Kilka milionów Polek i Polaków boi się pogryzienia przez psy. Czy wprowadzenie zakazu puszczania ich luzem rozwiązałoby problem? Sprawa nie jest tak prosta.
Temat praw czworonogów wrócił na publiczną wokandę wraz z kolejnymi projektami ustaw i nagłaśnianiem barbarzyństwa w schroniskach. Wokół psów wciąż jednak istnieje pewne tabu. Jest nim temat pogryzień oraz lęku, jaki część społeczeństwa odczuwa choćby na myśl o przypadkowym spotkaniu z merdającym czworonogiem.
Milion przestraszonych
Zacznijmy od skali zjawiska. Rocznie mamy do czynienia z ok. 30 tys. zgłoszonych przypadków pogryzień (mowa tu głównie o rejestrach powiatowych stacji sanitarno-epidemiologicznych). Bez większego ryzyka można założyć, iż realnie takich sytuacji jest więcej – zwykle część z nich po prostu nie zgłasza się żadnym służbom.
Przyjmijmy ostrożny szacunek, iż w skali roku około 50 tys. osób doświadcza pogryzienia przez psa. Na przestrzeni ostatnich 25 lat daje to liczbę ponad miliona ludzi. Podkreślmy – to i tak bardzo ostrożne przybliżenie. jeżeli bowiem spytalibyśmy się rodziny, znajomych czy sąsiadów, bez trudu znajdziemy tam przynajmniej jedną osobę, która w swoim życiu doświadczyła takiego przykrego incydentu.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Zjawisko to nosi zatem znamiona problemu o charakterze publicznym, dotykającym sporej część populacji. Nie mamy aktualnych badań, ale w sondażu przeprowadzonym w 2009 roku przez TNS OBOP na zlecenie Animal Planet aż 10 proc. Polaków odpowiedziało, iż boi się ataku ze strony psa.
Taka obawa może być związana z negatywnym doświadczeniem kontaktu – nie musi to być pogryzienie, wystarczy przewrócenie przez psa zwłaszcza w przypadku mniejszych dzieci. I znowu: gdybyśmy zrobili kwerendę w swoim otoczeniu, jestem absolutnie przekonany, iż znajdziemy sporo osób, które może nie obawiają się ugryzienia, ale odczuwają jakiś dyskomfort związany z niechcianym kontaktem z obcym psem.
Miara człowieczeństwa
Jednocześnie Polska jest krajem z najwyższym w całej Unii odsetkiem gospodarstw domowych posiadających psa. Co prawda, jeżeli idzie o liczby bezwzględne, z ponad 8 milionami czworonogów znajdujemy się na czwartym miejscu (za Niemcami – 10,5 mln psów; Hiszpanią – 9,3 mln oraz Włochami – 8,8 mln), ale w ujęciu względnym zajmujemy drugą pozycję. W prostym przeliczeniu daje to 0,23 psa na jedną osobę, i w UE ustępujemy w tym zestawieniu tylko Portugalczykom (0,25) (dane za FEDIAF, czyli Europejską Federacją Przemysłu Karmy dla Zwierząt Domowych). jeżeli jednak wzięlibyśmy pod uwagę gospodarstwa domowe, w Polsce pies mieszka w co trzecim z nich.
Dane te dowodzą jednego – Polacy kochają zwierzęta domowe, bo także w przypadku posiadania kotów jesteśmy w europejskiej czołówce. Nie przez przypadek mówimy, iż miarą człowieczeństwa jest nasz stosunek do zwierząt.
W ostatnich latach widać coraz wyraźniejszy trend przygarniania psów ze schronisk pod swój dach. Choć wciąż w naszym kraju według różnych statystyk żyje od kilkudziesięciu do choćby kilkuset tysięcy zdziczałych psów, daleko nam do takich państw jak choćby Ukraina, gdzie po miasteczkach biegają hordy bezpańskich czworonogów. W Polsce coś takiego wydaje się nie do pomyślenia. Zaryzykowałbym choćby stwierdzenie, iż opiekę nad zwierzętami, w tym zwłaszcza psami, postawiliśmy sobie za punkt narodowego honoru.
