Zostałam kiedyś usunięta z grupy osób mających prowadzić rekolekcje dla kleryków, ponieważ byłam „za młoda i zbyt atrakcyjna”. W Kościele kobieta zbyt często pełni funkcję pomocniczą.
Późny wieczór. Młodszy syn śpi już od dwóch godzin. Mąż położył go spać i wyszedł na spacer, żeby odpocząć od natłoku bodźców. Siedzę przy łóżku Marysi i w końcu słyszę ciszę. To znak, iż procedura ponadgodzinnego usypiania córki, wypełnionego potokiem słów, próbujących zebrać karuzelę wspomnień, pomysłów i refleksji z całego dnia, dobiegła końca. Wtedy właśnie cisza otwiera szeroko swoje ramiona, jakby chciała powiedzieć: „Moja droga, teraz czas na ciebie”. Czuję ukłucie w sercu, jakby szpilka przebijała balon, a świst schodzącego napięcia zamienia się w cichy płacz, którego nikt nie słyszy.
Gdyby choćby ktoś zobaczył mnie w tej chwili bezsilności przeplatanej dojmującym smutkiem i zapytał, co się stało, gwałtownie bym się otrzepała, poprawiła koronę, przywdziała koślawy, choć przekonujący uśmiech i, jak gdyby nigdy nic, odpowiedziała: „Nic takiego. Napijemy się herbaty?”.
WIĘŹ – wspieraj niezależne media katolickie!
Więź.pl to pogłębiona publicystyka, oryginalne śledztwa dziennikarskie i nieoczywiste podcasty – wszystko za darmo! Tu znajdziesz lifestyle myślący, przestrzeń dialogu, personalistyczną wrażliwość i opcję na rzecz skrzywdzonych.
Czytam – WIĘŹ jestem. Czytam – więc wspieram
Codzienność pełna „nictakich” momentów jest nie tylko moim udziałem. Każdego dnia tysiące historii pozostaje niewypowiedzialnych. Kobiety od wieków okrywają się płaszczem milczenia jak peleryną-niewidką, trwając w rozdzierającym duszę konflikcie: z jednej strony chcąc pozostać niewidzialnymi ze swoim bólem, a z drugiej – rozpaczliwie potrzebując ukojenia i pomocy.
Rodzaje kobiecych cisz
Bywa, iż milczenie idzie w parze z bólem serca. Kobiety pozostają cicho nie dlatego, iż nie mają nic do powiedzenia, ale dlatego, iż przeszły przez doświadczenia, które udzieliły im bolesnych lekcji. Milczą po poronieniach, których nikt nie widział. Milczą w depresji poporodowej z obawy przed niesprawiedliwą oceną i wstydem. Milczą o relacjach, w których ich potrzeby i oczekiwania były lekceważone. Owo milczenie nie jest brakiem głosu, ale ogromnym lękiem przed dotknięciem i opatrzeniem rany.
Kolejnym złodziejem głosu kobiet jest przemoc w różnych jej formach. Jak wielu z nas wbijano ostre kolce w serce z każdym kolejnym zarzutem, iż mamy za duże wymagania, iż wymyślamy, iż ciągle jesteśmy niezadowolone? Nic tak jak te kolce – jeżeli wbijane są wystarczająco regularnie – nie uczy nas, jak unieważniać siebie i swoje potrzeby. Przemoc emocjonalna doprowadza do miejsca, w którym za cenę akceptacji przez innych tracimy siebie.
Istnieje też cisza wynikająca z przemocy ekonomicznej. Stopniowe ograniczanie niezależności finansowej – często związane ze stereotypem, według którego kobieta powinna zajmować się wyłącznie domem i wychowaniem dzieci – stawia ją w położeniu absolutnej zależności od żywiciela rodziny (i – wcale nie tak rzadko – od jego łaski). Przerwanie tego rodzaju ciszy często wydaje się wówczas niemożliwe z obawy przed pozostaniem bez środków do życia. Milczenie staje się walutą przetrwania.
