Pali się nasz kościół …

1 godzina temu

W pożarze trwającym kilka dni spłonęło wszystko poza drewnianym tabernakulum i krzyżem. Ks. Łukasz Chłopek, misjonarz w Kazachstanie, odczytał to jako znak i postanowił odbudować kościół w formie… jurty.

Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl

Źródło: Aleteia
Photo credit: ks. Łukasz Chłopek
Tekst został opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Subskrybuj newsletter
Wesprzyj naszą misję

Dariusz Dudek: W nocy z wtorku na środę, 7 maja 2025 roku, o godzinie 23:53 rozdzwonił się Twój telefon. Usłyszałeś cztery słowa: „pali się nasz kościół”. Co czułeś?

Ks. Łukasz Chłopek*: To był potężny szok. Zadzwoniono z wioski Kemenger, oddalonej od Pawłodaru, gdzie wtedy byłem, o jakieś 22 kilometry. Proboszczem tamtejszej wspólnoty był ks. Tomek Jordan, misjonarz z Sędziszowa Małopolskiego. Decyzja była błyskawiczna: natychmiast wsiedliśmy w samochód. Pędziliśmy tak, iż na trasie wyprzedziliśmy choćby wóz strażacki jadący do pożaru. Na miejsce dotarliśmy tuż po północy.

Co zobaczyliście na miejscu?

Noc była mroczna, księżyc schował się za chmurami. Zobaczyliśmy dym unoszący się spod dachu. Trzeba pamiętać, iż nasz kościółek to nie była piękna bazylika ani historyczna świątynia. Wspólnota miała już za sobą trudną historię – w 2015 roku pierwszy pożar doszczętnie strawił dom rodzinny, który służył za kościół. Od tamtej pory ludzie modlili się w zaadaptowanym garażu gospodarczym. Był też inny, mniejszy incydent, kiedy od świecy zapaliła się figura Matki Bożej. Wtedy Maryja cudem ocalała, spaliła się tylko przednia część jej płaszcza. A tej majowej nocy… okazało się, iż tam się tliło od niedzieli do wtorku! Na miejscu zastałem wiejską straż i kilka osób, w tym naszą parafiankę Marinę, starościnę kościoła. Żywego ognia nie było widać, bo pomieszczenie było szczelnie zamknięte.

I wtedy popełniłbyś błąd, który mógł kosztować Cię życie.

Tak. Moją pierwszą, instynktowną myślą było: „ratować tabernakulum!”. Od Wielkiego Czwartku mieliśmy tam drewniane tabernakulum, które stało na stoliku z żelaznymi nóżkami. Powiedziałem, iż tam wbiegnę, iż się nie boję. Byłem już na progu korytarza wiodącego do nawy. I wtedy stało się coś, co uważam za ratunek od Boga. Janek, katolicki student, który był tam z nami, szarpnął mnie mocno za bluzę i wyciągnął na zewnątrz.

Gdyby nie on, dzisiaj byśmy nie rozmawiali.

W środku nie było tlenu, ogień wypalił cały życiodajny pierwiastek. Nie spłonąłbym, ale udusiłbym się na miejscu. choćby strażacy, którzy potem wchodzili w specjalistycznym sprzęcie, musieli bez przerwy zmieniać butle z tlenem.

„Muzułmanin uratował Jezusa”

Co czuje misjonarz, patrząc na płonące centrum życia swojej parafii?

Wokół unosił się dym, a my ze łzami w oczach patrzyliśmy na to pogorzelisko. Cztery tygodnie wcześniej celebrowaliśmy tam Triduum Paschalne, kłanialiśmy się Jezusowi w Eucharystii wieczernika, w Wielki Piątek całowaliśmy drewniany, lipowy krzyż, a w Wigilię Paschalną cieszyliśmy się ze zmartwychwstania. Ledwie trzy dni przed pożarem, w niedzielę Dobrego Pasterza, gościliśmy zespół ludowy. Był piękny koncert, najpierw u nas, w kościółku św. Marii Goretti, potem w mieście, w kościele św. Teresy. Wszyscy byli tacy szczęśliwi… Nikt nie przypuszczał, iż ta euforia tak gwałtownie zamieni się w płacz.

W tym całym dramacie wydarzył się jednak niezwykły moment, który podsumowałeś słowami: „Muzułmanin uratował Jezusa”. Jak do tego doszło?

Po kilkunastu minutach akcji strażacy pozwolili nam podejść bliżej, by sprawdzić, czy cokolwiek ocalało. Dym z parującej wody był gęsty, potworny. Strażacy – rodowici Kazachowie – zaczęli już zwijać sprzęt. Podszedłem do jednego z nich, młodego chłopaka, i poprosiłem, żeby wszedł tam jeszcze raz. Wytłumaczyłem mu, iż w lewym rogu stoi drewniana skrzynka. Włączył latarkę na kasku i zniknął w kłębach dymu. Minuty ciągnęły się jak wieczność. W końcu zobaczyliśmy snop światła i wyłaniającą się postać. W grubych, żółtych rękawicach strażackich niósł okopcone tabernakulum. On był muzułmaninem. Nie miał pojęcia, co trzyma w rękach i Kogo niesie. A uratował Jezusa.

