Rozczarowałam się, i to dobrze. Zakonnica pisze do osób konsekrowanych

2 godzin temu
Zdjęcie: Zakonnice


W postulacie dowiedziałam się, iż nie wiem, jak wykręcać szmatę do podłogi. Że za głośno chodzę. I mam „niezakonny śmiech”. Do dziś nie umiem śmiać się na poważnie.

Siostro, Bracie,

Jesteś rozczarowana? Jesteś rozczarowany?

Nie spiesz się z odpowiedzią. Może prościej będzie, jeżeli najpierw ja opowiem o sobie.

Jestem rozczarowana życiem zakonnym. Wbrew temu, czego można by się spodziewać, nie zamierzam jednak tworzyć tu litanii w stylu:

przełożonymi – zawiodłam się;
monotonią modlitwy – zawiodłam się;
siostrami – zawiodłam się.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Rozczarowały mnie wyobrażenia i oczekiwania. Rozczarowały mnie obietnice z powołaniowych plakatów i filmików pełnych uśmiechniętych młodych konsekrowanych. Rozczarowała mnie codzienność życia wspólnoty. Rozczarowałam się sobą.

To dobrze. Teraz już mogę napisać Ci, iż to dobrze.

Wtedy, kiedy dokonywały się najbardziej przełomowe momenty, kiedy codzienność zakonna urealniała się, traciła tę życzeniową powłokę doskonałości, na pewno nie napisałabym do Ciebie tego listu. To było trzęsienie w „ziemi obiecanej”: mury, które miały się nigdy nie zachwiać, runęły jak te Jerychońskie, a w tle dudniły trąby i grała orkiestra złudzeń – jak na tonącym Titanicu.

Nowe cudze nadzieje

Na początku jest wstąpienie do zgromadzenia: jakaś ulga, iż „to się dzieje” i ekscytacja, iż dzieje się naprawdę. Takie przyjemne doświadczenie wolności, radości, pewnego zwycięstwa: podjęłam decyzję i konsekwentnie, mimo lęku i zdroworozsądkowych argumentów przeciw, dotarłam do furty klasztornej z życiem zapakowanym w plecak i reklamówkę.

I ta atmosfera przyjęcia! Te ledwo idące zakonne babcie, niemal odrzucające kule, by dotknąć i przekonać się, iż nie jestem wytworem wyobraźni. Siostry cieszyły się, jakbym była żywym dowodem na wysłuchanie długoletniego modlitewnego wołania, jakbym była odpowiedzią, obietnicą przedłużenia rodu, niesienia dziedzictwa i tradycji na krańce świata, aż miną czas, czasy i połowa czasu. Ściskały i obejmowały mnie niemal jak Zachariasz małego Jezusa. W powietrzu już prawie brzmiały te słowa: „Teraz, o Władco, pozwalasz odejść słudze Twemu w pokoju, według Twojego słowa. Bo moje oczy ujrzały” i…

… rozczarowanie pierwsze. Poczucie zwycięstwa, uwolnienia spod presji oczekiwań rodziców, znajomych czy świata spektakularnie pęka, jak bańka mydlana rozpryskuje się i, dostając się do oczu, drażni je nieprzyjemnie. Wpadasz właśnie w nowe „cudze nadzieje”. Jakby egzamin z wolności, mimo iż zaliczony, trzeba było powtarzać.

Tak jak wiara domaga się rozumu, tak czas zmagań i kryzysu domaga się obecności – zarówno Boga, jak i człowieka

s. Dyzma

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Do tego dochodzi wrażenie podróży w czasie. Nie mam na myśli tajemniczego świata krużganków, śpiewów gregoriańskich, rękopisów świętych Założycieli, czy mistycznej ciszy pachnącej kadzidłem i stygnącym woskiem zgaszonych świec. Czujesz po prostu dyskomfort bycia „najmłodszym w rodzinie”. A może choćby dzieckiem, które „nie wie, nie umie, nie rozumie”.

Dowiedziałam się w postulacie, iż nie wiem, jak wykręcać szmatę do podłogi. I iż tupię. I w ogóle – za głośno chodzę. No i śmiech… ten niezakonny śmiech. Próby jego „uszlachetnienia” uznano za brak poważnego podejścia do sprawy. Do dziś nie umiem śmiać się na poważnie (sic!). To jednak, jak z czasem się okazuje, tylko beztroskie preludium, prowadzące do zasadniczych wielkich rozczarowań.

