Przymus i naga siła pod dyktando USA. Atak na Wenezuelę i jego konsekwencje

2 miesięcy temu
Zdjęcie: Fot. The White House


Czy kontrola nad wenezuelską ropą jest ostatecznym celem Amerykanów? O tym wie tylko prezydent i jego najbliższe otoczenie. Nieprzewidywalność jest częścią nowej doktryny Trumpa.

Czy wojskowy komponent polityki zagranicznej Donalda Trumpa to jego innowacja? Jedynie kontynuacja wieloletniej strategii USA? A może coś pomiędzy?

W mojej ocenie w Waszyngtonie doszło do fundamentalnej zmiany w uświęconej już tradycji. przez cały czas obserwujemy operacje policyjne – znane z teorii Antoniego Negriego i Michaela Hardta – inicjowane przez globalne imperium, jednak nabrały one nowych, jeszcze bardziej nieprzewidywalnych i brutalnych cech. Próba zalegalizowania działań przeciwko Nicolásowi Maduro, jego porwanie i chęć narzucenia Wenezueli realizacji amerykańskich interesów, w niczym nie przypominają operacji Pustynna Burza czy inwazji na Afganistan.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Tym razem USA wykorzystały własny system sprawiedliwości, by „zalegalizować” operację przed sądem w Nowym Jorku, bez choćby sygnalizowania potrzeby budowy szerokiej koalicji międzynarodowej lub wewnętrznej, a choćby prośby o symboliczne wsparcie któregokolwiek z partnerów zagranicznych. Trump postawił na medialną narrację i inicjatywę osobistą, pomijając Kongres i formalną deklarację wojny, nazywając całość „operacją policyjną”.

Amerykanie nie oglądają się na nikogo

Dlaczego amerykański prezydent wybrał taki sposób działania? Bo dostrzegł ryzyko wciągnięcia w przewlekły i kosztowny konflikt, który mógłby skutkować kryzysem politycznym w samym szczycie cyklu wyborczego, podczas gdy jego elektorat już sygnalizuje rozczarowanie wynikające z jego koncentracji na sprawach międzynarodowych.

Co więcej, brakuje mu cierpliwości do subtelnych, trwających dziesięciolecia taktyk dywersyjnych stosowanych przez USA. Jako produkt kultury definiowanej przez natychmiastowe rezultaty, żąda on błyskawicznych sukcesów dyplomatycznych. Celem jest projekcja miażdżącej siły przy minimalnych kosztach dla USA, Donalda Trumpa i ruchu MAGA, co pozwala na szybkie ogłoszenie zwycięstwa, a następnie wycofanie się. Dokładnie tak, jak stało się to w konflikcie z Iranem w czerwcu 2025 roku.

Nie ma tu miejsca na długofalowe działania narracyjne czy operacyjne, takie jak narracje dotyczące irackiej broni masowego rażenia po 11 września, czy opowieści o budowaniu demokracji powstałe wokół wojny w Afganistanie. Pod tym względem trumpowska strategia polityczna reprezentuje zerwanie z dziedzictwem ostatnich czterdziestu lat amerykańskiej polityki międzynarodowej, dążąc do skupienia na natychmiastowym sprawstwie i decyzyjności skupionej na najbliższym kręgu prezydenta USA bez oglądania się na partnerów.

Jaki jest ostateczny cel Amerykanów?

Na ten moment wszystko wskazuje, iż Trump liczy na osiągnięcie porozumienia z następcami Maduro, mianowicie z wiceprezydent wykonawczą, Delcy Rodríguez. Deklaratywnie amerykański przywódca żąda dostępu do wenezuelskiej ropy. Pytanie jednak brzmi, na jakich warunkach. Tego dziś nie wiemy. I nie wie tego chyba choćby sam Trump.

Trump sygnalizuje rozwój nowego reżimu twardej imperialnej polityki, który odrzuca dyplomatyczną grę pozorów, a jednocześnie służy budowaniu kultu wszechpotężnego przywódcy, skupionego na zaspokajaniu potrzeb krajowego elektoratu, pełnego niechęci wobec dotychczasowych globalnych elit

Wojciech Albert Łobodziński

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Amerykańskim casus belli była jednak kwestia narkotyków, które mają trafiać do USA właśnie z i za pośrednictwem Wenezueli. Nie mamy jednak dostępu do dowodów w tej materii. Co więcej, wydaje się, iż sprawa fentanylu została wykorzystana przez administrację Trumpa raczej jako wygodna pożywka dla krajowych mediów niż realne oskarżenie wobec Maduro. Rzeczywistość jest taka, iż tylko około 10 proc. kokainy na amerykańskim rynku pochodzi z Wenezueli, a o fentanylu wypowiadają się częściej politycy, a nie eksperci.

Nie byłoby jednak zaskoczeniem, gdyby obecna blokada kraju, najpewniej przez cały czas rządzonego przez ludzi Maduro, została nagle zniesiona ze względu na „osiągnięcie celów” przez Waszyngton. Ale i równie prawdopodobne jest ponowne użycie siły przez USA, gdyby nie udało się osiągnąć satysfakcjonujących rezultatów politycznych.

Druga fala ataków wisi w tej chwili nad Caracas niczym miecz Damoklesa i jest tylko kwestią jednoosobowej decyzji amerykańskiego prezydenta, czy zechce go użyć. 7 stycznia Trump poinformował media o porozumieniu między Wenezuelą a Waszyngtonem, mówiącym o eksporcie ropy wartej 2 mld dolarów. Czy to jest ostateczny cel Amerykanów? O tym wie tylko prezydent i jego najbliższe otoczenie. Nieprzewidywalność jest częścią nowej doktryny Donalda Trumpa.

