Być może sztuka polega na tym, by nauczyć się nurkować na bezdechu, ale zawsze wracać na powierzchnię. Uznać, iż pasja nadaje życiu sens, ale to relacje nadają mu kształt.
Piąty odcinek cyklu Agnieszki Budnik i Damiana Jankowskiego „Kultura straty, kultura (nie)zgody”. Wcześniejsze przeczytacie tutaj.
W „Wielkim błękicie” Luca Bessona – filmie z 1988 roku, który niespodziewanie wraca do polskich kin w jakości 4K, by drażnić i uwodzić dzisiejszą wrażliwość – pojawia się scena fundamentalna dla zrozumienia pewnego rodzaju samotności.
Jacques Mayol, nurek głębinowy bijący nadludzkie rekordy w schodzeniu na głębokości dotąd nieznane, leży w łóżku w Grecji, tuż przed mistrzostwami świata, obok Johanny. Ona jest ciężarna, choć jeszcze mu o tym nie mówi, bo dziecko było jej marzeniem. Nie jego. On ma otwarte oczy, ale nie patrzy na nią: wpatruje się w sufit, który w wyobraźni faluje, zamienia się w taflę wody widzianą od dołu. I chociaż dzielą łóżko, mężczyzna jest już tam – w głębinie, w mrocznej ciszy, gdzie nie ma języka. A co ważniejsze, nie ma relacji. Bynajmniej nie w ludzkim rozumieniu.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Rozdarcie stare jak świat, a jednak wciąż bolesne. Z jednej strony pasja – choć to słowo wydaje się tu zbyt błahe, zbyt hobbystyczne; powiedzmy raczej: imperatyw. Ten wewnętrzny głos, który każe nurkować, pisać, badać, być „gdzie indziej”. Z drugiej – miłość, ta krucha konstrukcja wznoszona z codziennych obecności, z podania kubka z kawą rano, z uważności na cudzy oddech.
Zaczyna się tu zarysowywać jeszcze jeden, rzadko nazywany wymiar utraty: stopniowy zanik umiejętności bycia na powierzchni.
Miarą jest balans
Kultura romantyczna wpoiła nam przekonanie, iż miłość jest absolutem, który powinien wypełnić wszystko. Zderza się on jednak brutalnie z etosem twórczym czy badawczym, który sugeruje coś wręcz przeciwnego: iż to, co robisz – twoje nurkowanie – jest jedynym, co po tobie zostanie. Reszta to szum tła. W tej optyce wejście w relację staje się aktem ryzyka, a codzienność jawi się jako zagrożenie dla skupienia, niezbędnego, by zejść na głębokość stu metrów bez butli tlenowej. Pojawia się lęk, iż „prawdziwe życie” nas spłyci, uczyni letnimi.
Można mieć w sobie bezkresny, lodowaty błękit, a jednocześnie ciepłą dłoń, która trzyma nas przy życiu. W tej dziwnej walce nie musi być zwycięzców i pokonanych
Agnieszka Budnik
Ale istnieje też rewers medalu Mayola, który punktuje Paolo Sorrentino w swoim najnowszym filmie, „La Grazii” (oznaczającej w przekładzie, co symptomatyczne, łaskę). Jego bohaterowie nie uciekają w ocean. Zostają na lądzie, uwikłani w wielkie obowiązki i pracę, której się fanatycznie poświęcają. I ta praca staje się zasłoną dymną. To specyficzny rodzaj zaciemnienia – bohater ma wrażenie panowania nad rzeczywistością, sądzi, iż jego oddanie sprawie (prawu, sztuce czy polityce) jest formą miłości, bo on przecież buduje świat dla bliskich. A jednak dużo w tym ułudy. W rzeczywistości ogień jego pasji wypalił tlen w pokoju.
Strata znaczy tu coś innego. Nie traci się kogoś dlatego, iż odszedł. Traci się go, siedząc tuż obok, bo uwaga stała się zakładnikiem imperatywu. To syndrom przywoływanego wcześniej Mayola – niby w łóżku, a jednak pod wodą. Trudno zgodzić się na tę dychotomię, choć jej ciężar jest wyczuwalny. Binarny podział – albo błękit, albo Johanna; albo wielka łaska, albo niedzielny obiad – jest leniwy poznawczo, ale przecież jednocześnie zupełnie okrutny. Nie wierzę w takie zero-jedynkowe układy. Ale wiem, jak wygląda świat, w którym brakuje rytmu. W którym jedno się rozpędza, a drugie czeka. Albo odwrotnie.