Byle do wieczora

Nie wiem, ile razy z chaosu kłębiącego się w głowie odczytywałam tylko: „To się nie dzieje naprawdę”. Sceny, słowa, wyrażone przekonania, zachowania nie z tego świata. Nie, nie mam na myśli przebóstwienia i wzniosłej antycypacji życia przyszłego. Piszę o takich scenach, słowach, wyrażonych przekonaniach i zachowaniach, które nie należą ani do kategorii ewangelicznych ani po ludzku przyzwoitych. O trzęsieniu „ziemi obiecanej”, które zapowiada wtórny wstrząs i ogłuszającą ciszę umierających ideałów.

Czytelnik, który nie zna życia zakonnego od środka, mógłby wyobrazić sobie teraz całkiem niezwykłe obrazy: trochę rodem z horrorów, trochę z kryminałów, trochę z thrillerów psychologicznych. Pisząc o tej nieprzyzwoitości mam jednak na myśli historie zakonnej codzienności. To, na przykład, nieugięte siostrzane niechęci. Fałszywe świadectwo, które na obraz i podobieństwo plotek kreuje i narzuca stosunek do obgadanej „nielubianej”. Korzystanie z mocy ślubów na sposób im przeciwny (nożem można chleb ukroić i można pokaleczyć, prawda?).

Nowość Nowość Promocja!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Ta nieprzyzwoitość to idea posłuszeństwa przekształcona we wszechwładzę, śluby ubóstwa zmienione w narzędzie upokorzenia, czystość jako zwykła teoria, której definicja i jej granice zależą od kontekstu. To warunkowanie miłości (kochamy tych z lewej, nie kochamy tych z prawej – lub odwrotnie) i zamienianie wiary w magiczny zbiór rytuałów bliższych lękowemu natręctwu niż podtrzymywanej żywej relacji z Bogiem.

Wiesz, o czym piszę? Przeszły Ci przez myśl te momenty życia zakonnego, kiedy to, co zobaczyłeś, usłyszałeś, czego byłeś świadkiem, powaliło Cię? Może pamiętasz tylko to, jaka była wtedy pogoda, jaka pora roku, albo co było tego dnia na obiad. Albo to, jaki kolor miała podłoga, bo Twój wzrok wbił się w nią, jakby chciał zakotwiczyć się w czymś stabilnym, żeby ciało nie runęło z wielkim hukiem… I żeby po prostu przeżyć. Wytrzymać. Byle do wieczora, kiedy będzie można zamknąć się – wręcz zabarykadować – w celi. Albo przebiec kilka kilometrów, łudząc się, iż tak można się oddalić od tego wydarzenia.

Mam nadzieję, iż był wtedy przy Tobie ktoś, przy kim można było się wypłakać, wyzłościć, wykrzyczeć, bezpiecznie pomilczeć, ochłonąć i… nie „zamodlić” sprawy. Słyszałeś kiedyś tę „złotą radę”, iż sytuacje kryzysowe trzeba po prostu przemodlić? Wiem, iż znasz ją dobrze. I domyślam się, iż wiesz już, iż modlitwa to nie magia, która w mgnieniu oka zmienia rzeczywistość. W modlitwie jest takie zmaganie, które doprowadza czasem do zwichnięcia biodra, do sięgania po język psalmów złorzeczących, do pocenia się krwią.

Ale chodzi w niej o coś jeszcze. Modlący się Jezus w Getsemani prosił uczniów o obecność. Pragnął, aby byli przy nim ludzie. I to jacy! Jeden z nich za chwilę będzie wymachiwał mieczem i ciężko kogoś okaleczy, a niedawno deklarowana gotowość pójścia z przyjacielem na śmierć przegra z utrzymaniem dobrej reputacji u służącej. Tak jak wiara domaga się rozumu, tak czas zmagań i kryzysu domaga się obecności – zarówno Boga, jak i człowieka.

Prawda jest taka jak my

Czytam kolejne artykuły i książki, słucham wywiadów oraz podcastów o rozczarowaniach życiem zakonnym: o brutalnych relacjach, krzywdach, nadużyciach, przemocy i skandalach, patologii i wynaturzeniu. Generalnie: co dobrego może być z zakonu?