Co stało się, gdy otworzyliście tę „drewnianą skrzynkę”?

Zanieśliśmy tabernakulum do bagażnika naszego samochodu. Kluczyk był stopiony od wysokiej temperatury. Płacząc, na kolanach, próbowaliśmy go przekręcić. Kiedy drzwiczki w końcu puściły, zobaczyliśmy cud. Kielich z pięcioma małymi komunikantami oraz monstrancja z hostią w środku były absolutnie nienaruszone! Co niesamowite, zapach świeżego, wypieczonego chleba był tak silny, iż całkowicie zdominował smród spalenizny. Czuliśmy się, jakbyśmy otworzyli piec w piekarni. Ludzie stojący z boku pytali naszych parafian: „Co wy tam mieliście za bogactwa, co za pieniądze, iż tak płaczecie?”. Oni nie rozumieli. Nie wiedzieli, iż tam było nasze największe bogactwo: żywy Bóg, który dał nam znak poprzez to ocalenie.

Znak w ruinach

To nie był jedyny znak, który znaleźliście w ruinach.

Gdy dym nieco opadł i ludzie się rozeszli, weszliśmy do środka garażu. Wszystko było zniszczone: drewniany ołtarz, ławki, obrazy, a figura Matki Bożej z gorąca pękła i roztrzaskała się w drobny mak. Ale na ścianie za ołtarzem wisiał – dosłownie jak triumfator – nienaruszony krzyż. Ten sam, który całowaliśmy w Wielki Piątek. Miał na sobie czarną od dymu, okopconą stułę, ale przetrwał ogień i setki litrów wody. Wisiał dostojnie, jakby błogosławił tym kazachstańskim strażakom.

Niedługo po pożarze spotkały Was kolejne trudności – zmiany personalne.

Tak, parę dni później dowiedzieliśmy się o decyzjach w diecezji. Ks. Tomek został skierowany do parafii w Czkałowie, aż 900 kilometrów od nas. Dla ludzi to był ogromny cios. Kiedy poszliśmy do naszych kościelnych babć, żeby powiedzieć im o pożarze i o odejściu proboszcza, zalały się łzami: „Teraz to już niczego nie będzie… Bez kościoła, bez księdza”. Ale te dwa znaki – tabernakulum i krzyż – dawały nam jasny komunikat: Chrystus chce tutaj być. Pożar był tragedią, ale dzisiaj patrzymy na to inaczej. Bóg czasem coś burzy, żeby zbudować nowe. Wcześniej mało kto w okolicy wiedział o naszym istnieniu. Po pożarze ludzie usłyszeli o katolikach.

I tak narodził się niezwykły pomysł na nowy dom modlitwy: kościół-jurta.

Pomysł przyszedł do mnie w Polsce, podczas wakacji, kiedy jadłem śniadanie u mojej mamy. Pomyślałem: a co, gdybyśmy wybudowali kościół w kształcie tradycyjnego kazachskiego namiotu – jurty? To tanie rozwiązanie, buduje się szybko, a wizualnie stałoby się to pięknym pomnikiem wdzięczności dla narodu kazachskiego. Za ratunek od pożaru, ale też za serce, jakie okazali Polakom w czasie tragicznych przesiedleń w 1936 roku.

Czy w dziele odbudowy czujesz wsparcie Kościoła i przyjaciół?

Ono jest ogromne! Dzięki dobroci wielu serc kupiliśmy już najpotrzebniejsze rzeczy do odprawiania Mszy i sakramentów. Księża dzielą się szatami i naczyniami liturgicznymi. Nasz arcybiskup natychmiast przekazał nowe śpiewniki, modlitewniki oraz swój prywatny komplet lekcjonarzy i mszał. Przyjeżdżają wolontariusze z Polski – pomagali sprzątać pogorzelisko, czyścili nadpalone przedmioty. Objawiły się też kolejne talenty. Kobieta urodzona w Pawłodarze, a mieszkająca od lat w Polsce, zaoferowała, iż jako malarka namaluje dla nas metrowy obraz św. Marii Goretti. Moja przyjaciółka z kolei zaproponowała namalowanie wizerunków świętych kazachstańskich męczenników z czasów totalitarnych. Wspiera nas mnóstwo ludzi, znajomych i nieznajomych, z Polski i zza granicy. Przed nami wciąż długa droga i mnóstwo pracy, ale głęboko wierzę, iż skoro Bóg był z nami w tym ogniu, to będzie z nami już zawsze.

*Ks. Łukasz Chłopek – prezbiter diecezji rzeszowskiej, misjonarz w Kazachstanie. Jego działanie możesz obserwować na profilu Step Misja.

ZOBACZ RÓWNIEŻ:

Leon XIV do pisarzy: Prawda to dobro, którym należy się dzielić
Idź do oryginalnego materiału