Od czego zaczyna się schizma?

2 godzin temu

W reagowaniu nie chodzi o „bicie heretyków po głowie”, a w słuchaniu – o wyszukiwanie argumentów do „pokonania przeciwnika”.

Schizma nie bierze się znikąd. Nie wyrasta przez noc, zupełnie spontanicznie rozsadzając Kościół od środka. Rozłam potrzebuje czasu, by dojrzeć: w napięciach, zaniedbaniach i wzajemnym niezrozumieniu. Aby mu zapobiegać, nie wystarczy wskazać palcem pełnego złej woli heretyka, uznanego – bo tak jest prościej – za jedynego winowajcę tego wydarzenia. Prewencja schizmy – jeżeli wolno użyć takiego pojęcia – to działania o wiele mniej spektakularne i o wiele bardziej sprawiedliwe, a przede wszystkim osadzone w zwykłej parafialnej codzienności.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Te rozważania nie są w tej chwili bynajmniej czymś abstrakcyjnym. Kilka tygodni temu do publicznej wiadomości podana została informacja o planowanych na lipiec 2026 roku święceniach biskupich, które mają zostać udzielone w Bractwie Piusa X bez zgody Stolicy Apostolskiej. Informacja ta skłoniła do reakcji Dykasterię Nauki Wiary, która zaproponowała dialog teologiczny w kwestiach najbardziej drażliwych dla Bractwa, z jednoczesnym zastrzeżeniem konieczności rezygnacji z planowanych święceń. Niestety propozycji nie przyjęto, a decyzja o święceniach została podtrzymana. jeżeli faktycznie do nich dojdzie, będzie to formalny akt schizmy, skutkujący zaciągnięciem kary ekskomuniki.

Sytuacja zainicjowana przez Bractwo Piusa X to okazja do tego, by przyjrzeć się dynamice napięć i podziałów pojawiających się w Kościele. W znanych historiach rozłamów Kościoła najczęściej następuje trwający przez pewien czas proces: pęknięcie narasta, aż w końcu dochodzi do kulminacyjnego punktu. Zanim jednak dojdzie do formalnego aktu, którego konsekwencją jest zerwanie jedności z Kościołem, mamy do czynienia z szeregiem czynników warunkujących takie zakończenie sprawy. Tematowi temu warto się przyjrzeć w szerszej skali, ponieważ dziś, sprowokowani współczesną kulturą, jako Kościół musimy niezwykle intensywnie uczyć się żyć razem w różnorodności, a jednocześnie przekonujemy się, iż są granice tego, na co możemy się zgodzić.

Posiadacze prawdy?

W przypadku jedności Kościoła, naszej wiary i wspólnego jej wyznawania, stosunkowo łatwo jest zapomnieć, iż za deklarowanymi poglądami stoją konkretni, realni, a nie abstrakcyjni (jak niektóre problemy) ludzie – z ich doświadczeniem, wrażliwością, rozumieniem świata, wychowaniem, kulturą, preferencjami teologicznymi, ale też stylem przeżywania relacji z Bogiem.

To wszystko jest, rzecz jasna, naszym zasobem – bywa też jednak obciążeniem, szczególnie wtedy, kiedy się ukonkretnia: kiedy okazuje się, iż to właśnie ci, z którymi wyznajemy wiarę, mają swoje historie, wrażliwość, preferencje itp. Jednoczy nas wspólna wiara – granice jej rozumienia oraz punkty fundamentalne zostają nam określone przez Kościół, który, jak wierzymy, jest prowadzony Ducha Świętego, by dochował wierności Jezusowi. Jednoczy nas wiara, ale różnimy się w jej przeżywaniu.

Dojrzewanie w chrześcijaństwie polega wówczas między innymi na umiejętności zinterioryzowania wiary ze swoim kontekstem życia i historii, a jednocześnie na nieabsolutyzowaniu swojego doświadczenia jako wytycznej dla całego Kościoła. Dojrzałość wiary przejawia się w subtelnej różnicy pomiędzy poczuciem, iż „posiada się prawdę”, a zrozumieniem i praktykowaną pokorą, iż „uczestniczy się w poznawaniu Prawdy”.

Częstą taktyką w obronie status quo jest przekonanie, iż „tylko my mamy prawdę” i dlatego musimy jej bronić i innych do niej przekonywać. Problem polega jednak na tym, że, jeżeli już, to ta Jedyna Prawda ma nas, a nie my ją

Magdalena Jóźwik

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

Taka postawa dojrzałości prowadzi do otwartości, dialogu, nieustannego nasłuchiwania i rozeznawania, ale również szukania i zrozumienia tych, którzy szukają. Najgorsze, co możemy sobie jako członkowie Kościoła robić, to mieć poczucie, iż już nie musimy szukać, bo mamy odpowiedzi na wszystkie pytania. Wówczas odzieramy Boga z Jego tajemnicy, przestajemy być uczniami, a stajemy się wszystkowiedzącymi nauczycielami dla innych.

Mikrozaniedbania, makroschizma

Pewne przejawy braku dojrzałego przeżywania wiary najłatwiej zauważyć w środowiskach parafialnych, gdzie w jednej wspólnocie parafialnej mieszają się różne wrażliwości teologiczne, duchowe, a niekiedy i kulturowe. W perspektywie zwykłej, codziennej rzeczywistości parafialnej nieraz przybiera to formę pewnych zamkniętych, odrębnie funkcjonujących bytów (w ramach grup, wspólnot), które, jak się wydaje, łączy tylko posługa tego samego duszpasterza i korzystanie z tych samych pomieszczeń parafialnych.