Może czworonogi nie mają (jeszcze?) statusu ludzi, ale od dawna są traktowane przez wielu jako członkowie rodzin, co odzwierciedla język, w którym od pewnego czasu funkcjonuje choćby słowo „psiecko”. Jestem bardzo daleki od doszukiwania się przyczyn spadku dzietności w zastępczej miłości do psów, ale też nie ulega wątpliwości, iż jeżeli wierzyć dostępnym szacunkom, w przeciągu ostatnich 25 lat ich liczba w Polsce wzrosła o około 60 proc.
Ten wzrost potwierdzają też dane rynkowe – wartość sprzedanej żywności i akcesoriów dla zwierząt zbliża się do 10 mld zł rocznie i wykazuje się trwałym trendem wzrostowym. Zdaniem analityków do końca dekady wielkość tego rynku wzrośnie o 30 proc., a już dziś jest on większy niż rynek artykułów dla małych dzieci (żywność i pieluchy).
Psiarze i antypsiarze
Mamy zatem do czynienia z sytuacją, w której (w dużym przybliżeniu, na bazie różnych badań społecznych) choćby 30-40 proc. osób nie wyobraża sobie życia bez psa, kolejne 10-20 proc. je lubi, podczas gdy 10 proc. odczuwa przed nimi paniczny lęk, a dodatkowe 20-30 proc. doświadcza jakiegoś rodzaju dyskomfortu w przypadku kontaktu z obcym czworonogiem.
Może być zresztą i tak, iż te grupy się przenikają – zdarzają się sytuacje, w której właściciele psów odczuwają niepokój związany z pojawieniem się w pobliżu innego psa, szczególnie jeżeli nie jest on pod opieką swojego właściciela. Wydaje się jednak, iż trudno znaleźć dużą grupę osób, która ma wobec psów stosunek ambiwalentny.
Przekonałem się o tym, prowokując dyskusję na jednym z portali społecznościowych – momentalnie pojawiły się głosy z jednej strony miłośników psów (nieraz fanatycznych, którzy winę za pogryzienie zrzucali na … pogryzionego i rekomendowali mu terapię, bo swoich strachem sprowokował psa do ataku), a z drugiej strony osób, które psów nie tyle nie lubią, co wręcz nienawidzą. Zdaje sobie sprawę, iż social media nie stanowią reprezentatywnej dla społeczeństwa próby, ale nie da się ukryć, iż temat budzi tam ogromne emocje.
Daleko nam do Ukrainy, gdzie po miasteczkach biegają hordy bezpańskich czworonogów. W Polsce coś takiego wydaje się nie do pomyślenia. Opiekę nad zwierzętami, w tym zwłaszcza psami, postawiliśmy sobie za punkt narodowego honoru
Marcin Kędzierski
Jednocześnie w mediach głównego nurtu pojawia się on sporadycznie, głównie za sprawą jakiegoś głośnego przypadku pogryzienia, jak miało to miejsce w połowie października w przypadku zagryzienia na śmierć 46-latka w Zielonej Górze przez trzy owczarki belgijskie. Tyle iż po kilku dniach temat znika z publicznej agendy, nie skutkując żadnymi działaniami ze strony władz publicznych.