Zastraszanie innych krajów

Jednocześnie w całej operacji nie chodziło jedynie o ropę czy relacje gospodarcze, a o zastraszenie państw półkuli zachodniej. Wskazują na to najnowsze wypowiedzi amerykańskiej administracji, m.in. sekretarza stanu, Marco Rubio, wymierzone w Kubę, Kolumbię czy Meksyk, jak i doniesienia mówiące o tym, iż Nicolás Maduro oferował USA „deal” gwarantujący spełnienie amerykańskich żądań i dostęp do wenezuelskich surowców już w październiku zeszłego roku. Innymi słowy, USA zaatakowały Wenezuelę, bo mogły zrobić z niej przykład nowych realiów rządzących „ich” połową świata. Biorąc pod uwagę ogromne rezerwy ropy naftowej Wenezueli, jej próby współpracy z Chinami, Rosją i Iranem stanowiły bezpośrednie zagrożenie dla interesów Waszyngtonu.

Promocja!
  • ks. Wojciech Zyzak

Dorothy Day. Życie – działalność – duchowość

44,00 55,00
Do koszyka
Książka – 44,00 55,00 E-book – 39,60 49,50

Choć udana interwencja wojskowa ułatwia realizację tych celów, ich długoterminowe powodzenie zależy od szerszych czynników strukturalnych, takich jak wzorce handlowe, zdolności produkcyjne i przewaga technologiczna. Wiele zależy od reakcji globalnej – a konkretnie od tego, czy narody Ameryki Południowej, na czele z Brazylią, dadzą się zastraszyć i zmusić do uległości, czy też zostaną zepchnięte głębiej w ramiona Pekinu i Moskwy. Europa nie jest zdolna ani chętna do odegrania żadnej roli w regionie, na co wskazują przedłużające się, trudne społecznie i politycznie dyskusje dotyczące umowy z Mercosur.

Ponadto droga do realizacji ostatecznego planu USA zakreślonego w najnowszej Strategii Bezpieczeństwa Narodowego, a więc stabilizacji politycznej na zachodniej półkuli na amerykańskich warunkach, pozostaje niepewna. Reakcja państw europejskich, a w szczególności Wielkiej Brytanii, sugeruje, iż o operacji wymierzonej w Maduro Waszyngton nie poinformował swoich najbliższych sojuszników. Co więcej, chwilę później cały splendor tej, z punktu widzenia wojskowego, niezwykle udanej operacji, posłużył zastraszaniu Danii i Unii Europejskiej w kwestii amerykańskich roszczeń wobec Grenlandii.

Te wydarzenia, jak i brak zdecydowanej odpowiedzi ze strony globalnych aktorów, potwierdza całkowitą erozję prawa międzynarodowego. Ta niepokojąca dla Europy sytuacja pokazuje, iż USA są coraz bardziej skłonne do omijania ustalonych reguł choćby w kontaktach z zachodnimi sojusznikami.

Naga siła nowym paradygmatem

Przez dziesięciolecia normy międzynarodowe oraz „fasada” globalnych uregulowań służyły jako strategiczne ograniczenie ambicji imperialnych, zmuszając supermocarstwa do zachowania przynajmniej pozorów legalności poprzez złożone wysiłki militarne lub konspiracyjne. Weszliśmy jednak w erę, w której te formalności są odrzucane jako zwykłe ozdobniki „miękkiej lewicowej” ideologii. Ta zmiana wyznacza, zasygnalizowany przez Trumpa, rozwój nowego reżimu twardej imperialnej polityki, który odrzuca dyplomatyczną grę pozorów, a jednocześnie służy budowaniu kultu wszechpotężnego przywódcy, skupionego na zaspokajaniu potrzeb krajowego elektoratu, pełnego niechęci wobec dotychczasowych globalnych elit.

W przeciwieństwie do administracji Reagana czy Busha, które czuły się zmuszone do podtrzymywania pozorów międzynarodowego porządku, obecny Biały Dom – według niektórych naśladując styl Putina czy Netanjahu – uważa poleganie na prawie międzynarodowym za atrybut słabych. W jego wizji naga siła całkowicie zastąpiła potrzebę instytucjonalnej powściągliwości.

Ta całkowita erozja prawa międzynarodowego, jaskrawie zademonstrowana przez presję wywieraną na Caracas, służy jako ponure ostrzeżenie, iż wielkie mocarstwo ominie ustalone reguły zawsze wtedy, gdy wejdą one w konflikt z jego bezpośrednimi interesami. Ostateczne cele amerykańskie pozostają spowite niepewnością, jednak metody stosowane do ich osiągnięcia są krystalicznie czyste.

Dla Europy implikacje okazują się szczególnie alarmujące: jest już oczywiste, iż Waszyngton coraz chętniej ignoruje obawy choćby swoich najbliższych zachodnich sojuszników. Przypadek Maduro ilustruje, iż w tym nowym paradygmacie przymus jest podstawowym narzędziem relacji międzynarodowych, co wymusza posiadanie solidnej i niezależnej strategii obronnej przez każdą wspólnotę, która znajdzie się na celowniku tak pojmowanego unilateralizmu. A znaleźć może się na nim każdy.

Idź do oryginalnego materiału