaki. Cyknął im kilka zdjęć i wrócił do czereśniowego drzewa.
Miejsca między kaplicą, a ogrodzeniem cmentarza nie było tyle, co mówił proboszcz. choćby dwóch metrów nie było, w dodatku tam rosły drzewa, a nie jak według niego - krzaki. Starsza kobieta z pomarszczoną twarzą i chustą na głowie stała pod ścianą kaplicy i bezglośnie poruszała wyschniętymi wargami. Po jej policzkach spływały łzy, które co chwila obcierała dłonią. Wreszcie wrócił jej głos i sama do siebie powiedziała:
- Ja już do niego nie pójdę. Ile jeszcze upokorzenia muszę znieść? Droga krzyżowa. Czemu ja winna?
- Drzewa trzeba będzie wyciąć i korzenie rwać, inaczej dołu nie wykopią. Ciężka robota będzie. No i proboszczowi trzeba powiedzieć o tych drzewach - orzekł ojciec Rumianka i odszedł. Kobieta została sama i długo jeszcze stała i patrzyła na to miejsce płacząc.
Proboszcz nie zgodził się na wycięcie drzew. Stwierdził, iż krzaki tak, ale drzew na cmentarzu wycinać nie wolno. Kiedy ojciec Rumianka zaczął gadkę o korzeniach drzew, ten wściekł się i krzyczał, żeby grzebali między korzeniami, a dół może być płytszy. Płytą wszystko przykryć i nikt nie będzie się czepiał.
Zbyszek pochodził z dużego miasta i był przeciętnym, dość sympatycznym chłopakiem. Nic nie wskazywało jego późniejszej drogi, chyba tylko to, iż wolał chłopców, niż dziewczyny i w tym sensie był anormalny. Jego wysokie libido objawiło się dość wcześnie i miewał z tego powodu niemałe kłopoty. Większości chłopakom nie podobały się jego zaloty i zdarzało się, iż wracał do domu pobity. Cóż..., jeśliby kobiety dysponowały podobną siłą pięści, to większość mężczyzn chodziłaby po tym świecie potłuczona jak bezpański pies. Heteryckie szczęście meżczyzn i źródło wszelkich męskich urojeń. Pewnego dnia obudził się pod kroplówką na szpitalnym wyrze, cały obolały. Pomału wracała pamięć. To był obiekt jego westchnień z kumplami. Przyszli z kijami bejsbolowami i zrobili mu pedałowanie. Mieli ze sobą butelkę, ale zrezygnowali, kiedy już leżał na ziemi nieprzytomny. Wtedy, w szpitalu zaczęła w nim kiełkować ta myśl. O ucieczce. O seminarium. Słyszał, iż tam większość chłopaków jest jak on i te rzeczy... Nie czuł mięty do Boga, ani religii, ale cóż..., skoro to jedyna możliwość - przyjmę ten balast - myślał.
Jednak dobrze się tam odnalazł. Nie, nie wszyscy chłopacy, ale wielu. Nie było z tym żadnego problemu. Oczywiście w tajemnicy, cichutko, w ukryciu, ale pięknie. Miał to każdego dnia. Niestety podpadł ekscelencji. Po prostu, mimo swoich preferencji nie mógl się przemóc i odmówił. Ekscelencja nie zapomiał i kiedy nadszedł czas, rozkazał poszukać dla świeżo upieczonego wikarego Zbigniewa konkretnego zadupia.
Po dwóch tygodniach we wsi miało miejsce niesłychane wydarzenie. W samo południe przez wioskę przetoczyła się kawalkada samochodów. Ważniacy jacyś, bo w czarnych limuzynach i dwóch terenówkach. W dodatku na dziwacznych tablicach rejestracyjnych. Podjechali wprost pod plebanię i zaczęli wysiadać. Zebrali się w dwóch gromadkach i rozglądali wokół siebie wyraźnie skonsternowani.
We wsi zrobiło się poruszenie, pierwsza wybiegła z chałup gównażeria, no chyba, iż aktualnie była na podwórzu. Pobiegli za kolumną wolno przejeżdżających aut. Póżniej kawalerowie i rezolutne dziewuchy. Reszta wyglądała przez okna. W końcu proboszcz wyszedł na schody i w tej samej chwili podszedł do niego mężczyzna w czarnym garniturze.
- Dzień dobry! Bardzo przepraszam księdza za najście. Jestem tłumaczem przy ambasadzie Stanów Zjednoczonych. Ci państwo są przedstawicielami amerykańskich galerii obrazów, a tamci z New York Times - zwrócił głowę w kierunku fotoreporterów. Poszukują agenta Lilianny Konic i jej samej oczywiście. Mają ten adres, dlatego tu przybyli. Czy ksiądz wie coś może o Andrzeju Zambrowskim?
Proboszcz najpierw zaśmiał się, potem odchrząknął, omiótł wzrokiem zebranych przed plebanią i powiedział chłodno:
- Nie żyje.
