Nadszedł złoty wiek. Masowego Kościoła już nie ma i nie będzie

4 godzin temu
Zdjęcie: Dariusz Piórkowski


Nie rozpoczniemy prawdziwej ewangelizacji, dopóki nie zrozumiemy, iż życie Kościoła nie ogranicza się tylko do sakramentów i nie zamyka w świątyniach.

„I rzekł do nich: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu! Kto uwierzy i przyjmie chrzest, będzie zbawiony”” (Mk 16, 15-16)

W znakomitej książce „Chrześcijaństwo. Triumf religii” Peter Heather dowodzi, iż właśnie teraz, w naszych czasach, otwiera się przed chrześcijaństwem niedostępna nigdy dotąd szansa: iż zgodnie ze słowami Jezusa o uczniach jako soli ziemi i światłu świata, może się ono w końcu rozchodzić za sprawą prawdziwej ewangelizacji, nawrócenia rzeczywistego i wspólnoty.

Dlaczego? Autor przekonuje, iż od czasów Konstantyna i jego edyktu tolerancyjnego chrześcijaństwo rozszerzało się w głównej mierze dzięki władzy politycznej, dzięki odpowiedniej koniunkturze ekonomicznej, dzięki systemowi łask i przywilejów udzielanych przez władców, a czasem wręcz za sprawą przypadku. Oczywiście, jakaś ewangelizacja była, podobnie i prawdziwe nawrócenia, ale działo się to „punktowo”, nie globalnie. Po prostu takie były realia. Inaczej się nie dało.

WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!

Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.

Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram

Do X wieku Kościołem tak naprawdę zarządzali nie papieże, ale cesarze rzymscy, a po upadku Cesarstwa cesarze postrzymscy. Skutkiem tego istotnie wszyscy musieli stawać się chrześcijanami, jeżeli chcieli np. otrzymać pracę, jakiś urząd, a w przypadku elit – aby zyskać lub nie stracić zbyt wiele, wszak wiadomo, iż ta grupa zawsze jest najbardziej „zagrożona”. Do chrześcijaństwa tak czy inaczej „zmuszano”, czasem choćby siłą albo po prostu wizją utraty urzędu, przywilejów itd.

Wystarczy przyjąć chrzest?

Kościół z konieczności musiał się dostosować do tego światowego porządku. I był zmuszony do podporządkowania się chrześcijańskim władcom, a potem sam był kuszony do podporządkowania państwa i władców sobie.

Wiadomo, iż to wszystko zwykle skazane jest na porażkę. No i przy założeniu, iż wszyscy mają być chrześcijanami, przynajmniej z nazwy (co w tym świecie nigdy nie będzie faktem, ale jest to kusząca perspektywa), uznano, iż wcale nie trzeba uwierzyć, zanim przyjmie się chrzest. Wystarczy przyjąć chrzest – a powiedzieć można wszystko, bo przecież nikt nie bada intencji obecnych w sercu.

Ale efektem tego okazała się daleko posunięta „destylacja” chrześcijaństwa, czyli jego romanizacja, uświatowienie, dostosowanie się do zmieniających się wiatrów władzy i układów politycznych, przejęcie wielu pogańskich zwyczajów, ubranie religijności naturalnej w szaty chrześcijańskie, czyli złagodzenie rewolucji zapoczątkowanej przez Jezusa.

To wcale nie żaden brak poczucia grzechu i zepsucie ludzi powodują ich odchodzenie z Kościoła. Zupełnie na odwrót. Oni tak naprawdę nigdy nie byli w tym Kościele, ponieważ do wiary rzadko prowadziło rzeczywiste nawrócenie czy relacja z Chrystusem, która, co tu dużo mówić, jeżeli jest wierna Ewangelii, powoduje prześladowania chrześcijan, wykluczenie, utratę przywilejów i wiele innych niekorzystnych „skutków”. Trzeba istotnie mieć głębokie zakorzenienie w Chrystusie, by płacić tak wysoką cenę za bycie Jego uczniem.

Kościół nie dla wszystkich?

Dopiero pojawienie się nowożytnych państw i współczesnej demokracji spowodowało, iż możliwy jest prawdziwy rozwój Kościoła w autonomii wzajemnej państwa i religii. No i z konieczności bez iluzji, iż wszyscy będą chrześcijanami albo powinni się nimi stać. Jezus o niczym takim nie mówił.

W demokracji, która też nie jest idealnym ustrojem, nie da się narzucić religii. I bardzo dobrze. W końcu chrześcijaństwo nie będzie służyć do tego, aby nam się dobrze powodziło, aby państwo zabezpieczało nasze wszystkie potrzeby, dawało fory chrześcijanom. W demokracji nigdy nie będzie tak, iż wszyscy będą uczniami Jezusa. To nierealne. Kiedy już Bóg nie jest „potrzebny”, by nam zapewnić wszystko, nareszcie można z Nim wejść w głęboką relację. Ale to nigdy nie będzie pragnienie wszystkich. Bo wiara prawdziwa często sprawia, iż nie będzie się nam we wszystkim powodziło.

