Dlaczego szkaplerz od wieków pozostaje on jednym z najważniejszych znaków zawierzenia Matce Bożej? Co oznacza jego nazwa? Czemu kawałek materiału miałby pomóc mojemu zbawieniu?
Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Źródło: RafaelPhoto credit: Rafael
Tekst został przetłumaczony i opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
W tym roku przypada 775 rocznica przekazania szkaplerza świętego św. Szymonowi Stockowi. Bez wątpienia było to wydarzenie, które na trwałe wpisało się w historię i duchowość Kościoła katolickiego. Wedle wielowiekowej tradycji stało się to 16 lipca 1251 roku w Aylesford w Anglii. Tam Najświętsza Maryja Panna ukazała się generałowi zakonu i wręczyła mu szkaplerz jako znak swojej szczególnej opieki nad karmelitami i wszystkimi wiernymi, którzy będą go nosić z wiarą i żyć według Ewangelii.
O. Marcin Ciechanowski OSPPE, ceniony polski rekolekcjonista i egzorcysta, w swojej najnowszej książce „Nieskalana szata na brudne życie” prowadzi czytelnika przez podróż po kartach Pisma Świętego. Poprzez odniesienie do biblijnych fragmentów związanych z ubiorem wyjaśnia głęboki sens noszenia szkaplerza.
W książce czytamy m.in.: „Zatrzymajmy się nad samym słowem, bo w nim ukryta jest cała tajemnica. Słowo „szkaplerz” to łacińskie „scapulae”, oznacza po prostu „ochronny fartuch”. Z kolei język hebrajski używa słowa „szechem” na określenie tego, co dźwiga się na grzbiecie, dosłownie oznacza ono „siodło”. W tamtej mistycznej wizji ten nadprzyrodzony fartuch nosił na sobie potężne przesłanie: z jednej strony biło na nim serce Jezusa, z drugiej – przeczyste serce Jego Matki. Przesłanie tego znaku jest wstrząsająco piękne w swojej prostocie. Po co zakładasz fartuch? Żeby ochronić się przed brudem! To jest duchowa zbroja, pod którą podkładasz swój kark, by to Bóg mógł cię poprowadzić.”
Prosty gest
O. Marcin Ciechanowski tłumaczy również, iż Bóg nie oczekuje rzeczy fizycznie wielkich: „Przypomnijmy sobie moment, gdy Jozue stanął na granicy Ziemi Obiecanej u wrót przeznaczenia swojego narodu. Wtedy objawił mu się wstrząsający majestat anioła. Czego zażądał wysłannik niebios od wodza Izraela? Nie krwawych ofiar, nie skomplikowanych rytuałów, ale jednego, prostego aktu uległości: zrzucenia sandałów z zakurzonych stóp. Tylko tyle? Owszem. Ale ta jedna, pozbawiona zewnętrznego patosu czynność otworzyła tamę niebiańskiej interwencji, uwalniając potęgę anielskich zastępów do walki o nową przestrzeń dla jego ludu. Wystarczył moment posłuszeństwa wyrażony ciałem, by poruszyć całe niebo. Mały, prozaiczny gest.
Niestety, ta sama cielesna ekspresja bywa też narzędziem zdrady rodzącym pychę lub chciwość. Ludzkie ego nieustannie szuka form modlitwy, które karmiłyby jego rzekomą wyjątkowość, i odrzuca to, co skromne. Jakże często z ironicznym uśmiechem patrzy się dziś na dwa małe kawałki brązowego sukna zawieszone na zwykłym sznurku wokół szyi – na szkaplerz. Podobnie różaniec: to modlitwa prostoty, przeznaczona dla ludzi cichych. Nie da się z niej uczynić pomnika dla własne go narcyzmu, nie sposób wokół niej zbudować podestu ludzkiego egocentryzmu. Bóg jednak patrzy inaczej niż świat. On obdarza ubogich i cichych najwspanialszą pełnią swojej miłości, realizując odwieczną zasadę królestwa ducha: im mniej człowiek posiada na własność, tym szerzej otwiera się na dary nieba.”
Choć jeszcze nie skończyłem jej czytać, to już ją polecam wszystkim zainteresowanym. Wydawcą książki jest Dom Wydawniczy Rafael.
ZOBACZ RÓWNIEŻ:

1 godzina temu



.webp)



.webp)






