Na swoje koncerty Dylan wybiera miejsca, które nie mogą pogodzić się z tym, iż są peryferiami. Tutaj też toczy się życie, zdaje się mówić muzyk.
Za miesiąc rozpocznie się kolejna część, trwającej od pięciu lat, trasy koncertowej Boba Dylana po Stanach Zjednoczonych. Nikogo nie trzeba przekonywać, iż artysta ten koncertować nie musi – nie jest mu to potrzebne ze względów finansowych, ani by komukolwiek coś udowodnić. Dlaczego więc wciąż rusza w drogę?
Wbrew wszystkiemu
Trasa „Rough and Rowdy Ways” trwa wbrew wszystkiemu – nie zatrzymuje jej pandemia, ani globalne i lokalne katastrofy polityczne. Trudno powiedzieć, żeby Dylan robił coś po łebkach, do tej pory odbyło się około trzystu koncertów, w marcu, kwietniu i na samym początku maja zagra w niemal trzydziestu amerykańskich miastach. Nie jest też przesądzone, iż to koniec – być może trasa znów zostanie przedłużona, a jesienią Dylan zagra w Europie. Tak działo się w poprzednich latach.
A mówimy przecież o artyście kończącym niedługo osiemdziesiąt pięć lat, który w dodatku nigdy nie był estradowym zwierzęciem. To nie jest typ muzyka takiego jak Mick Jagger, którego koncertowanie odmładza.
WIĘŹ – łączymy w czasach chaosu
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
W dodatku Dylan uparcie milczy. Podczas koncertów nie mówi ani słowa – nie wita się, nie dziękuje, nie przedstawia zespołu. Pomiędzy utworami wybrzmiewa absolutna cisza. Artysta niespecjalnie chętnie patrzy choćby w stronę publiczności, która w dodatku pozbawiona zostaje telefonów – ich zakaz jest wyjątkowo restrykcyjnie egzekwowany przez ochronę.
Także aktywność medialna muzyka w ostatnich latach ogranicza się do krótkich oświadczeń prasowych, publikowanych najczęściej wtedy, gdy umrze ktoś dla niego ważny. Czasami to Tina Turner, a czasami Muhammad Ali. Od ostatniego dłuższego wywiadu minęło kilka lat.
Wokół trwa huragan – świat zatrzymuje pandemia, kończy się i zaczyna prezydentura Donalda Trumpa, a zachodnie społeczeństwa coraz częściej słyszą i myślą o wojnie. W międzyczasie powstaje autobiograficzny film, w którym w postać muzyka wciela się Timothée Chalamet, jeden z najbardziej popularnych aktorów ostatnich lat.
A Bob Dylan? Nic nie mówi, choć koncertuje – koncertuje, choć nic nie mówi. A może tak naprawdę mówi wiele, choć milczy.
Zagubiony w Stanach
Ten brak komunikatu jest pozorny. Wystarczy spojrzeć na listę miast, do których w tym roku zawita muzyk. Trasa sprawia wrażenie, jakby ktoś wybrał się do Stanów Zjednoczonych na roadtrip, ale zamiast podróży życia zgubił się i spędził kilka tygodni, sypiając w tanich motelach, znajdujących się w miejscowościach, których nazwy nic nikomu nie mówią.
Wybór miast na trasie Dylana można odczytywać jako przesłanie, iż warto czasem zatrzymać się tam, gdzie zwykle tego nie robimy
Jan Radomski
Zaczyna się 21 marca w Omaha, stolicy Nebraski. To spore miasto, ale symbolicznie reprezentujące prowincję. Leżąca w sercu Wielkich Równin Nebraska jest przecież osadzona w kulturze chociażby poprzez słynny album Bruce’a Sprinsteena czy film w reżyserii Alexandera Payne’a. To stan, w którym pośród pustki i ciszy żyją zwykli Amerykanie. Trudno nie doszukiwać się przesłania w rozpoczęciu trasy koncertowej właśnie tu.
Później Dylan zagra między innymi w Sioux Falls, Rochester czy La Crosse. 31 marca wystąpi w Muncie, niewielkiej (65 tysięcy mieszkańców) miejscowości w centrum Indiany. Zatrzymajmy się na chwilę w tym miejscu.
Dwie klasy
Muncie przeszła do historii nauki ze względu na Roberta i Helen Lyndów, małżeństwo socjologów, które na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych ubiegłego stulecia zapragnęło opisać, jak wygląda życie zwykłego, amerykańskiego miasta. Muncie ukryto pod nazwą Middletown.
Badania terenowe zostały przez Lyndów przeprowadzone dwukrotnie – pierwszy raz w czasach prosperity lat dwudziestych, a następnie powtórzone podczas Wielkiego Kryzysu. Miały pokazać, jak wielkie przemiany gospodarcze wpłynęły na życie białych Amerykanów i Amerykanek. Efektem była książka „Middletown: A Study in American Culture” opublikowana w 1929 roku.
