Po ilu rozczarowaniach przestaje się ufać?

2 godzin temu

Znam ludzi, którzy zamilkli. Nie dlatego, iż nie mieli nic nie powiedzenia, ale dlatego, iż zbyt długo trwało ich bezskuteczne mówienie.

Szósty odcinek wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” – zatrzymania przy ważnych pytaniach bez łatwych odpowiedzi. Następne odcinki ukazywać się będą w kolejne niedziele Wielkiego Postu.

„Dzień dobry. Będę płakać” – powiedziałam przez telefon, nie wiedząc, iż właśnie odblokowuję tajne hasło do dziekanatu Wydziału Nauk Historycznych i Pedagogicznych. Prawdopodobnie brzmiałam już na tak załamaną i zdesperowaną, iż w sercu pracującej tam pani otworzyły się niespotykane wówczas w tamtym pokoju pokłady empatii. Mimo iż później stwierdziłam, iż mój sposób załatwienia tamtego zaświadczenia daleki był od standardów przystających do dorosłej, szanującej się doktorantki, to jednak w tamtym momencie najważniejsze było, iż pani się zlitowała. Że mój wewnętrzny rozpad cokolwiek zmienił.

Miałam szczęście. Życie przecież takie nie jest. Co najwyżej takie bywa, od czasu do czasu, z rzadka puszczając do ludzi oko, kiedy widzi, iż zaraz popękają. zwykle jednak nic sobie nie robi z naszych krzyków i łez. Nie przewidziało choćby jakiejkolwiek księgi skarg i zażaleń – tak bardzo niepoważnie zdaje się do nich podchodzić.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Zastanawiam się, ile osób na świecie każdej sekundy wybucha płaczem. Ile wśród nas zbiorowego walenia pięściami o ziemię. Ile krzyków i końców świata ciągnie się nieprzerwanie, przez wieki, na wszystkich szerokościach geograficznych.

Rozlała się ciemność

„Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść” (Jr 20,7a) – to jeden z takich krzyków, które poruszają mnie najbardziej. Wielu już próbowało z tych słów ulepić pobożny, ckliwy romans między Bogiem a człowiekiem. Chyba choćby za dzieciaka śpiewałam inspirowane tym wersem piosenki religijne. Ale krótka wycieczka po innych tłumaczeniach Księgi Jeremiasza zdaje się przeczyć tak beztroskiej interpretacji. „Zwiodłeś mnie, Panie, a ja dałem się zwieść. Udało Ci się mnie pokonać” – wykrzykuje prorok w tłumaczeniu paulistów. Mało w tym ckliwości. Wiele w tym skargi człowieka poranionego własnym powołaniem.

„Cały świat mój pękł / Rozlała się Wielka ciemność” – słyszę w głośnikach piosenkę Błażeja Króla i Katarzyny Nosowskiej. Słyszę i myślę o tym, iż zanim świat pęknie, zanim człowiek wrzaśnie, często mija czas. Krzyk, owszem, czasem może pojawić się nagle, w ciągu ułamków sekund. Niejednokrotnie jest jednak tak, iż narasta on stopniowo, iż to proces, w którym człowiek mieści w sobie kolejne – mniejsze i większe – rany, powtarzając, iż jeszcze wytrzyma. Że wystarczy tylko troszkę poszerzyć serce, a kolejne trudy się do niego zmieszczą.

