Łukasz Kaczmarek pokazał coś, czego dziś bardzo potrzebujemy
Więcej artykułów znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Źródło: EWTN PolskaPhoto credit:
Tekst został opracowany na podstawie oryginalnych materiałów źródłowych przez EWTN Polska.
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
W świecie wielkiego sportu łatwo mówić o sukcesie, pieniądzach, kontraktach, medalach i rekordach. Znacznie rzadziej mówi się o tym, skąd człowiek wyrósł, komu zawdzięcza swoją formację i co pozostaje dla niego ważne wtedy, gdy gasną światła hali, kończy się mecz i nie ma już kamer. Dlatego warto zwrócić uwagę na historię Łukasza Kaczmarka. Nie dlatego, iż zrobił coś spektakularnego, ale właśnie dlatego, iż zachował się zupełnie normalnie. A ta normalność w dzisiejszych czasach staje się coraz bardziej potrzebnym świadectwem.
Jeden z najbardziej utytułowanych polskich siatkarzy ostatnich lat, srebrny medalista igrzysk olimpijskich w Paryżu, mistrz Europy i wielokrotny reprezentant Polski odwiedził swoją rodzinną parafię pw. św. Jana Chrzciciela w Krotoszynie. Uczestniczył tam we Mszy Świętej i spotkał się z proboszczem, ks. Aleksandrem Genderą, który od lat kibicuje jego sportowej drodze. Kaczmarek sam przypomniał później, iż to dla niego miejsce szczególne, bo właśnie z tą świątynią związane są ważne wydarzenia jego życia i przyjęte przez niego sakramenty.
Można przejść nad tym do porządku dziennego i powiedzieć: sportowiec odwiedził swoją parafię, zrobił zdjęcie, napisał kilka słów i tyle. Tylko iż warto spojrzeć na tę historię trochę głębiej. Dzisiaj człowiek publiczny może bez większego ryzyka opowiadać o niemal wszystkim, co jest dla niego ważne. Może mówić o swoich poglądach, zainteresowaniach, sposobie życia czy przekonaniach. Kiedy jednak pojawia się wiara, Bóg, Msza Święta albo Kościół, bardzo często zaczyna się ostrożność. Bo może ktoś źle zareaguje, może pojawią się komentarze, może ucierpi wizerunek, może lepiej nie drażnić części odbiorców. W rezultacie wiara wielu ludzi, także ludzi znanych, zostaje zamknięta głęboko w sferze prywatnej.
Łukasz Kaczmarek najwyraźniej nie widzi powodu, żeby tak robić. I właśnie za tę prostotę warto mu podziękować. Tym bardziej iż nie wygląda to na jednorazowy gest wykonany na potrzeby mediów. Już wcześniej można było przeczytać o jego modlitwie oraz o tym, iż przed wejściem na boisko czyni znak krzyża. Nie urządza z tego przedstawienia i nie próbuje nikogo pouczać. Po prostu nie udaje, iż tej części jego życia nie ma. Można odnosić sukcesy, reprezentować Polskę na największych sportowych arenach świata, zdobywać medale, mieć tysiące kibiców i jednocześnie bez skrępowania wejść do swojego kościoła, uczestniczyć we Mszy i powiedzieć publicznie: to miejsce jest dla mnie ważne.
Jest jeszcze jeden szczegół tej historii, który mówi bardzo wiele. W krotoszyńskiej bazylice znajduje się złoty medal mistrzostw Europy zdobyty przez Kaczmarka w 2023 roku. Sportowiec ofiarował go świątyni i mieszkańcom rodzinnego miasta. Trzeba przez chwilę pomyśleć, czym taki medal jest dla zawodnika. Za tym niewielkim kawałkiem metalu stoją lata treningów, wyrzeczeń, kontuzji, zmęczenia, zwycięstw i porażek. To pamiątka jednego z największych sukcesów w życiu. Można ją zamknąć w domowej gablocie i przez kolejne dziesięciolecia pokazywać dzieciom i wnukom. Kaczmarek postanowił zostawić swój medal w miejscu, z którym związane jest jego życie wiary.
Nie ma potrzeby dorabiać do tego wielkiej teologii ani zaglądać człowiekowi do sumienia. Wiara jest przestrzenią bardzo osobistą i tylko Bóg zna jej prawdziwą głębię. Ale dobro trzeba umieć zauważyć i nazwać dobrem. Zwłaszcza wtedy, kiedy człowiek mający ogromny wpływ na młodych ludzi pokazuje im swoim zachowaniem coś niezwykle ważnego: nie trzeba wybierać między sukcesem a wiarą. Nie trzeba zostawiać Chrystusa w zakrystii, żeby być człowiekiem współczesnym. Nie trzeba się tłumaczyć z tego, iż chodzi się do kościoła, modli się albo przed wejściem na boisko robi znak krzyża.
I może właśnie ten ostatni obraz jest najważniejszy. Wyobraźmy sobie młodego chłopaka, który trenuje siatkówkę gdzieś w małym polskim mieście. Patrzy na reprezentanta Polski, olimpijczyka, człowieka, który doszedł na sam szczyt, i widzi, iż ten człowiek przed meczem robi znak krzyża, a później wraca do rodzinnego miasta i idzie na Mszę do kościoła, w którym przyjmował sakramenty. Dla tego chłopaka może to znaczyć więcej niż niejeden wykład o wierze. Dostaje prostą wiadomość: możesz marzyć, możesz ciężko pracować, możesz wygrywać, możesz dojść bardzo daleko i nie musisz po drodze wstydzić się Boga.
Chrystus powiedział swoim uczniom: „Do każdego więc, który się przyzna do Mnie przed ludźmi, przyznam się i Ja przed moim Ojcem, który jest w niebie” (Mt 10,32). Nie każdy jest powołany do głoszenia Ewangelii z ambony. Większość chrześcijan głosi ją swoim życiem: w rodzinie, w pracy, w szkole, w szpitalu, w biurze, na stadionie czy w sportowej hali. Czasem świadectwem będzie długa rozmowa, a czasem zwyczajny znak krzyża wykonany wtedy, gdy patrzą tysiące ludzi.
Dlatego nie róbmy z Łukasza Kaczmarka świętego ani kaznodziei, bo on sam tego nie robi. Powiedzmy mu po prostu po chrześcijańsku: dziękujemy. Za to, iż pamięta, skąd wyrósł. Za szacunek dla swojej parafii i kapłana. Za medal pozostawiony w kościele. Za znak krzyża przed meczem. I przede wszystkim za zwyczajność, z jaką pokazuje, iż wiara nie jest czymś, co trzeba ukrywać.
W czasach, kiedy wielu ludzi zaczyna się zastanawiać, czy wypada jeszcze publicznie powiedzieć, iż wierzy się w Boga, właśnie takiej normalności bardzo nam potrzeba. Kościół nie potrzebuje wyłącznie wielkich deklaracji. Potrzebuje przede wszystkim chrześcijan, którzy tam, gdzie postawiło ich życie, nie będą się wstydzić Chrystusa. o ile robi to człowiek, którego oglądają i podziwiają tysiące młodych Polaków, warto to zauważyć. I zwyczajnie powiedzieć: dzięki, Łukasz. Takie świadectwo naprawdę ma znaczenie.
PRZECZYTAJ RÓWNIEŻ:

1 godzina temu