Niektóre z nas zostały wrzucone w bolesną ciszę przez przemoc seksualną. Pozostawiono je w duszącym uścisku nieswojego wstydu i poczucia winy, paraliżującego ciało, duszę i język. Milczenie pełni tu rolę strażnika pozornego bezpieczeństwa – fasady, która nie chroni, ale więzi w krzywdzie i podtrzymuje lęk. Wynika ono z przekonania, iż lepiej nie ujawniać bólu wykorzystania niż ryzykować kolejne poniżenie, unieważnienie, obwinienie, lekceważenie i uprzedmiotowienie.
Głos między wierszami
Czasem jednak kobiety ryzykują i mówią: jedno, dwa zdania… Prawda często nie pada wprost, ponieważ to mogłoby okazać się zbyt ryzykowne – przecież wcześniej ktoś nie uwierzył, zbagatelizował, obrócił w żart. Dlatego mówi się inaczej – ostrożniej, na próbę, łagodniej. To historie o nas – wypowiadane półgłosem, żeby sprawdzić, czy ktoś je przyjmie, czy znowu zostaną odrzucone. To jak stąpanie po cienkim lodzie. Ogromny wysiłek, jaki wkładamy w stawianie każdego kroku jest ceną, jaką płacimy, kiedy nie mamy pewności, iż zostaniemy usłyszane.
- Mateusz Filipowski OCD
- Agata Kulczycka
Tkanie
PRZEDSPRZEDAŻ
Kiedy balon ciszy pęka, można dowiedzieć się więcej o jej powodach. Dostrzec nić powtarzalności w setkach kobiecych historii wypuszczonych z solidnego kokonu milczenia. Jest on spuścizną przekazywaną z pokolenia na pokolenie – „nie wychylaj się”, „musisz być silna”, „przełknij to”, „nie mów o tym”, „to, co w domu, zostaje w domu”. Wiele z nas wychowanych zostało w imperatywie robienia dobrej miny do złej gry.
Powielanie tego wzorca uczy otoczenie zamykania uszu na kobiece cierpienie – jakby potwierdzając zasadę, iż nieużywany organ zanika. W ten sposób milczenie nie rodzi się znikąd, ale wyrasta z doświadczeń bólu, które nie znalazły odpowiednich, uważnych słuchaczy.
Wspólnota milczenia o bólu
Cisza jednej z nas jest jak kropla spadająca na powierzchnię – łatwo ją przeoczyć, strząsnąć, zignorować. Kiedy kropli przybywa, łączą się. Zbierają. Gęstnieją. Zostawiają ślad. Tam, gdzie milczy wystarczająco wiele kobiet, cisza przestaje być jednostkowa – staje się wspólna. W ten sposób powstaje wspólnota milczenia, w której to, co niewypowiedziane, zaczyna uchodzić za nieistniejące.
To morze ciszy rozlewa się na różne przestrzenie życia. W miejscach pracy – gdzie lepiej nie mówić, aby nie stracić pozycji, nie narazić się na konsekwencje, nie zostać uznaną za „trudną we współpracy”. W domach – gdzie dramaty zostają zamknięte między ścianami, bo „nie wynosi się takich spraw na zewnątrz”. W sąsiedztwie – gdzie każdy coś widzi, ale nikt nie pyta i nie reaguje. W Kościele – gdzie cisza bywa mylona z pokorą, a ujawnienie krzywdy z naruszeniem porządku, brakiem lojalności czy utratą wiary.