W kontrze do tych narracji pojawiają się inne, równie skrajne: iż świat nas atakuje, iż jesteśmy prześladowani, iż to w nas spoczywa nadzieja na ocalenie porządku rzeczy; iż nasze dłonie mają niemal cudowną moc unicestwiania wirusów, i iż z definicji nie jesteśmy zdolni do popełnienia jakiegokolwiek zła, a wstąpienie do zakonu jest gwarantem zbawienia. Jedni w autobusie na wejściu mnie atakują, a inni ustępują miejsca (choć wiekiem przypominają moich dziadków).

Są sytuacje, kiedy trzeba strząsnąć proch z sandałów i wyjść. Kiedy czujesz, iż Twoje życie duchowe jest narażone na śmierć, iż rozpadasz się i dłużej nie możesz tak funkcjonować

s. Dyzma

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Prawda nie leży ani na skrajnych biegunach, ani pośrodku. Ona jest taka jak my – konsekrowani. Trochę w nas dobrych łotrów, trochę zapatrzonych w Jezusa Marii i krzątających się pośród codziennych obowiązków Mart. Są w nas wzniosłe myśli, piękne idee, ciepłe słowa i gesty, ale też skłonność do małostkowości, cynizmu i hipokryzji.

Czasem wybieramy patetyczność i górnolotne deklamacje, a niekiedy ordynarne i prostackie żarty. Dokonujemy heroicznych działań, poświęcamy się i ryzykujemy dla dobra najmniejszych, ale też odwracamy wzrok od zła, które dzieje się tuż obok. Ta mieszanina doświadczania siebie i wspólnoty zakonnej sprawia, iż decyzja o wstąpieniu do zakonu dokonuje się nie tylko przed pierwszym przekroczeniem furty, ale co jakiś czas, kiedy presja – zarówno zewnętrzna, jak i wewnętrzna – zmienia się w pytanie: „Czyż i wy chcecie odejść?”.

Wiem, iż są sytuacje, kiedy trzeba strząsnąć proch z sandałów i wyjść. Kiedy czujesz, iż Twoje życie duchowe jest narażone na śmierć, iż rozpadasz się i dłużej nie możesz tak funkcjonować. Mam nadzieję, iż nigdy nie doświadczysz tak dramatycznego dylematu: „Zostać czy odejść?”. A jeżeli on się pojawi – mam nadzieję, iż będziesz mieć przy sobie prawdziwie mądrych i dobrych ludzi.

Bądź mi Bratem, bądź mi Siostrą

Ufam, iż ten list dotrze do Ciebie na dzień życia konsekrowanego, dlatego dołączam życzenia:

Siostro, Bracie, życzę Ci przeżycia rozczarowań, które wraz z rozpadnięciem się świata oczekiwań pozwolą zakosztować Prawdy. Życzę Ci realizmu, który w przeciwieństwie do iluzji nie zagoni Cię w pułapkę obrażania się i gnuśnienia, ale podpowie, kiedy trzeba strząsnąć proch z sandałów i wyjść, kiedy nazwać rzecz po imieniu (choćby to imię budziło najwyższe obrzydzenie), a kiedy iść spać, choćby największa burza potrząsała Twoim klasztorem jak łodzią rybacką.

Życzę Ci chwil na zielonych niwach, życzę Ci cudu przemienienia żałobnych lamentów w taniec, życzę, byś miał sprawdzonych przyjaciół i abyś sam okazał się takim przyjacielem. Życzę Ci wolności od przymusu zasługiwania na miłość i szacunek.

Życzę Ci chwil opierania się o pierś Jezusa i słuchania uderzeń Jego serca. Życzę, byś po chwilach wyparcia się przynależności do Boga odważył się na nowo budować z Nim więź. Życzę Ci oglądania cudów i zgody na brak nadzwyczajnych interwencji; albo zgody na takie ich opóźnienia, iż już wkoło unosi się odór rozkładu wszelkich nadziei.

Życzę Ci chwil euforii z siostrami i braćmi, życzę międzypokoleniowego niezakonnego śmiechu, życzę rozczarowania sobą i zmartwychwstawania z tego stanu. Dobrze Ci życzę.

A jeżeli u mnie pojawią się kolejne rozczarowania, proszę: bądź mi Bratem. Bądź mi Siostrą. Pomóż mi przez nie przejść.

Twoja Siostra od błogosławionych rozczarowań

Idź do oryginalnego materiału