Neonazista przemieniony przez Ewangelię

chrzescijanin.pl 1 dzień temu

Pewnej nocy, jeszcze w liceum, pojawiłem się z kolegami na domówce. Wśród zamieszania, tańców i rozmów zauważyłem grupę groźnie wyglądających facetów stojących w kącie.

Wielu z nich miało ogolone głowy. Nosili buty marki Doc Martens oraz czerwone lub białe szelki. To była lokalna ekipa skinheadów o poglądach neonazistowskich.

Wtedy byłem zbuntowanym nastolatkiem, samotnym i zamkniętym w sobie. Wiedziałem, iż ci faceci mają władzę, a do tego nazywali się nawzajem „braćmi”. Co więcej – zauważyli mnie. „Ej, stary, chodź tu. Wypij z nami piwo” – zawołali. Poczułem dreszcz ekscytacji, iż zostałem zauważony i zaproszony. Z entuzjazmem przyjąłem ich propozycję.

W kolejnych tygodniach zapraszali mnie na spotkania, luźne posiadówki i wiece w okolicach Phoenix, mojego rodzinnego miasta. W końcu sam ogoliłem głowę, założyłem buty, szelki i sznurówki, które tworzyły „mundur” i zostałem jednym z nich. Skinheadzi stali się moją nową rodziną.

Najczęściej po prostu imprezowaliśmy, piliśmy na umór i słuchaliśmy ciężkiego metalu. Większość z około 30 członków miała normalną prace – z wyjątkiem jednego, który miał wytatuowaną swastykę na jednym oku i nie rozumiał, dlaczego nikt nie chce go zatrudnić.

Czasem zaczynaliśmy lub dołączaliśmy do bójek na ulicy, broniąc „swoich” z agresją. Gdy widzieliśmy białego faceta idącego z czarnoskórą kobietą, wyzywaliśmy go od „zdrajców rasy”. Na naszych spotkaniach skandowaliśmy hasła supremacji białej rasy, odwołując się do „Heil Hitler” i głosząc, iż biali są lepsi od wszystkich innych, a osoby innej rasy powinny „wracać, skąd przyszły”.

Kiedy pojawialiśmy się na imprezach, budziliśmy szacunek, a czasem i strach. Siedziałem z moją grupą w kącie i wiedziałem, iż nikt mnie nie tknie.

W zamian za to poczucie bezpieczeństwa przyłączyłem się do ruchu, który – dziś już wiem – był zagrożeniem dla innych. Co zaczęło się jako sposób na walkę z własnymi kompleksami, przerodziło się w dehumanizowanie innych i przemoc wobec osób kolorowych oraz ich społeczności.

Ale to nie Mein Kampf mnie przyciągnął. Na początku chodziło o coś zupełnie innego: siłę, poczucie przynależności do czegoś większego niż ja sam. Ideologia przyszła później.

Lata później to inne zaproszenie do wspólnoty poprowadziło mnie do Jezusa.

Wychowałem się w kochającej chrześcijańskiej rodzinie. Jednak w kościele, do którego chodziłem jako dziecko, chrześcijaństwo sprowadzało się głównie do zakazów: „Nie rób tego, bo Bóg cię ukarze.” Lista grzechów obejmowała taniec, palenie, alkohol i oglądanie filmów z kategorią R.

Gdy poszedłem do gimnazjum na początku lat 90., zauważyłem, iż wielu chrześcijan i tak robiło te wszystkie rzeczy. Zaczęło do mnie docierać, iż może to wszystko to tylko ściema.

Pewnego dnia odwiedziłem dom pastora i zobaczyłem na półce kasetę VHS z filmem Terminator – zakazaną produkcją z kategorią R. W moim nastoletnim umyśle to był ostateczny dowód, iż chrześcijaństwo to hipokryzja. Wtedy właśnie odwróciłem się od Boga i Kościoła.

Ale w środowisku skinheadów znów poczułem ten sam zawód. Z czasem dostrzegłem, iż moi „bracia” nie mieli w sobie prawdziwej radości, nie byli stabilni finansowo ani silni duchowo.

Uciekali przed prawem, niszczyli swoje kariery i rodziny. Ich życie nie miało nic wspólnego z obietnicami, które głosiła ich ideologia. Po kilku latach zacząłem podejrzewać, iż obietnice bezpieczeństwa, wspólnoty i celu, które tak bardzo mnie przyciągnęły, były tylko pustymi sloganami.

W 2000 roku federalne służby zaczęły aresztować skinheadów z Phoenix za handel ekstazą. Grupa się posypała. Wielu członków uciekło lub po prostu zniknęło. Wtedy też, rozczarowany, zdecydowałem się odejść. Przestałem pojawiać się na spotkaniach, zmieniłem numer telefonu i przeprowadziłem się do innej dzielnicy.