Choć najbardziej krewcy aktywiści partii „antypsiarzy” dopominają się zwykle w takich sytuacjach zaostrzenia przepisów (np. wprowadzenia nakazu stosowania kagańców w przestrzeni publicznej) lub mocniejszego egzekwowania istniejącego prawa, zwykle wygrywa partia „psiarzy”, zdaniem której istniejące regulacje są wystarczające, a ich zaostrzenie byłoby „niehumanitarne” wobec zwierząt (co warte podkreślenia, takie określenie pojawia się wprost w orzecznictwie sądów administracyjnych, które zwracają uwagę na stosowanie zasady proporcjonalności w zakresie ochrony). Problemem w ich opinii jest raczej nierespektowanie prawa, ale też nie ma co robić wielkiego halo. Tym bardziej, iż psów są miliony, częściej zabijają ludzie, a jakoś tych ostatnich nie chcemy prewencyjnie zakuć w łańcuchy.
Trudno odmówić racji przeciwnikom zaostrzania przepisów. Stosowanie odpowiedzialności zbiorowej i nakładanie nie tylko na właścicieli, ale przede wszystkim psy, bardziej uciążliwych, raczej nieproporcjonalnych środków bezpieczeństwa rodzi uzasadnione wątpliwości. Tyle iż w efekcie nie zmienia się nic w zakresie egzekwowania istniejących przepisów. W konsekwencji obawy niemałej części społeczeństwa pozostają od lat ignorowane.
Co znaczy „kontrola”?
Dyskusję o przepisach warto sprowadzić do konkretu. Jakie dokładnie obowiązki spoczywają na właścicielach psów w zakresie szeroko rozumianego bezpieczeństwa? Ustawa o ochronie zwierząt z 1997 roku w artykule 10 reguluje dwie kwestie. Po pierwsze, wprowadza wymóg uzyskania zezwolenia od władz gminnych na posiadanie psów ras uznawanych za agresywne. Po drugie, ustanawia zakaz puszczania psów bez możliwości ich kontroli oraz bez wyraźnego oznakowania umożliwiającego identyfikację właściciela lub opiekuna.
Przepis nie reguluje precyzyjnie, co ta kontrola w praktyce miałaby oznaczać. Według dominującej wykładni prawa rozumie się ową kontrolę jako sytuację, w której pies powinien reagować na komendy, nie wykazywać agresji i znajdować się w stałym kontakcie wzrokowym z opiekunem. Nie ma zatem jasnych wytycznych ustawowych, aby pies musiał być na smyczy lub w kagańcu (poza rasami uznawanymi za agresywne).
Polskie ćwiczenia z wieloetniczności | Gdy episkopat zawodzi | Po co instytucje kultury?
Wyjątkiem jest las – tu na mocy prawa leśnego obowiązuje absolutny zakaz puszczania psa luzem, poza sytuacjami polowań z użyciem tych zwierząt. Analogiczne przepisy znajdziemy w kodeksie wykroczeń, który w artykule 77 stanowi, iż „kto nie zachowuje zwykłych lub nakazanych środków ostrożności przy trzymaniu zwierzęcia podlega karze grzywny, ograniczenia wolności albo nagany”.
Znów jednak, zanim nie dojdzie do jakiegoś agresywnego zachowania ze strony psa, kwestia określenia kontroli nad nim pozostaje zasadniczo uznaniowa. Właściciel psa, który puścił go luzem choćby w publicznym parku, zawsze może argumentować, iż miał zwierzę pod pełną kontrolą.
Takie wyjaśnienia oczywiście nie przekonają osób, które odczuwają czy to lęk, czy choćby dyskomfort związany z niechcianym kontaktem z obcym czworonogiem. Dlatego niektóre gminy wprowadzają przepisy lokalne, które na swoim terenie całkowicie zakazują puszczania psów luzem, ale jest ich stosunkowo niewiele. Większość pozostaje mimo wszystko przy ustawowej kategorii „kontroli”.
A jak to wygląda w innych krajach Europy? Zasadniczo przepisy są podobne – wyraźnie mowa tam o kontrolowaniu psa, choć standardem jest raczej obowiązek trzymania psa na smyczy w terenie zabudowanym. Wyjątek stanowią specjalnie wyznaczone przestrzenie, w których zwierzęta można puścić luzem.