-Jak to? Od kiedy? - dopytywał.
- Od trzech tygodni odparł kapłan.
Tłumacz zwrócił się w kierunku towarzystwa z którym przyjechał i przemówił w obcym języku. Nastało poruszenie. Wszyscy naraz zaczęli dyskutować i zadawać mu pytania. Po chwili ponownie zwrócił się do proboszcza:
- A, ta malarka? Wie może ksiądz, gdzie ją znajdziemy?
- Jaka z niej malarka? Nie żyje. Oboje targnęli się na życie. Proszę już odjechać, tu jest Dom Boży - odparł, potem odwrócił się i schował na plebanii trzaskając drzwiami.
Tłumacz był skonsternowany. Dopiero zrobiło się zamieszanie, kiedy wreszcie im przetłumaczył. Niektórzy coś krzyczeli. Nagle do obcych podszedł wioskowy rozrabiaka, który wszędzie biegał z polaroidem. Tamtej nocy zrobić kilka zdjęć zanim przyjechała policja. Pokazywał je innym - kolegom i paru starszym osobom. Wszyscy się śmieli do rozpuku. Teraz dla zabawy pokazał je obcym.
- Oh my God! - niosło się echem. Jakaś kobieta z rokoko na głowie, do której wszyscy zwracali się `madame` westchnęła cicho: `Gustavo` i osunęła się na ziemię. Podobieństwo było udarzejące. Ale, to nie był `Pocałunek` Gustawa Klimta. To był pocałunek śmierci.
Wreszcie, kiedy wszyscy nieco ochłonęli, tłumacz ponownie wcisnął dzwonek u drzwi plebanii. Księdzu widocznie się nie spieszyło, a kiedy wyszedł nie wyglądał na życzliwie usposobionego.
- Ksiądz wybaczy, ale to bardzo ważna sprawa. Może ksiądz wie, gdzie znajdują się płótna Konic?
- Nie - odparł mu sucho.
- Może ksiądz wie cokolwiek? Proboszcz zrobił się czerwony jak rak.
- Nie mówiłem, żebyście już pojechali? Won! - warknął.
- Ksiądz nie rozumie, jutro cały świat będzie mówił o tym miejscu - powiedział cicho, jakby sam do siebie, tłumacz.
Ale ksiądz usłyszał.
- W dupie mam wasz świat. Idźcie z tym do diabła, on, wam pokaże drogę! Won!
Obcy nie odjeżdżali. Przez okno widać było jak się kłębią, dyskutują i żywiołowo gestykulują. Proboszcz znalał wikarego i kazał mu przegonić intruzów. Ksiądz Zbyszek, aczkolwiek niechętnie to jednak pofatygował się, by wykonać polecenie. Jak ze wszystkim. Raczej nie miał wyboru. Wrócił po kilku minutach, a tamci dalej tkwili pod plebanią. Teraz wyraźnie na coś czekali.
- Czego oni jeszcze chcą? - krzyknął na wikarego, kiedy ten tylko przekroczył próg.
- Chcą kupić te nadpalone płótna. Oferują bardzo dużo pieniędzy.
- Co? Przecież ich nie ma? Kazałem ci wszystko wyrzucić. Wszystkie ich rzeczy!
- Płótna zachowałem, wielebny. Proszę o wybaczenie!
- Dobrze już. Ile dają?
- Nie wiem. Chcą je zobaczyć i pororozmawiać, ale mówią, iż mogą być warte bardzo dużo.
- Dobra. Wpuść ich, ale tylko tych, co mają pieniądze. I niech ci dziennikarze najpierw odjadą.
Na stole w jadalni wikary rozłożył dwa płótna Konic. Goście zachowywali się bardzo dziwnie. Cięzko powiedzieć, co widzieli. Ani proboszcz, ani wikary nie widzieli niczego. Niczego poza kaprysem, chorą obsesją wiejskiej dziewuchy. Obaj jednak tolerowali ten kaprys z wiadomych sobie powodów. Czas się dłużył, a oni tkwili niczym w hipnozie z wybauszonymi oczami nad płótnami. Proboszcz co chwila łypał na zegarek, wreszcie chrząknął. Raz, potem drugi, aż w końcu nie wytrzymał:
- To ile za te obrazy państwo proponują?
Tłumacz jakiś czas dyskutował z nimi, a oni pochyleni nad stołem nie odrywali się od płócien.
- Pytają, czy są jeszcze jakieś inne?
- Były jeszcze dwa, ale są mocno nadpalone - oznajmił wikary.
- A, ja pytałem ile dają? - wtrącił proboszcz.
- Chwileczkę proszę. To nie potrwa długo.Obcy coś tam wymienili między sobą, potakiwali glowami i kwota padła.
-Za te dwa powiedzmy pięć milionów, ale państwo chcą zobaczyć wszy..