Z dzisiejszej perspektywy niektóre aspekty tego badania brzmią rozczulająco. Badacze piszą na przykład, iż nowe technologie – takie jak lodówki czy pralki! – powodują zanik tradycyjnych umiejętności, a także oddalanie się od siebie członków rodziny, którzy spędzają wspólnie coraz mniej czasu. Dostrzeżono także spadek zainteresowania literaturą, zwłaszcza wśród młodzieży, która woli w pasywny sposób słuchać audycji radiowych.
Jednak część z wniosków, do których doszli Lyndowie, wciąż pozostaje aktualna. Wykorzystali oni podział na dwie klasy: pracującą oraz biznesową. Z badania wynikało, iż chociaż zdecydowana większość mieszkańców (70 proc.) należy do pierwszej z nich, władza w mieście sprawowana jest niemal wyłącznie przez drugą. Czy czegoś to nam nie przypomina?
- Piotr Wierzbicki
Jak słuchać muzyki
W Muncie zwalczano związki zawodowe, a w latach trzydziestych utrudnione było pozyskiwanie środków z Nowego Ładu. Lyndowie zrezygnowali z badania czarnej populacji Muncie – która stanowiła około 5 proc. wszystkich mieszkańców – za co później ich krytykowano. Jednocześnie utrzymywali, iż najważniejszym podziałem jest ten wyznaczany przez klasy: „Urodzenie się po jednej lub drugiej stronie granicy wyznaczanej przez te dwie grupy [klasę pracującą oraz klasę biznesową – J.R.] jest najważniejszym czynnikiem wpływającym na to, co człowiek robi przez całe życie – z kim się żeni, o której rano wstaje, czy jeździ Fordem, czy Bukiem”.
W zakończeniu drugiej książki – wydanej w 1937 roku „Middletown in Transition: A Study in Cultural Conflicts” – Robert i Helena Lynd wprost ostrzegają, iż tak silny podział jest niebezpieczny. Wyrażają oburzenie, iż klasa biznesowa tak naprawdę nie rządzi, a dba o swój interes. Wskazują, iż z ich rozmów z biznesmenami odczuć można, iż mają oni pragnienie znalezienia silnego przywódcy, ponieważ bez niego nie potrafią działać, ale za to dobrze wiedzą, jak podążać za kimś.
Badacze cytują jednego z przedsiębiorców, który narzeka na prezydenta Roosevelta i jego Nowy Ład oraz z nutką sympatii przywołuje Hitlera i Mussoliniego. Piszą także, iż niedługo może powstać alternatywny ruch, który przedstawi się jako „amerykański” i „patriotyczny”, a chociaż będzie szkodliwy, może się okazać, iż znajdzie poparcie wśród mieszkańców Middletown.
Tak Robert i Helena Lynd pisali w 1937 roku. Trudno nie skojarzyć tego z historią Douglas Kelley, przedstawioną niedawno w filmie „Norymberga”. W ostatniej scenie psychiatra ostrzega, iż ci, którzy autorytarnie zawładną umysłami amerykańskiego społeczeństwa, nie będą nosili nazistowskich mundurów.
Czułość i ostrzeżenie
Oczywiście nie wiem, na ile Bob Dylan obie te książki zna. Nie mam jednak wątpliwości, iż trwająca trasa nie została skonstruowana przez przypadek. Dylan mógłby przecież zagrać kilka koncertów w Madison Square Garden, później polecieć do Kalifornii i kolejne wieczory spędzić w The Greek Theatre.
Zamiast tego przemierza – jak głosi tytuł jego ostatniej płyty – szorstkie i hałaśliwe drogi. Nie chce grać tam, gdzie jest centrum, z premedytacją wybiera miejsca, które nie mogą pogodzić się z tym, iż są peryferiami, a jednocześnie stanowią przecież centrum, tyle iż własnego świata. Tak jak Detroit – jedno z niewielu wielkich miast, w którym Bob Dylan wystąpi.
To jednoznaczny gest czułości i ostrzeżenia: tutaj też toczy się życie. Komunikatem nie jest zatem jednoznaczna deklaracja polityczna, która ucieszyłaby wiele osób. Okazuje się nim sama mapa trasy koncertowej, gdzie podróż przez nieznane czy zapomniane regiony staje się przekazem samym w sobie. W te miejsca kieruje Dylana intuicja, która niemal sto lat temu Robertowi i Helenie Lynd powiedziała, iż prawdy o Ameryce nie należy szukać w Nowym Jorku, Waszyngtonie czy Los Angeles, ale w Middletown.
- Małgorzata Łukasiewicz
My, czytelnicy
Wybór trasy można odczytywać jako przesłanie, iż warto czasem zatrzymać się tam, gdzie zwykle tego nie robimy. Dylan pokazuje, iż milczenie nie jest brakiem komunikatu – jest sposobem, by dać przestrzeń, zarówno innym, jak i sobie. Wówczas zupełnie inaczej zrozumieć można to, dlaczego tak uparcie milczy. Alternatywą byłoby przecież zabranie głosu, które jednocześnie zabiera głos innym.