Poza tym wspólnoty i grupy żyją obok siebie, mówią nieraz różnymi teologicznymi językami, a jednocześnie brakuje im pewnej otwartości i gotowości do współpracy z innymi. Brak wspólnych inicjatyw, spotkań, pewnej otwartości na innego, który razem ze mną w tej samej parafii modli się i przeżywa swoją wspólnotę z Kościołem, prowadzi w dłuższej perspektywie do obojętności, czasem chłodnego dystansu, chronienia tego, co moje, izolacji, a czasem i wrogości, wynikającej z poczucia zagrożenia.

Oczywiście, w środowisku parafii te postawy przejawiają się raczej w dość subtelny sposób, ale spojrzenie na Kościół w Polsce z lotu ptaka pozwala niestety dostrzec bardzo wyraźną polaryzację w przeżywaniu wiary, nieraz połączoną z agresywną jej obroną. Tylko… czy rzeczywiście bronimy wiary? Czy naszych przekonań o wierze?

Zarówno środowiska bardziej tradycyjne, jak i te uznawane za charyzmatyczne, nieraz stosują tę samą taktykę w obronie status quo. Jest nią przekonanie, iż „tylko my mamy prawdę” i dlatego musimy jej bronić i innych do niej przekonywać. Problem polega jednak na tym, że, jeżeli już, to ta Jedyna Prawda ma nas, a nie my ją. Ponadto owo przywiązanie do swoich racji często jednak nie dotyczy fundamentów wiary, a jedynie pewnych aspektów jej przeżywania czy odpowiedniego rozłożenia akcentów.

Bestseller Sale!
  • Marek Kita

Zostać w Kościele / Zostać Kościołem

36,00 45,00
Do koszyka
Książka – 36,00 45,00 E-book – 32,40 40,50

Przywołuję przykład polaryzacji środowiska kościelnego, która często widoczna jest gołym okiem w rzeczywistości parafialnej, bo to obraz pomagający zrozumieć, iż za rozłamem stoi proces, a uczestniczą w nim konkretni ludzie. Zanim nastąpi schizma, odstępstwo od wiary, herezja czy apostazja, we wspólnocie dzieje się coś, co nie jest otoczone opieką i wsparciem; coś o czym nieraz po prostu się milczy.

Inna interpretacja dobra

Z teologicznego punktu widzenia człowiek w odpowiedzi na Boże objawienie jest uczestnikiem historii zbawienia, w której powszechne jest doświadczenie grzechu, słabości, granic oraz trudu w poznawaniu Objawionej Prawdy.

Ta świadomość powinna mu towarzyszyć na co dzień, ona bowiem zaprasza do pokornego uznawania swoich ograniczeń, a zarazem wzywa do wyrozumiałości względem innych. Częścią historii zbawienia jest też ludzka grzeszność, błędy, ślepe uliczki, w które człowiek się zapuszcza.

Bez zrozumienia tego aspektu trudno będzie przyjąć fakt, iż pomimo dobrej chęci obu stron – jak w przypadku Bractwa Piusa X (święcenia dla dobra duchowego wiernych) i Stolicy Apostolskiej, podejmującej próby utrzymania dialogu – nie udaje się ocalić jedności.

To część historii zbawienia: czasami mimo dobrych chęci okazuje się, iż każda ze stron inaczej interpretuje dobro. To, niestety, nieodłączna część naszego bycia w drodze oraz doświadczenia grzeszności i słabości. Nie każdy rozłam jest wynikiem czyjejś złej woli – czasem to raczej kwestia błędu, źle rozpoznanego dobra.

Prewencja rozłamów

Pewną wskazówką, jak jednak pracować nad jednością w skali mikro (parafialnej) i makro (Kościoła powszechnego) mogą być trzy praktyki: wyjście z izolacji, reagowanie na zło oraz szczere słuchanie i poszukiwanie Prawdy.

Dlaczego te trzy? Wyjście z izolacji, z tego, co znane, ku innym, którzy inaczej myślą, chroni przed zawężonym sposobem postrzegania rzeczywistości, uczy większej elastyczności oraz daje okazję do bycia blisko pomimo różnic. Umiejętne reagowanie i upominanie, gdy pojawiają się niewłaściwe interpretacje doktryny lub nadmierne przywiązanie do pewnych form przeżywania wiary, nie pozwala błędom rozprzestrzeniać się i pęcznieć. Z kolei słuchanie innych i postawa szczerego szukania Prawdy prowadzi do pokory, która zachowuje w uczniostwie i pozwala uniknąć przekonania, iż jest się właścicielem prawdy.

Wszystkie te elementy zakładają gotowość do podjęcia dialogu. Celem wyjścia z izolacji musi być bowiem chęć rzeczywistego spotkania. W reagowaniu nie chodzi o „bicie heretyków po głowie”, a w słuchaniu – o wyszukiwanie argumentów do „pokonania przeciwnika”. Wręcz przeciwnie: chodzi o prawdziwe zatrzymanie się przy drugim – przy jego lękach, motywacjach, bólu i poczuciu niezrozumienia. Chodzi o spotkanie się z tymi samymi rzeczywistościami w samym sobie.

Wszystko po to, żeby wspólnie przejrzeć się w nauczaniu Kościoła, którego obie strony chcą być częścią i żeby poszukać takich dróg zaopiekowania potrzeb i cierpień, które byłyby z tym nauczaniem zgodne.

Przeczytaj też: Ks. Grzegorz Strzelczyk: Dojrzewamy do kolejnego soboru

Idź do oryginalnego materiału