Oczywiście istnieje spora różnica pomiędzy miastem i wsią. Tak jak w miastach najpoważniejszą uciążliwością są psy wyjące w mieszkaniach (niestety nie jest to problem rzadki, zwłaszcza w sytuacji lęków separacyjnych psów), tak na wsiach problemem pozostaje raczej dość frywolny stosunek do kontrolowania psów, które nieraz samodzielnie poruszają się w przestrzeni publicznej, choćby wybiegając z podwórka i goniąc „dla zabawy” przechodniów.
W tym drugim przypadku można jeszcze wzywać służby (choć w praktyce takie zgłoszenia bywają często ignorowane ze względu na niską szkodliwość czynu i niewystarczające zasoby), w tym pierwszym zostaje raczej próba dogadania się z sąsiadem-właścicielem uciążliwego podopiecznego.
„Złapał tylko za nogawkę”?
Problemem, zwłaszcza z perspektywy osób, które nie lubią kontaktów z psami, są również mocno rozpowszechnione wzorce zachowań właścicieli psów. „Proszę się nie bać, piesek nie gryzie”. „Piesek chce się tylko przywitać”. „Piesek nie jest groźny”. Podejrzewam, iż każdy z nas spotkał się w swoim życiu z takimi frazami. Dla jednych są one neutralne, ale część z nas reaguje na nie co najmniej alergicznie.
Tym bardziej, iż choćby jeżeli pies nie ugryzie, sam fakt fizycznego kontaktu może rodzić spory dyskomfort, a w przypadku ludzi pogryzionych kiedyś przez psa choćby traumę. Pomijam już kwestie ubrudzenia lub choćby zniszczenia odzieży brudnymi łapami czy psią śliną. Przestrzegałbym przed bagatelizowaniem takich historii – jako społeczeństwo nie powinniśmy bowiem ignorować praw nie tak wcale małej mniejszości. Skoro już udało się upowszechnić zwyczaj sprzątania po psie (niestety jak na razie głównie w miastach), warto byłoby zrobić kolejny krok naprzód.
Tym bardziej, iż w tzw. praktyce dnia codziennego pogryzienie przez psa stanowi problem głównie dla pogryzionego. Poza fizycznym bólem mowa bowiem o konieczności weryfikacji szczepień psa, wizytach lekarskich wymuszających branie wolnego w pracy, a nieraz także bolesnych zastrzykach przeciw wściekliźnie (pamiętajmy, iż około połowa psów w Polsce nie jest zaszczepiona).
Wszystko to trzeba załatwić samemu, na własną rękę. Miałeś pecha, twój problem, martw się sam. Trudno się potem dziwić, iż ofiary psów szczerze nienawidzą nie tylko zwierząt, ale także ich właścicieli, którym niestety zdarza się podchodzić dość lekceważąco do nieodpowiednich zachowań swoich pupili. „Oj, złapał tylko za nogawkę, ile pan ma lat, za kilka dni nie będzie śladu”.
Krótka smycz?
Czy wprowadzenie zatem całkowitego zakazu puszczania psa luzem rozwiązałoby problem, choćby jeżeli uznamy takie rozwiązanie za „niehumanitarne”? Nie jest to wcale takie proste. Sam doświadczyłem kilkanaście lat temu pogryzienia przez małego psa, który szedł na smyczy i z nieznanych mi przyczyn ugryzł mnie w kostkę, kiedy przechodziłem obok niego.
- Janusz Korczak
Sam na sam z Bogiem. Modlitwy tych, którzy się nie modlą
W takiej sytuacji jedynym skutecznym rozwiązaniem byłoby wprowadzenie obowiązku stosowania zarówno smyczy, jak i kagańca, ale choćby takie obostrzenia nie muszą powstrzymać psa przed skoczeniem łapami na małe dziecko. Trzeba byłoby uzupełnić przepisy jeszcze o zakaz stosowania długich, elastycznych linek i zezwalać na prowadzenie psów wyłącznie na krótkiej, sztywnej smyczy. Opcjonalnie wprowadzić obowiązek zachowania przez właściciela minimalnego dystansu psa od innych osób.