Dlaczego tak trudno skleić te porządki? Być może dlatego, iż pasja – ta graniczna, poza którą nie widzi się nic, która niemal fizycznie wnika aż do kości, może i pasja jakoś zwierzęca – bywa z natury autorytarna. Jest zazdrosna, domaga się wyłączności i nie znosi sprzeciwu. Kiedy wchodzi się w tekst, w ideę czy w głębinę, świat zewnętrzny przestaje istnieć na klasycznych zasadach, a każdy głos z zewnątrz staje się intruzem. Zaręczam, iż wybicie z rytmu, stracenie myśli, która była już prawie uformowana (i oczywiście, iż genialna, dlatego jej tu nie ma), boli niemal jak kopnięcie w róg szafki nocą.
- Krystyna Czerni
Cisza i zgiełk obrazów
Miarą dojrzałości jest jednak balans: implozja do wewnątrz, nigdy na drugiego, rozładowanie frustracji, byle nie używką.
Błękitna ślepota
Może miłość jest właśnie nauką rezygnacji z tego autorytaryzmu? Czy wpuszczenie kogoś do swojego świata, próba zabrania go pod wodę, nie byłaby wyższą formą wtajemniczenia niż samotne bicie rekordów? Oglądając „Wielki błękit”, aż za łatwo wpaść w bardzo nęcącą pułapkę i bez reszty wzruszyć się losem Mayola, wybierającego delfiny i głębię zamiast tworzącej się właśnie rodziny (swoją drogą, marzeniem tak obsesyjnym, iż wyniszczającym i samą Johannę).
Estetycznie to pociągająca sprawa – ostateczne zjednoczenie z żywiołem. Ale z perspektywy relacyjnej to klęska jak żadna inna. Mayol traci zdolność do życia na lądzie, jego płuca nie tolerują już powietrza, którym oddychamy my, uwikłani w kompromisy.
Błękitna ślepota. Moment, w którym to, co się robi, staje się ważniejsze od tego, z kim i jak się jest. Nie chodzi już choćby o miłość. Moment u Sorrentino, w którym rozdarcie pomiędzy obowiązkiem a bliskością staje się nie do sklejenia. Budzimy się w pustych domach, otoczeni sukcesami, własną głębią, by zrozumieć, iż na powierzchni nie zostało już zbyt wiele, a sama żyję ideą przeszłego życia, która już dawno nie ma za wiele wspólnego z rzeczywistością. Sorrentino wprowadza jednak prawo łaski, pozostając w chrześcijańskiej eschatologii: z głębiny można wrócić, do pokoju można wpuścić powietrze. I wcale nie pociągnie to za sobą katastrofy klimatycznej.
Być może sztuka polega na tym, by nauczyć się nurkować na bezdechu, ale zawsze wracać. Uznać, iż pasja nadaje życiu sens, ale to relacje nadają mu kształt. Że można mieć w sobie bezkresny, lodowaty błękit, a jednocześnie ciepłą dłoń, która trzyma nas przy życiu. W tej dziwnej walce nie musi być zwycięzców i pokonanych, choć pokusa, by puścić linę i zostać w głębinie – jak w finale u Bessona – pozostaje najsilniejszym narkotykiem. I jest niezbitym dowodem na to, iż paradygmat romantyczny nigdzie sobie, drodzy państwo, nie poszedł.
Czasem myślę, iż może najbliżej prawdy byłby taki świat, w którym nie trzeba wybierać, ale też nie trzeba się tłumaczyć. Gdzie jedno wie, iż drugie musi zejść pod wodę. I iż nie chodzi o ucieczkę. Ani o nieobecność. Po prostu: nie wszystko da się dzielić równo, ale można być u siebie nawzajem – choćby tylko w tym, iż się rozumie. Nie pyta. Nie przerywa. Zostawia zapaloną lampkę przy brzegu. I jest powodem, dla którego się wraca.

1 dzień temu














![Samochód wpadł do Odry we Wrocławiu. Nurkowie sprawdzają wrak pojazdu [ZDJĘCIA]](http://www.radiowroclaw.pl/img/articles/157025/jFfz87v5H2.jpg)

