Posiadajmy przekonania, ale nie pozwólmy, by one nas zawłaszczyły

1 godzina temu
Zdjęcie: Karol Sobczyk


Tożsamość może trwać mimo zmiany poglądów – bo to, kim jesteśmy, nie redukuje się do tego, co aktualnie myślimy.

Dziś mija dokładnie 40 lat od przełomowej wizyty Jana Pawła II w rzymskiej synagodze. 13 kwietnia 1986 roku po raz pierwszy od czasów św. Piotra papież przekroczył próg żydowskiego domu modlitwy. Tekst przemówienia wygłoszonego wtedy przez Jana Pawła II oraz nagranie z tego wydarzenia publikujemy tutaj.

Poniżej przedstawiamy natomiast refleksję inspirowaną wydarzeniami w Polsce po publikacji niedawnego listu pasterskiego Konferencji Episkopatu Polski w rocznicę tego wydarzenia i po atakach na kard. Grzegorza Rysia związanych z treścią listu. Autorem refleksji jest Karol Sobczyk – psycholog, lider krakowskiej Wspólnoty Głos na Pustyni, konsultor Rady KEP ds. Ekumenizmu.

Nowożytne myślenie zaczęło się od prostego, ale przełomowego zdania René Descartes: cogito ergo sum – „myślę, więc jestem”. Od XVII wieku myślenie przestało być tylko narzędziem służącym uchwyceniu świata. Stało się podstawą nas samych. Naszej tożsamości. Odnajdywania samych siebie.

Ma to swoje daleko idące konsekwencje. jeżeli to, co myślę – a więc również moje przekonania – mnie współtworzy, zmiana nie będzie już wyłącznie zmianą poglądów. Będzie zmianą tego, kim jestem. Już John Locke (1632–1704) pisał, iż nasza tożsamość splata się z pamięcią i świadomością. Tę myśl niejako rozwinął Jean-Jacques Rousseau (1712-1778), kiedy ukazał, iż najwyższym nakazem etycznym jest bycie w szczerości względem samego siebie. Współczesny kanadyjski filozof Charles Taylor trafnie zauważa, iż dziś żyjemy w kulturze autentyczności, gdzie bycie sobą oznacza bycie wiernym własnym przekonaniom, a dokładnie własnemu unikalnemu sposobowi bycia.

WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

W takim świecie poglądy przestają krążyć między ludźmi jako wspólne narzędzia rozumienia rzeczywistości. Ulegają uwewnętrznieniu – zapuszczają korzenie w samej tożsamości. O ile niektóre z nich rzeczywiście wyrażają to, kim jesteśmy, wyrastając z tego, co w nas trwałe, o tyle większość stanowi jedynie nasz aktualny sposób postrzegania i ujmowania rzeczywistości, z natury pozostający otwarty na zmiany.

A jednak poglądy i przekonania zdają się wdzierać tak głęboko w istotę nas samych, iż nie są już czymś, czym się posługujemy, ale czymś, co niepostrzeżenie zaczyna nas współokreślać. A to zmienia ich status: nie wystarcza już ich uzasadnianie. Pojawia się potrzeba ich chronienia – jakby od ich trwałości zależała także trwałość nas samych.

Gdy spór przestaje być spotkaniem

To dlatego coraz trudniej spotkać się z czymś, co nazywaliśmy wchodzeniem w spór. Samo słowo „spór” – wywodzące się od „spierać się” (przedrostek „s-” wzmacniał w języku prasłowiańskim znaczenie wspólnego działania), bliskie „wspierania” i „opierania się na czymś” – nie oznaczało pierwotnie walki, ale ruch ku temu, co ma zostać wspólnie rozważone i utrzymane w napięciu argumentów.

Spór był przestrzenią, w której racje ścierały się nie po to, by się unicestwić, ale by się odsłonić; nie po to, by zwyciężyć, ale by zbliżyć się do tego, co prawdziwe. W takim sensie wchodzenie w spór nie było zagrożeniem dla uczestników, ale formą współpracy – wymagającą dystansu wobec własnych przekonań i gotowości, by je wystawić na próbę.

tak trudno dziś słuchać, bo słuchanie przestało być tylko aktem poznania. Stało się próbą egzystencji

Karol Sobczyk

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Dziś jednak coraz trudniej o tak rozumiane spotkanie. Krytyka nie zatrzymuje się już na poziomie twierdzenia. Sięga głębiej: dotyka tego, kto je wypowiada. Nie podważa jedynie zdania, ale uderza w „ja”, które się z nim utożsamia. Trafnie uchwycił to Emil Cioran (1911-1995), pisząc, iż „nie bronimy już naszych idei – bronimy samych siebie w ideach”.

Kiedy w grę wchodzi „ja”, rozmowa przestaje być poszukiwaniem prawdy. Staje się walką o nienaruszalność. Nie chodzi już o to, kto ma rację. Chodzi o to, kto przetrwa. Dlatego tak trudno dziś słuchać, bo słuchanie przestało być tylko aktem poznania. Stało się próbą egzystencji.

Gdy obrona zastępuje rozumienie

W świecie, w którym przekonania nie są już czymś, co posiadamy, ale czymś, w czym się rozpoznajemy – bycie elastycznym wygląda jak słabość, a posiadanie wątpliwości jak zagrożenie. Wydaje się, iż jedynie pewność daje poczucie bezpiecznego istnienia – choćby jeżeli jest oddalona od prawdy. Lepiej być nam pewnymi w błędzie, niż niepewnymi wobec prawdy. Być może dlatego rozmowy coraz rzadziej prowadzą do zrozumienia, a coraz częściej do umocnienia podziałów. Bo kiedy stawką jest „kim jestem”, nie szuka się już wspólnego języka. Raczej szuka się potwierdzenia, iż ma się prawo być sobą – choćby za cenę zamknięcia się na Innych.