No właśnie. Kościół. Czy to nie z pomijania naszego głosu powstała taka dysproporcja pomiędzy (z pewnością potrzebnym) mówieniem o nierozerwalności małżeństwa a (równie potrzebnym) mówieniem o przemocy domowej? Czy to nie przemilczenie naszych doświadczeń sprawia, iż z ambon słyszy się dużo o grzechu aborcji, ale już o wiele mniej o potrzebie wzięcia społecznej odpowiedzialności za życie, w tym za warunki rodzenia? Czy ktoś słyszał kazanie o zamykanych porodówkach? Czy w licznych zachętach dotyczących otwarcia się na dar potomstwa przypomina się mężczyznom o odpowiedzialności za wychowanie w równym stopniu jak kobietom? Nie można wszak pominąć faktu, iż na rynku pracy szanse kobiet na znalezienie lub utrzymanie stanowiska maleją z każdym dniem urlopu macierzyńskiego (właśnie, macierzyńskiego – choćby funkcjonująca nomenklatura wskazuje na fakt nierówności w podziale odpowiedzialności pomiędzy obojgiem rodziców). Czy jest to temat godzien zwykłej, parafialnej, katolickiej nauki społecznej?
Jeśli władza jest służbą, to kwestia kobiet przestaje być pytaniem o dostęp do władzy. Staje się pytaniem o sprawiedliwość – o to, czy Kościół pozwala tym, które wiernie służą, współtworzyć także kierunek wspólnej drogi
Patrycja Siwica
Czy w Kościele nie spuszcza się zasłony milczenia na kwestię kobiecej seksualności? A co z mówieniem w sposób otwarty o gwałtach małżeńskich podszytych narracją o obowiązku małżeńskim? Kościół jawi się w tych kwestiach nierzadko jako bastion silnie zakorzenionego systemu patriarchalnego, w którym tradycje i struktury hierarchiczne utrudniają otwarte mówienie o doświadczeniach krzywdy. Tutaj bardzo często milczenie wciąż bywa normą, a nie wyjątkiem.
Wspólnota pominiętych kompetencji
Wydaje się zresztą, iż nie tylko na cierpienie spuszcza się w naszej wspólnocie zasłonę milczenia. Zakrywa ona również kobiecą intuicję, wiedzę, kompetencje czy wrażliwość. Czy nie dlatego, iż przyzwyczajeni jesteśmy do kobiecej ciszy, tak żywiołowo reagujemy, kiedy na czele jakiejś watykańskiej dykasterii stanie kobieta (i fakt ten ogłaszany jest jako precedens w mediach katolickich)? Czy nie dlatego, iż przyzwyczajeni jesteśmy do kobiecej ciszy, w polskiej delegacji na Synod o synodalności znaleźli się wyłącznie mężczyźni? A co z językiem eklezjalnym? Czy rzeczywiście muszę „nie być godzien”, żeby Pan „przyszedł do mnie”? Osobiście uważam, iż nie jestem godna i preferuję wylewanie serca przed Bogiem w formie żeńskiej – zgodnie z tym, kim jestem.
W Kościele kobieta – choćby ta niezwykle kompetentna – pełni zbyt często funkcję pomocniczą. kilka z nas ma możliwość współtworzyć dokumenty czy podejmować decyzje duszpasterskie. Z wydziałów teologicznych płynie cichy głos teolożek, którym zabroniono wykładania konkretnych przedmiotów i prowadzenia zajęć w seminariach; których nie wpuszcza się na egzamin ex universa, ponieważ nie są księżmi.
Zjawisko to widać również w przestrzeni ewangelizacyjnej. Pamiętam, jak kiedyś zostałam usunięta z grupy osób mających prowadzić rekolekcje dla kleryków, ponieważ byłam „za młoda i zbyt atrakcyjna”. Innym razem proboszcz jednej ze śląskich parafii nie zgodził się na to, abym wygłosiła konferencję dla parafian, ponieważ powinien to zrobić ksiądz, a z pewnością mężczyzna.
To przyzwyczajenie do kobiecej ciszy ma jednak swoją cenę. Brakuje głosu, który mógłby coś dopowiedzieć do męskiej perspektywy. Brakuje emocji, które pomogłyby zrozumieć to, czego nie uwzględnia pragmatyzm. Brakuje historii, mogących stać się lustrem, w którym Kościół zobaczyłby siebie z innej perspektywy. Unieważnianie czy lekceważenie kobiecego doświadczenia przyczynia się do kształtowania duszpasterstwa i teologii z poważnym deficytem: brakiem głosu połowy człowieka – brakiem kobiecego głosu.