Miałem dwadzieścia kilka lat, byłem sam i tęskniłem za czymś prawdziwym. Nie umiejąc poradzić sobie z tym wszystkim, ukrywałem się za gniewem – traktując go jak zbroję. Choć zostawiłem neonazizm za sobą, gniew we mnie pozostał.

Miałem dobrą pracę, a wolny czas poświęcałem grze na perkusji – pasji, którą odkryłem w liceum. Wciąż wierzyłem, iż Bóg gdzieś jest, ale byłem zamknięty na religię – szczególnie chrześcijaństwo, które uważałem za pełne obłudy i fałszu.

Jednocześnie wiedziałem, iż nie mogę żyć dalej w samotności. I przez tę małą rysę w mojej zbroi Bóg zaczął się do mnie przedzierać – zaczęło się od telefonu z miejsca o nazwie Desert Springs Bible Church.

Dzwoniła kobieta, która znalazła mój numer w ogłoszeniach dla muzyków. Zapytała, czy mógłbym zagrać jako perkusista w zespole uwielbienia w najbliższą niedzielę. Pomyślałem: Czemu nie? Może zrobię coś dobrego.

Spodziewałem się, iż wejście z powrotem do kościoła po tylu latach będzie nieznośnie niezręczne. Ale ku mojemu zdziwieniu zespół przyjął mnie bez oceniania i udawania. Czułem się tam zaskakująco naturalnie. Jedna niedziela przerodziła się w dwie, potem w trzy – aż stałem się częścią zespołu na stałe.

Po jakimś czasie jeden z muzyków, Seth, zaprosił mnie na kolację do siebie. Zgodziłem się, przekonany, iż pewnie i tak w ostatniej chwili odwoła. Ale gdy przyszedłem, on i jego żona Jayme poczęstowali mnie kolacją – i choćby mieli zimne piwo. Tego się nie spodziewałem. Wieczór minął nam na rozmowie i śmiechu.

Zaczęli zapraszać mnie co tydzień. I tak te kolacje stały się tradycją. Nie było żadnej presji, żadnego ukrytego celu – tylko szczera gościnność.

Pewnego wieczoru Seth powiedział: „A może po kolacji pogadamy o tym, co cię wkurza w chrześcijaństwie?”

O, byłem gotów. Miałem w sobie mnóstwo gniewu i chciałem się nim podzielić.

Seth cierpliwie słuchał, gdy wyrzucałem z siebie wszystko – hipokryzję chrześcijan, upadki pastorów, płytką wiarę. Ku mojemu zdziwieniu nie próbował się bronić. Kiwał głową i powiedział: „Wiesz co? Też mam takie zastrzeżenia. Myślę, iż Jezus również.”

Czasami wyciągał Biblię i prosił, bym przeczytał fragment z Ewangelii, pytając: „Jak myślisz, co Jezus by na to powiedział?”

Nie wiedziałem wtedy, iż on mnie po prostu prowadził do żywego Jezusa. Z czasem moje serce zaczęło mięknąć na Ewangelię.

Gniew i uraza jeszcze we mnie trwały, ale zaczęły znikać w obliczu czegoś nowego. Polubiłem Jezusa. Chciałem Go lepiej poznać. A im bardziej Go poznawałem, tym bardziej pragnąłem pójść za Nim i uczestniczyć w tym, co On robi na świecie.

To było ponad 20 lat temu. Cztery lata po pierwszej kolacji z Sethem zostałem zaproszony do pracy w kościele. Poszedłem do seminarium, zostałem ordynowany i dziś jestem pastorem wspólnoty, która przyjęła mnie, gdy byłem zagubiony.

Ja, były skinhead, teraz prowadzę Kościół, który żyje biblijną wizją wspólnoty tworzonej przez ludzi wszystkich ras i środowisk. I co ważne, pod prowadzeniem Ducha Świętego zmierzyłem się z uprzedzeniami we własnym sercu, publicznie i prywatnie wyznając i pokutując za rasistowskie czyny, których się dopuściłem.

Bóg w swoim miłosierdziu dał mi też głębokie przyjaźnie z osobami kolorowymi, które okazały mi przebaczenie, byli dla mnie mentorami i otwierały mi oczy na grzechy, których sam nie widziałem – lub nie chciałem widzieć – bez ich perspektywy.

Ta przemiana – powolna, ale prawdziwa – zaczęła się niepozornie: przy stole. Seth i Jayme przyjęli mnie z otwartymi ramionami i tydzień po tygodniu okazywali mi miłość Jezusa. Traktowali mnie jak przyjaciela i pokazali, iż można bezpiecznie kwestionować dawne przekonania i odkrywać, kim naprawdę jest Chrystus. Przy ich stole odłożyłem zbroję i zacząłem nieść swój krzyż.

Jezus częściej zasiadał do stołu niż go przewracał. Przy stołach Jego uczniów choćby złamany neonazista może doświadczyć Bożej łaski. I jestem Bogu wdzięczny, iż ja jej doświadczyłem.

Źródło: Christianity Today

Idź do oryginalnego materiału