Chrześcijaństwo nie ma służyć do tego, aby nam się dobrze powodziło, aby państwo zabezpieczało nasze wszystkie potrzeby, dawało fory chrześcijanom

o. Dariusz Piórkowski

Udostępnij tekst
Facebook
Twitter

W Polsce ciągle duże grupy w Kościele katolickim żyją iluzją państwa wyznaniowego, zapominając, iż władza zawsze wykorzystuje religię do swoich celów czy do podtrzymania porządku społecznego. Partia chce wsparcia Kościoła, a Kościół wsparcia państwa.

W ubiegłym tygodniu była kolejna rocznica katastrofy smoleńskiej, która przy pomocy Kościoła i chrześcijaństwa została wykorzystana do celów politycznych. Tworzenie państwa wyznaniowego, co w demokracji prawie jest niemożliwe, usprawiedliwia się hasłem, iż Polska zawsze była katolicka. Z nazwy tak. Z czynów i działania nie. Co najwyżej punktowo, w przypadku jednostek.

Nowa szansa dla Kościoła

Nadszedł więc złoty wiek Kościoła w Europie. W Polsce też, jednak u nas jeszcze trwa walka o zrozumienie tego, iż alianse z władzą wypłukują z chrześcijaństwa sól. A jak jej nie ma w chrześcijaństwie, to czym się ono różni od jakiejkolwiek innej religii? Niczym.

Nadchodzi czas, gdy już chrześcijanie nie będą masą, a Polska nie będzie cała katolicka. Zaczyna się czas prawdziwego nawrócenia, wyboru Ewangelii sercem, a nie tylko zewnętrznymi motywacjami. Życie zgodne z Ewangelią, ale takie do końca, a nie z tym, iż będziemy chodzić ze sztandarami, iż jesteśmy katolikami, podczas gdy w życiu przez cały czas będziemy się dzielić, pogardzać innymi, manipulować Bogiem i Ewangelią. Nigdy nie będziemy domeną wielu. Zawsze tylko reszta będzie wierna Bogu i często zapłaci za to wysoką cenę.

Wkrótce Nowość Sale!
  • Mateusz Filipowski OCD
  • Agata Kulczycka

Tkanie
PRZEDSPRZEDAŻ

32,94 54,90 Do koszyka

Kościół stanie się dla tego świata śmieszny, nieistotny, marginalny. Podobnie do Jezusa, który stał się takim dla większości swoich rodaków. Ludzie Kościoła będą sądzić, iż to upadek… Kościoła. Brak wpływu, posłuchu, autorytetu. Tak, to będzie prawdziwie ewangeliczny czas ponownego zasiewu. Działania mocą ziarenka gorczycy i przemiany poszczególnych serc, które będą promieniować na otoczenie miłością. Ale nie triumfalnie i na oczach kamer, ale w pokorze i pozornym braku wpływu.

Którędy do tych, którzy odeszli?

Abp Tadeusz Wojda w wywiadzie dla „Gościa Niedzielnego” mówi, iż musimy wyjść do tych, którzy odeszli. Zgadzam się. Pytanie tylko, jak to zrobić. Bo w dotychczasowym modelu to niemożliwe.

Dotychczasowy model ewangelizacji Kościoła polega głównie na tym, iż ci, co odeszli, powinni przyjść z powrotem do Kościoła. Jak wyjść do tych, co odeszli, jeżeli całe chrześcijaństwo i głoszenie zasadniczo zamyka się w kościele i kancelarii parafialnej? Można oczywiście wyjść przez media. I to częściowo się dzieje. Ale większość mediów katolickich służy tylko temu, by bronić status quo, punktować kolejne zagrożenia i pomstować, jak to źle na Zachodzie, a u nas dobrze. Młodzi ludzie sobie z tego robią memy.

Nie rozpoczniemy prawdziwej ewangelizacji, dopóki nie zrozumiemy, iż życie Kościoła nie ogranicza się tylko do sakramentów i nie zamyka w świątyniach. Ale i tak póki co nie mamy pojęcia, jak wyjść do tych, którzy odeszli. Jezus mówi, by do nich iść. Może trzeba to potraktować dosłownie? Ale w sytuacji, gdy często postrzeganie Boga i samego Jezusa zostało tak wypaczone przez ludzi Kościoła, iż ci, co odeszli, nie chcą choćby o Nich słuchać, choćby z tym wyjściem bezpośrednio do ludzi jest problem.

Po prostu teraz następuje czas kryzysu, oczyszczenia, bo zaczął się złoty wiek, wielka szansa dla Kościoła, który gdy utracił wiele, ekonomicznie, liczebnie, majątkowo, w końcu będzie mógł zająć się namysłem nad tym, co zrobić, aby ewangelizować, nie licząc na to, iż całe tłumy masowo wejdą do Kościoła lub do niego powrócą.

Niektórym trudno się z tym pogodzić, bo myślą o Kościele po światowemu, po konstantyńsku, po cesarsku. No i mają wiele do stracenia. Więc ból jest i będzie duży. Ale to jest ból, który prowadzi do wolności i chrześcijaństwa, które będzie solą ziemi i światłem świata.

Tekst ukazał się na blogu o. Dariusza Piórkowskiego. Obecny tytuł i śródtytuły od redakcji Więź.pl

Idź do oryginalnego materiału