Jeremiasz nie wrzasnął z dnia na dzień. Ból narastał w nim stopniowo, a on sam próbował go po drodze artykułować. Zaczęło się, tak myślę, od wątpliwości dotyczących jego powołania. „Nie umiem mówić, jestem młodzieńcem!” (Jr 1,6) – mówi Bogu, próbując jakoś wymigać się od prorokowania. Bóg odpowiada jednak uspokajająco: „Nie lękaj się ich, bo jestem z tobą, by cię chronić. […] Spójrz, daję ci dzisiaj władzę nad narodami i nad królestwami, byś wyrywał i obalał, byś niszczył i burzył, byś budował i sadził” (Jr 1,8.10). No dobra. Skoro tak…

Prorokowi trafił się jednak trudny moment w historii Izraela. Przyszło mu działać w Jerozolimie, w ostatnich dekadach istnienia południowego królestwa Judy. Można więc w dużym uproszczeniu uznać, iż nie ma on dla mieszkańców miasta dobrych wieści. gwałtownie odkrywa spisek przeciwko sobie ze strony ludzi z Anatot. „Ja zaś jak potulny baranek, którego prowadzą na zabicie, nie wiedziałem, iż powzięli przeciw mnie zgubne plany” (Jr 11,19) – żali się. Zaraz potem pyta Boga: „Sprawiedliwość jest przy Tobie, Panie, jeżeli zacznę prowadzić spór z Tobą. Chciałbym jednak mówić z Tobą o słuszności:
Dlaczego życie przewrotnych upływa pomyślnie?” (Jr 12,1).

Sale!
  • Zbigniew Nosowski

Szare, a piękne

31,20 39,00
Do koszyka
Książka – 31,20 39,00 E-book – 28,08 35,10

Choć brzmi to niezwykle kulturalnie, z czasem kultura powoli proroka opuszcza. Wobec kolejnych oporów swoich rodaków powie jakiś czas później: „Biada mi, matko moja, żeś mnie porodziła” (Jr 15,10). A później skieruje wobec Boga skargę podszytą zwątpieniem, którego nie było w jego wcześniejszej modlitwie: „Dlaczego mój ból nie ma granic, a moja rana jest nieuleczalna, niemożliwa do uzdrowienia? Czy będziesz więc dla mnie jakby zwodniczym strumieniem, zwodniczą wodą?” (Jr 15,18). A może jednak, Boże, nie jest tak, jak myślę? Może nie jesteś tym, za kogo Cię miałem?

O jedna rana za dużo

Moment kulminacyjny w zwątpieniu Jeremiasza, jego krzyk do Boga, który go „zwiódł”, następuje w chwili kolejnego doświadczenia cierpienia. Po tym, jak Jeremiasz prorokuje Jerozolimie nieszczęście, kapłan Paszchur każe go schwytać, wychłostać i zakuć w dyby. Być może to o jedna rana za dużo.

„O jedna rana za dużo” – tak chyba można by roboczo nazwać ten moment w życiu człowieka, w którym się on rozsypuje. Koniec. Stop. Już dość. Wypisuję się z tego, więcej nie zaufam, nie dam się już nigdy oszukać.

„O jedna rana za dużo” krzyczy: nie dam się oszukać Tobie, Boże, który przecież miałeś mnie chronić. Nie dam Ci się oszukać kolejny raz – uniwersalizując na chwilę Jeremiaszowe doświadczenie – skoro tak bardzo się modliłam, a ktoś bliski mi jednak umarł. Nie zaufam Ci już, skoro wołałem o pomoc, a Ty milczałeś wobec mojej depresji. Rozczarowałem się, iż mnie opuściłeś w kryzysie małżeńskim, mimo iż tyle lat jestem Ci wierny. Mam już dość, Boże. Dość mierzenia się z Twoją ciszą i biernością.

Mam też dość innych. Gdzie się obejrzę, ktoś mi zagraża. Ostatecznie zawsze przecież okazuje się, iż ludzie są fałszywi, iż chcą mnie wykorzystać, iż są nieszczerzy. Zabijają we mnie jakąkolwiek chęć zaufania przez swoje plotki, oszczerstwa. Zdradzili mnie. Zdradzili mnie bliscy, którzy okazali się inni, niż myślałam. Rozczarowałem się autorytetami, również religijnymi.