Gdy podważenie naszych przekonań nie jest już tylko intelektualnym wyzwaniem, ale osobistym zagrożeniem, nasz pierwotny ewolucyjny mechanizm przetrwania daje nam jedynie dwie opcje: walcz lub uciekaj. W obliczu zagrożenia nie ma rozważaj. Nie ma posłuchaj, albo zrozum. Trudno więc zmierzyć się z argumentem. Argument nas kosztuje. Dopuszcza możliwość błędu. Otwiera przestrzeń dla niepewności. Jedynie ucieczka lub atak przynoszą ulgę. Pozwalają odzyskać kontrolę. I chronią wewnętrzną konstrukcję.

A jednak paradoks polega na tym, iż przestrzeń spotkania odsłania się dopiero tam, gdzie człowiek przestaje bez reszty utożsamiać się ze swoimi przekonaniami – gdzie nie dochodzi już do zderzenia tożsamości, ale możliwa staje się wymiana myśli. Być może więc największa odwaga nie polega dziś na obronie poglądów, ale na powstrzymaniu się od uczynienia z nich samego siebie. Może chodzi o jedno: posiadać przekonania, nie pozwalając, by to one zawłaszczały nas.

Wkrótce Nowość Sale!
  • Mateusz Filipowski OCD
  • Agata Kulczycka

Tkanie
PRZEDSPRZEDAŻ

32,94 54,90 Do koszyka

Pogląd może się zmienić, dojrzeć, a choćby rozpaść pod naporem lepszego argumentu. jeżeli jednak zbyt ściśle spleciemy go z własnym „ja”, każda jego rysa zaczyna być odczuwana jak pęknięcie w nas samych. Wtedy nie bronimy już myśli – bronimy siebie w myślach.

Co tracimy, gdy tożsamość nierozróżnialnie zrasta się z przekonaniami? Tracimy rozum – a adekwatnie jego pierwotną rolę. Na pierwszym planie pojawia się intuicja i odruch obrony, a dopiero potem rozumowanie – nie po to jednak, by rozsądzić argumenty, ale by je uporządkować i uzasadnić zgodnie z tym, co zostało już wcześniej przeczute. W takim układzie rozmowa traci swój poznawczy sens: nie prowadzi do zrozumienia, ale do umacniania zajętych pozycji. Każdy argument przestaje być drogą do prawdy, a staje się narzędziem obrony tego, co zostało w nas wcześniej przesądzone.

Gdy możliwe staje się inne ustawienie

A przecież możliwe jest inne ustawienie – takie, w którym przekonania wciąż pozostają blisko, ale nie zajmują ścisłego centrum tożsamości. W którym można powiedzieć: „tak dziś myślę”, „noszę takie przekonanie”, zamiast „taki jestem”. Tam otwiera się przestrzeń: między tym, co myślę, a tym, kim jestem – przestrzeń, w której możliwa staje się zmiana, nie będąca utratą siebie, ale jego pogłębieniem.

Przestrzeń, w której błąd nie oznacza porażki, ale sposobność korekty. W której zmiana zdania nie oznacza utraty siebie – ale poszerzenie. W której drugi człowiek nie jest zagrożeniem, ale szansą, by zobaczyć więcej.

Być może prawdziwa wolność nie polega na nieomylności, ale na zdolności utraty racji bez utraty siebie?

Jeśli w naszych społeczeństwach poglądy coraz silniej splatają się z tożsamością, świat zaczyna przypominać przestrzeń podzieloną nie tyle przez różnice zdań, ile przez odmienne sposoby istnienia. Prawda ulega wtedy swoistej plemienności. W rzeczywistości tak głodnej przynależności przestajemy pytać czy to prawda – zaczynamy pytać czy to jest nasze. Spór nie jest już próbą zrozumienia, ale przybiera formę starcia plemion, w którym stawką staje się nie tyle racja, ile sama możliwość przynależności i dalszego trwania.

A jednak możliwa jest też inna droga. Taka, w której człowiek uczy się nieco rozluźniać więź między sobą a własnymi przekonaniami. W której tożsamość nie potrzebuje już być broniona przy każdej różnicy zdań, bo nie jest zbudowana wyłącznie na tym, co się myśli, ale na tym, co myślenie poprzedza i przekracza – na samym fakcie bycia. W ujęciu kard. Karola Wojtyły osoba nie jest ograniczona do swoich przekonań, ale je przekracza; świadomość nie konstytuuje osoby, ale ją odzwierciedla. Dlatego tożsamość może trwać mimo zmiany poglądów – bo to, kim jesteśmy, nie redukuje się do tego, co aktualnie myślimy. W takim świecie rozmowa odzyskuje swój pierwotny sens – nie jako starcie, ale jako wspólne zbliżanie się do czegoś, co zawsze pozostaje większe niż my.

Być może przyszłość nie należy do wielkich idei, ale do najdrobniejszych decyzji: czy wybieram rację, czy zrozumienie; czy używam poglądów jako ochrony, czy jako sposobu poznania; czy pozwalam sobie zmienić się w obecności drugiego.

Ostatecznie to, jak reagujemy na odmienność zdania, odsłania coś głębszego niż same poglądy. Pokazuje, czy jesteśmy gotowi uznać, iż prawda może nas przekraczać – czy też potrzebujemy, by potwierdzała to, kim już jesteśmy. Tam właśnie ujawnia się miejsce pokory: nie w tym, iż rezygnujemy z myślenia, ale w tym, iż pozostajemy wobec niego otwarci.

Idź do oryginalnego materiału