„Kwestia kobiet”
Choć czasem wydaje się, iż szczytem słuchania w Kościele kobiecego głosu był moment, w którym Maria Magdalena opowiedziała uczniom o zmartwychwstaniu, to jednak być może nie wszystko jeszcze stracone. Powyższe refleksje wpisują się w kontekst opublikowanego niedawno raportu zatytułowanego „Uczestnictwo kobiet w życiu i przywództwie Kościoła”, przygotowanego przez jedną z Grup Studyjnych Synodu o synodalności.
Wnioski zawarte w dokumencie osobiście odczytuję jako uznanie, iż kobiece milczenie nie jest stanem naturalnym, ale wynika z poważnego zaniedbania, jakim jest brak wysłuchania. Raport ten budzi nadzieję, iż być może synod przyniesie wyczekiwane owoce w postaci stworzenia w Kościele przestrzeni, w której kobiety odzyskają głos. Autorzy dokumentu piszą bowiem, iż „wśród kluczowych tematów znajduje się rozpoznanie, iż kwestia kobiet stanowi autentyczny znak czasu, poprzez który sam Duch Święty przemawia do Kościoła”.
- James Martin SJ
Budując most
PRZEDSPRZEDAŻ
Opublikowane przez Grupę Studyjną wnioski bez wątpienia wskazują na kobiecą ciszę jako miejsce, wobec którego Duch Święty domaga się uważności. Akcent zostaje przesunięty z pytania o to, co Kościół może dać kobietom, na istotną refleksję nad tym, co dzisiaj Kościół może zyskać poprzez doświadczenie kobiet: „Refleksja zaczyna się «od dołu», od słuchania doświadczeń i wkładu kobiet pełniących odpowiedzialne role w Kościele, aby rozeznać, czego dokonuje i do czego inspiruje Duch Święty”.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, iż fundamentem raportu nie są analizy teologiczne, ale świadectwa kobiet realnie zaangażowanych w służbę wspólnocie eklezjalnej. To z kolei wskazuje na rewolucyjny owoc metody synodalnej, dzięki której zamiast mówić kobietom co powinny, a czego nie, Kościół w wymiarze strukturalnym podejmuje z nimi dialog, będący nie tylko dekoracyjnym elementem prac grupy synodalnej, ale przede wszystkim miejscem rozeznania.
Powyższe podejście kreśli obraz Kościoła, jaki osobiście noszę w sercu: słuchający, a przez to zyskujący na autorytecie. Kościół słuchający (jak to ujęte zostało w raporcie) „od dołu” nie traci doktryny, ale odzyskuje Ewangelię. To obraz Kościoła, który, słuchając ciszy, zaczyna słuchać Ducha, przemawiającego przez to, co najbardziej delikatne i ukryte.
Gdzie Duch nie może, tam kobietę pośle
Zdaję sobie sprawę, iż zarówno forma powstawania dokumentu, jak i jego treść, mogą stać się źródłem napięć. Wnioskuję tak na podstawie licznych negatywnych komentarzy dotyczących opublikowanego raportu, na jakie natrafiłam w przestrzeni internetowej. To choćby przekonanie jednego z internautów o tym, iż „w tradycji Kościoła to mężczyźni zostali powołani do rządzenia”. Inny komentator zaznaczył z kolei: „Tak ideologicznego tekstu Watykan chyba jeszcze nie widział. Kiedyś królowało hasło: «kobiety na traktory», teraz mamy do czynienia z: «kobiety na kościelne urzędy». Pozostaje mieć nadzieję, iż dokument trafi na śmietnik”.