Czasem jedyne, co można zrobić, to nie stracić własnego serca. Pozostać wiernym sobie w świecie pełnym zdrad. Pozostać czułym w świecie pełnym cierni. Trzymać się prawdy w świecie tonącym w kłamstwie

Agata Kulczycka

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Powiedziałbym, iż jeżeli komuś ufać, to sobie, ale na sobie też się zawiodłem. Myślałem, iż będę „świetnym prorokiem”, a jestem nieskuteczny. Przecież „tysięczny tłum” miał „spijać słowa z mych ust” (tak, wiem, iż Jeremiasz nie mógł cytować „Autobiografii” Perfectu), a oni biczują mnie i zakuwają w dyby. Zawiodłem jako prorok. Zawiodłem jako rodzic, jako nauczyciel, jako pracownik, jako partner; zawiodłam jako lekarka, jako córka, jako chrześcijanka, jako przyjaciółka. „O jedna rana za dużo” sprawia, iż ciemność wybucha z całą mocą i nie ma już nic, co nie byłoby nią przesiąknięte.

Życie z hamulcem ręcznym

Chciałabym napisać, iż Jeremiasz podjął po swoim krzyku pełną euforii i pokoju decyzję o ponownym zaufaniu. Trudno mi jednak tak o tym myśleć. „I powiedziałem sobie: Nie będę Go już wspominał ani mówił w Jego imię! Ale wtedy zaczął trawić moje serce jakby ogień, nurtujący w moim ciele. Czyniłem wysiłki, by go stłumić, ale nie potrafiłem” (Jr 20,9) – wyznaje prorok. Trudno mi nie powędrować myślami do „Jeźdźca” Lieberta: „Dogoniłeś mnie, Jeźdźcze niebieski, / Stratowałeś, stanąłeś na mnie. / Ległem zbity, łaską podcięty, / Jak dym, gdy wicher go nagnie”. No… świetnie. Dzięki. Zrozumiałam.

Jeremiasz powie wprawdzie chwilę później, iż Pan jest przy nim jak potężny mocarz. Chcę wierzyć, iż mówi to z takim samym przekonaniem jak przed pobiciem. Pewnie tak. On był pewnie bardziej pobożny i poukładany niż ja.

Mi w głowie pojawia się mnóstwo pytań: czy rzeczywiście po takim rozczarowaniu da się ponownie zaufać – Bogu, innym, samemu sobie? Jak zrobić krok nadziei, skoro wydaje się ona zwykłą naiwnością? Po co wystawiać serce na kolejne zranienia?

Te pytania, choć lekko wystukuję je na klawiaturze, ważą w kontekście życia całe tony. Czy moja znajoma, którą ojciec od małego oszukiwał co do jej tożsamości, ma podstawy, żeby na nowo podjąć próbę zakorzenienia się we własnym życiu? Czy mój przyjaciel, który w depresji zderzał się z Bożym milczeniem, ma podstawy, żeby prosić Boga o cokolwiek ważnego? Czy członkowie wspólnoty, której lider czy duszpasterz okazał się przestępcą, mają podstawy, żeby zostać w Kościele? Czy chłopak notorycznie zdradzany przez swoją dziewczynę ma podstawy, żeby zaufać kolejnej? Czy człowiek, który przeprasza Boga za grzechy, ma podstawy, żeby ufać we własne postanowienie poprawy?

Rany, które jako ludzie nosimy, potrafią nam skutecznie zaciągnąć życiowy hamulec ręczny. Niby człowiek żyje, funkcjonuje, ma się całkiem dobrze… „O jedna rana za dużo” każe się jednak zatrzymać w sytuacjach, które wymagają zaufania, odpuszczenia kontroli. „Kiedy chmura zadzwoni o moją szybę / pierwszą kroplą deszczu – / będę gotowa. / Ze słońcem / już dawno się rozliczyłam” – pisze Rejzl Żychlińska. A ja dodam: będę gotowa na ewentualną kolejną zdradę, ewentualne kolejne Boże milczenie, ewentualny kolejny własny upadek. Tak żeby w razie czego móc powiedzieć: „spodziewałam się tego, więc mnie to nie dotyka”, „wiedziałem, więc spływa to po mnie”.