Wszyscy czujemy chyba, iż pakiet „sztywna, krótka smycz + kaganiec + dystans” byłby nie tylko uciążliwy dla właścicieli, „niehumanitarny” względem zwierząt, ale chyba przede wszystkim niemożliwy do wyegzekwowania. Nie powinno to jednak stanowić przyzwolenia dla utrzymania status quo, które ze wskazanych wyżej powodów jest nieakceptowalne dla co najmniej kilku milionów Polaków.
Rozumiejąc znaczenie psów w naszej kulturze, i to, iż nie znikną one z naszej przestrzeni (choć po internetowych dyskusjach widzę, iż część najbardziej radykalnych „antypsiarzy” szczerze o tym marzy, i w jakimś sensie potrafię zrozumieć ich emocje), powinniśmy się jako społeczeństwo zastanowić, jak ten publiczny problem rozwiązać. Tym bardziej, iż jak psów jest coraz więcej i istnieją uzasadnione przesłanki, aby sądzić, iż społeczne napięcia wokół nich będą narastać.
Zamiast drakońskich restrykcji
Co zatem można zrobić? Z szerokiego repertuaru instrumentów polityki publicznej na pierwszy plan wysuwają się kampanie informacyjne mające na celu zmianę wzorców zachowań. W tym przypadku chodzi głównie o uświadomienie właścicielom psów, iż obca osoba ma prawo odczuwać lęk przed kontaktem z ich pupilem, dlatego powinni zdecydowanie unikać sytuacji, w których tracą nad nim realną kontrolę.
Co więcej, warto ich uwrażliwić, iż komunikaty w rodzaju „proszę się nie bać pieska, nie jest groźny” (czy podobne) nie stanowią żadnego usprawiedliwienia i powinny całkowicie zniknąć z przestrzeni publicznej.
W dalszej kolejności do gry powinny wejść już narzędzia regulacyjne w postaci zmiany przepisów. Przede wszystkim należy wprowadzić publiczny rejestr wszystkich czworonogów, niezależnie od rasy, bo sytuacja, w której państwo nie wie, ile jest psów, rodzi szereg różnych problemów.
W tym kontekście można per analogiam wprowadzić rozwiązania, które stosujemy w przypadku innych „przyjaciół” wielu ludzi, a mianowicie samochodów. Poza rejestracją psa, powinien być on poddawany regularnym „przeglądom” u lekarza weterynarii (wraz ze stosownymi szczepieniami). Z kolei właściciel co kilka lat powinien przechodzić kwalifikację lekarską, czy posiada odpowiednie predyspozycje psychiczne do posiadania (i kontrolowania) zwierzęcia.
Dodatkowo, warunkiem trwałej „rejestracji” psa powinno być odbycie szkolenia/tresury. Dopiero po dopełnieniu takiego obowiązku właściciel miałby prawo puszczać psa luzem, z zachowaniem dzisiejszych wymagań dotyczących kontroli.
Zdaję sobie sprawę, iż wprowadzenie powyższych rozwiązań będzie stanowić uciążliwość dla właścicieli czworonogów. Skoro jednak nie chcemy wprowadzać drakońskich restrykcji wobec samych psów, a jednocześnie poważnie potraktować uzasadnione obawy części społeczeństwa, trudno mi osobiście znaleźć lepszą alternatywę.
Postulat proponowany przez część środowiska „psiarzy”, aby to ludzie dostosowali się do psów, choćby poprzez przejście terapii, wydaje mi się postawieniem rzeczywistości na głowie. Skoro jako społeczeństwo tak kochamy psy, powinniśmy być gotowi, aby dla ich posiadania ponieść pewne wyrzeczenia.

2 godzin temu