Gdyby Bob Dylan poszedł tą drogą, ludzie w Madison Square Garden i The Greek Theatre byliby zachwyceni. Jednak milczy, grając w flyover states – miejscach, nad którymi wielu Amerykanów i Amerykanek wyłącznie przelatuje. To milczenie nie odbiera jednak sensu, a poszerza pole widzenia.
Dosłowność to słabość
Dobrze koresponduje to z treścią jego ostatniej płyty. „Rough and Rowdy Ways” to album obsesyjnie zanurzony w historii Stanów Zjednoczonych, a jednocześnie całkowicie stroniący od polityki w jej codziennym rozumieniu. Dylan nie komentuje prezydentury Donalda Trumpa wprost. Po prostu śpiewa 17-minutowy, najdłuższy w swojej karierze, utwór o zabójstwie Johna Kennedy’ego.
Podróż przez amerykański mit nie stoi w sprzeczności z tegoroczną trasą. Wręcz przeciwnie, obie perspektywy zdają się dobrze uzupełniać. Album staje się legendą do wyznaczonej przez trasę koncertową mapy. To, co mogłoby się wydawać nieistotnym miastem, nagle jawi się sercem Ameryki, gdzie codzienność mierzy się z wielkimi narracjami. Płyta rekonstruuje amerykański mit. Dzięki trasie ta rekonstrukcja jest nie tylko intelektualna, ale także dosłowna – jej treść wybrzmiewa w miejscach, które te mity współtworzą.
Dylan nie musi wygłaszać politycznych tyrad, jego wybory mówią same za siebie. Być może najbardziej znaczący jest fragment „Key West” – dość enigmatycznego, anarchistycznego utworu, w którym śpiewa: „I heard the news, I heard your last request / Fly around, my pretty little Miss / I don’t love nobody, give me a kiss” [Słyszałem wiadomości / słyszałem twoje ostatnie życzenie / Leć przed siebie, moja mała / Nie kocham nikogo, pocałuj mnie].
„Rough and Rowdy Ways” są nie tylko tytułem albumu, ale także wskazówką, w którą stronę warto spojrzeć. Pewnie łatwo byłoby potraktować to jak kaprys – oto stary gwiazdor ucieka od estrady. Jest w tym jednak konsekwencja, która Dylanowi towarzyszy od dekad. Nieprzypadkowo jednymi z kluczowych utworów do zrozumienia jego twórczości są „I Shall Be Free” czy „I Shall Be Free No. 10” – pozornie humorystyczne utwory wydane na jego drugim i czwartym albumie.
Muzyk wyśmiewa w nich, iż społeczeństwo wymaga od niego osądów na temat zagrożenia ze Związku Radzieckiego czy sytuacji kubańskich farmerów, a on woli uganiać się za dziewczynami i snuć własne opowieści.
Jest w tym trochę kokieteryjnej pozy, ale to także przejaw zasadniczej postawy Boba Dylana, który zawsze stronił od politycznej publicystyki, choć w różnych sytuacjach doszukiwano się bądź wymagano od niego więcej. Jego komentarz zawsze był antykomentarzem – subtelnym nie w kontekście przesłania, ale braku dopowiedzenia.
Według Dylana dosłowność jest przejawem śmieszności, ale też słabości. Tak jak w „I Shall Be Free No. 10”, gdy wygłasza banalne i nic nieznaczące „I want everybody to be free”. Prawdziwym wyzwaniem jest takie sformułowanie komunikatu, żeby zawisł pomiędzy nadawcą a odbiorcą, a nie stał się rozkazem, pozbawiającym podmiotowości drugiego z nich.
Tak rozumiane milczenie nie jest tchórzostwem ani obojętnością. Wręcz przeciwnie, w dzisiejszych czasach, właśnie w milczeniu odnaleźć możemy narzędzie krytyki, a co za tym idzie – zmiany. W czasach TikToka cisza może być bardziej rewolucyjna niż krzyk.
*
Wiele wskazuje na to, iż przedłużająca się trasa Boba Dylana nie jest przypadkowa. W jego wieku trudno nie dopatrywać się w tym przedłużającego się pożegnania – nie tylko z życiem i sceną, ale również z Ameryką.
1 maja 2026 roku w Abilene odbędzie się finał trasy. To całkowicie niepozorne miasto leżące w samym środku Teksasu. Trochę kojarzy się z wojskiem, trochę z westernami, trochę z wydobywaniem ropy, ale tak naprawdę nie kojarzy się z niczym.
O dwudziestej Robert Allen Zimmerman stanie na scenie i wystąpi przed dwoma tysiącami osób. Pewnie zaśpiewa dokładnie te same utwory, w dokładnie tej samej kolejności. Nie powie, dlaczego gra akurat tutaj, ani czy data (Święto Pracy – wywodzące się ze Stanów Zjednoczonych, ale tego dnia obchodzone w Europie) ma jakiekolwiek znaczenie. A później bez słowa zejdzie ze sceny.
Być może będzie to ostatni koncert w jego karierze.

2 godzin temu