Implozja

„Oj, przestań już, przecież życie takie jest” – powiedzą niektórzy. „Przecież Bóg nikomu nie obiecał, iż nie pozwoli umrzeć naszym bliskim czy powstrzyma małżeństwa przed rozpadem, przecież niektórzy ludzie zdradzają i ranią, ale to nie świadczy o wszystkich. Chciałabyś życia bez ran, a przecież w przypowieści o dwóch domach sztorm uderzył w oba!”. Czy ktoś poza mną zna tę narrację? To tak jakby Jeremiaszowi powiedzieć: „Hej, ale przecież Bóg powiedział, iż będziesz prorokiem, a nie iż będziesz SKUTECZNYM prorokiem! To Twoja wina, iż tak to zinterpretowałeś i miałeś wygórowane oczekiwania”. Wspaniałe, mądre, sprytne. Tylko nie działa.

Sale!

Dyskretny urok softalitaryzmu | Przyszłość polskiej religijności | Czy słuchania muzyki można się nauczyć?

32,30 35,90
Do koszyka
Książka – 32,30 35,90 E-book – 29,00 32,30

To zresztą nie koniec Jeremiaszowej historii. Kilka rozdziałów dalej znajdziemy go… w zbiorniku na wodę. Wyląduje tam, ponieważ broniący miasta uznają, iż jego prorokowanie obniża morale ludu. „Wzięli więc Jeremiasza i wtrącili go, spuszczając na linach, do cysterny […]. W cysternie zaś nie było wody, ale błoto; zanurzył się więc Jeremiasz w błocie” (Jr 38,6).

Chyba najbardziej w tym Jeremiaszowym ugrzęźnięciu porusza mnie jego cisza. On już nic nie mówi. Nie skarży się – na Boga, na innych, na siebie. Milknie.

Znam ludzi, którzy zamilkli. Żyją między nami. Zamilkli nie dlatego, iż nie mieli nic nie powiedzenia, ale dlatego, iż zbyt długo trwało ich bezskuteczne mówienie. Słowa się wyczerpały, straciły na znaczeniu. Nie ma już sensu zaczynać nowych zdań, skoro wiadomo, iż zabraknie ci siły, żeby je dokończyć. Skoro reakcja będzie taka jak zwykle. To, co niegdyś było zewnętrzną eksplozją, zmienia się w implozję, w niemy wrzask, którego nie opiszą już żadne pojęcia. Twoje walenie pięściami w ziemię zmienia się w siniaczenie się od środka własnymi myślami, z których już nikt ani nic nie może cię uratować.

Czytasz wtedy Miłosza, piszącego: „pod spodem było TO, czego nie podejmę się nazwać” i czujesz własne TO, choć i tobie brakuje na nie słów. Dochodzisz do końca wiersza: „Ponieważ TO oznacza natknięcie się na kamienny mur, i zrozumienie, iż / ten mur nie ustąpi żadnym naszym błaganiom” i wiesz, iż poeta trafił w sedno. Błoto. Trzeba po prostu zanurzyć się w błocie.

Ile jeszcze?

Ebedmelek. Etiopczyk. Obcy przychodzi Jeremiaszowi z pomocą. Gdzieś na dnie cysterny ląduje lina, którą wybawcy chcą wydobyć Jeremiasza na wolność.

Choć chwycenie tej liny wydaje się oczywiste – trzeba ratować życie! – powracają stare pytania: ile jeszcze? Kiedy czeka mnie kolejny cios? Czy naprawdę chcę się w to bawić?

Może lepiej już zostać w błocie, które – choć skazuje Jeremiasza na śmierć głodową – zdaje się ranić go mniej niż jego własny naród? No i gdzie w końcu przebiega ta granica między nadzieją a naiwnością?