Tłumacz nie zdążył dokończyć, bo proboszcz wykrzyknął:
- ile?
- Pięć milionów dolarów amerykańskich.
- Zbyszek, ty idź szybko, przynieś te spalone państwu! Już!
Ciężko dyszał, kiedy to mówił.
Tego samego dnia proboszcz przytulał do serca na zmianę: czek na dwadzieścia milionów dolarów i wikarego, cały czas popijając z kieliszka.
- Bóg nam zapłacił już za życia za nasz trud i poświęcenie, Zbyszku!
- Tak! O, wielebny! Za nasz wspólny trud.
Całował Zbyszka po czole, głaskał i błogosławił.
- Bóg cię natchnął chyba, żeś mnie nie posłuchal i tego nie wywalił. Dlatego ci wybaczam mój synu marnotrawny!
- Nie, coś mi się zdawało, iż one...
- Co takiego, synu?
- A, nic wielebny, sam już nie wiem. Wypijmy!
- Ale popatrz - te dwa spalone droższe, niż tamte. Ile oni by dali, jakby nam ogień nie odebrał? Diabeł nam odebrał, synu. Na ścianę mnie rzucił z tą butelką, wtedy się trochę polało i zaraz ogień poszedł. Chwała Bogu, iż nie wszystko. I, iż spalone też kupę pieniędzy warte. A, ty wiesz ile to jest pieniędzy? Nie każdy biskup ma tyle, synu, a jak ma, to nie zawsze może je wydać. A, to są nasze pieniądze, możemy wydać na co chcemy, synu!
- O, tak! Wielebny!
- A, ty słyszałeś, iż ten Rumianek to był jej agent?
- Jaki tam agent z niego, wielebny - śmiał się do rozpuku wikary.
- Nie śmiej się! Oni gadali, iż agent. Popatrz... taki pętak i agent. Nigdy by mi do głowy nie przyszło. A, może i ty jesteś agent, co? Synku?
- No, co też wielebny wygaduje. To ja schowałem te malunki przed utratą pieniędzy!
- No, dobrze już synku, tak sobie rozmyślam tylko o tym, co nas spotkało. Dobrze, iż ona, go zabrała ze sobą.
- Kogo?
- No, tego naszego agenta, Rumianka.
- Aha... Myśli wielebny, iż to ona? Że przez nią?
- A, przez kogo? Ona od dziecka była przeklęta. Długo proboszczem już jestem, pamiętam ją. Dla ludzi też przeklęta była. Nie tylko u Boga. Teraz się smażą z naszym agentem w ogniu piekielnym.
- Myśli wielebny?
- Kara musi być synu. Oboje zdradzili Pana Boga swego. Nas zdradzili. Ludzi zdradzili.
- Ale zostały obrazy i się udało zarobić, zostawmy już ich, wielebny.
- O, nie synu! Kara za grzech śmiertelny musi być. Inaczej do czego my byśmy byli potrzebni?
- Dobrze, wielebny. Ich piekło, nasze pieniądze. Wypijmy!
- Amen.
- Matko Boska! Jakiż to ciężar. Dopiero teraz go czuje.
- Jaki znowu ciężar, wielebny?
- Ten czek synu. Czy ty wiesz, ile to jest pieniędzy?
- Wiem bardzo dobrze.
- Nic nie wiesz. Takich pieniędzy nie można mieć na takim zadupiu, synku. Musimy wyjechać... a, mnie już tylko do kieliszka ciągnie. Nie chcę stąd wyjeżdżać.
- To nie wyjedzie wielebny.
- A, co ty nie wiesz jaki to dramat dla kapłana mszę odprawiać, kiedy już taca niepotrzebna?
- Nie wiem, nigdy tak nie miałem.
- No, widzisz. I ja też. To po co my teraz mamy odprawiać?
- Ja z tym skończę.
- Jak to?
- Normalnie. Zrzucę sutannę i wyjadę.
- Zdradzisz Pana Boga swego? Ty skurwysynu! Że ja takiego na własnej piersi! Boże wybacz mi!
To nie było zamierzone, ale jest zakończenie dla czytelnika, który lubi czuć choćby iluzję sprawiedliwości. Otóż ona istnieje... czasem. Pomiędzy pijanymi kapłanami doszło do szarpaniny. Wikary był jednak silniejszy, a może sprytniejszy od większego od siebie i upasionego jak wieprz proboszcza. Ten rozsierdzony i w ataku bezsilności wepchnął sobie czek do ust, i nim wikary zdążył zareagować, popijał wódką wprost z butelki. W końcu zwymiotował na podłogę, ale to, co zostało z czeku nie nadawało się już do użytku.

.webp)





![Pierz brudy we własnym domu [RECENZJA]](https://misyjne.pl/wp-content/uploads/2026/05/uid_7159f83ed8d54154af66c33bda81007f_width_1143_play_0_pos_0_gs_0_height_643.jpg)