Na tym jednak nie koniec kontrowersji (do których pogodnie się uśmiecham)! Dokument nie tylko bowiem wskazuje, iż kobiety należy usłyszeć, ale też, iż – o zgrozo! – wypada podzielić się z nimi odpowiedzialnością: „Konieczne jest przemyślenie na nowo obszarów kompetencji posługi święceń, co mogłoby otworzyć drogę do uznania […] przestrzeni odpowiedzialności dla kobiet w Kościele”.
Kościół słuchający „od dołu” nie traci doktryny, ale odzyskuje Ewangelię
Patrycja Siwica
Jeżeli władza, jak naucza Chrystus, jest tożsama ze służbą, to dlaczego kobiety, które realnie służą wspólnocie eklezjalnej od pokoleń, miałyby pozostawać z boku? Raport Grupy Studyjnej ma wymiar rewolucyjny, ponieważ burzy dotychczasowe myślenie o przywództwie w Kościele jako domenie prawie wyłącznie męskiej i otwiera tę przestrzeń dla administrowania przez te kobiety, które posiadają zdolności oraz kompetencje do podejmowania decyzji, kierowania instytucjami kościelnymi, a choćby przewodzenia wspólnotami.
Dokument nie pozostawia wątpliwości, iż bycie wyświęconym nie jest równoznaczne z posiadaniem wyłącznego dostępu do decyzyjności. To przecież zresztą paradoks, iż władza rozumiana ewangelicznie od dawna jest udziałem kobiet. Towarzyszą w kryzysach, prowadzą wspólnoty, organizują akcje charytatywne i pomocowe, koordynują misje, prowadzą szpitale i domy opieki, posługują wśród biednych i opuszczonych. Charyzmatyczna obecność kobiet jest niczym okno otwierane w dusznym pomieszczeniu – nadaje nową jakość. Dzięki tej ofiarnej obecności Duch Święty dociera tam, gdzie najczęściej urząd dotrzeć nie może.
Jeśli władza jest służbą, to kwestia kobiet przestaje być pytaniem o dostęp do władzy. Staje się pytaniem o sprawiedliwość – o to, czy Kościół pozwala tym, które wiernie służą, współtworzyć także kierunek wspólnej drogi.
Usłyszana kruchość, usłyszana siła
Zarówno sposób powstawania raportu grupy studyjnej, jak i jego treść, jawią się jako materiał do refleksji nad stworzeniem takich struktur, które oddadzą kobietom głos. Struktur, które z jednej strony umożliwią mówienie o swoich doświadczeniach bez lęku oraz ryzyka unieważnienia bolesnych historii, a z drugiej – stworzą kobietom przestrzeń realnego wpływu na kształtowanie kierunku drogi, jaką Kościół będzie podążać.
W ten sposób kobiece cierpienie i kruchość mają szansę stać się lustrem, w którym wspólnota eklezjalna będzie mogła się przejrzeć. Z kolei nasza siła oraz zdolność do przywództwa opartego na empatii, miłości oraz zrozumieniu mogą być dla Kościoła okazją do pogłębienia ewangelicznego rozumienia przywództwa.
Czytając raport, wracam do marzenia o Kościele, jakiego chciałabym być częścią: otwartego na każdą, choćby najbardziej bolesną i pogmatwaną historię; niekomplikującego życia teologią daleko odbiegającą od Ewangelii. Marzę o Kościele, który pozwala mówić kobietom nie dlatego, iż mają prawo głosu, ale dlatego, iż ich głos jest jednym z miejsc, w których Duch Święty mówi szczególnie wyraźnie. Marzę o Kościele, w którym bycie kobietą jest powodem do dumy i radości, a nie do wstydu i poczucia winy; szanującym moją kobiecą naturę oraz dostrzegającym jej wartość dla ubogacenia całej wspólnoty. Marzę o Kościele, w którym mogę być szczęśliwą, docenioną, dostrzeżoną i szanowaną kobietą. Marzę o takim Kościele dla wszystkich kobiet.

1 godzina temu
