Sale!
  • Wiesław Dawidowski OSA
  • Damian Jankowski

Leon XIV. Papież na niespokojne czasy

28,00 35,00
Do koszyka
Książka – 28,00 35,00 E-book – 25,20 31,50

„I znowu jakiś problem – powiedzą z wyrzutem co pobożniejsi – przecież Pan Jezus powiedział, żeby się nie lękać! Przecież Biblia mówi, iż doskonała miłość usuwa lęk! Co się, do licha, dzieje z twoją miłością?”.

Jest na wpół martwa. Posiniaczona. I skopana waszymi wyrzutami.

Nie wiem, co skłoniło Jeremiasza do chwycenia tej liny. Tak samo jak nie wiem, co skłoniło Ozeasza do przyjmowania Gomer kolejny i kolejny raz, co sprawiło, iż Dawid nie zabił Saula w jaskini Engaddi, iż Piotr uwierzył, iż mimo jego zdrady da się zbudować na nim Kościół, iż Maryja wyszła od Elżbiety do Józefa, choć było to tak zagrażające. Nie wiem. Wiem natomiast, iż Boże „nie lękaj się” nie znaczy „nie możesz się bać”. Nie, tam nie ma „nie możesz”. Tam jest „nie musisz”.

Nie musisz się bać, bo JESTEM. A choćby jeżeli się boisz, spróbujemy przejść przez to razem.

Zrób co możesz

Jeremiasz, który chwyta linę rzuconą mu przez Ebedmeleka, mówi mi dzisiaj: czasem jedyne, co możesz zrobić, to nie stracić własnego serca. Pozostać wierną sobie w świecie pełnym zdrad. Pozostać czułą w świecie pełnym cierni. Trzymać się prawdy w świecie tonącym w kłamstwie.

Świat jest okrutny, tak. Ale jest w nim też Ebedmelek. Spróbuj więc za Zagajewskim, na tyle, na ile potrafisz, „opiewać okaleczony świat. / Pamiętaj o długich dniach czerwca / i o poziomkach, kroplach wina rosé”. Nie strać tego. Nie daj sobie zabrać Ebedmeleka.

„Słyszałem ten głos nieraz we śnie / I, co dziwniejsze, rozumiałem mniej więcej / Nakaz albo wezwanie w nadziemskim języku: / zaraz dzień / jeszcze jeden / zrób co możesz” – pisze Miłosz o anielskich szeptach. Co mogę? Co mogę, drodzy aniołowie, kiedy grzęznę w błocie na dnie cysterny? A jednak…

Tym, czego nikt ci nie odbierze – mówi mi Jeremiasz, łapiący rzuconą do niego linę – jest wybór postawy, jaką przyjmiesz wobec ran, które nosi twoje serce. Oby okazało się, jak wyśpiewała kiedyś Enya, iż Twoje serce „okaże się wierne” wtedy, kiedy „nadejdzie ciemność”. Spróbuj nie zdradzić tego, co jest ci drogie, choćby wtedy, kiedy zdradzą cię wszyscy dookoła.

Może tak się da? Ufać z niegasnącą nadzieją? Co rusz patrzeć w oczy własnym lękom przed kolejnymi ranami, brać je za rękę i próbować koić, oprowadzając je po życiu, w którym jest też Ebedmelek? Słuchać cichego Bożego „nie bój się”, które nie ma nic wspólnego z emocjonalnym szantażem?

Może da się uznać własne rany, a mimo tego z bezczelną śmiałością dać się wyciągnąć z cysterny? „Powtarzamy «życie to ciemność» – pisze mój redakcyjny kolega, Damian Jankowski – i żyjemy by temu zaprzeczyć”.

Wszystkie odcinki wielkopostnego cyklu „Wiara w pęknięciach” dostępne są tutaj.

Idź do oryginalnego materiału