Michał Mikłaszewski: Krakowska kompromitacja neo-Konfederacji. Gdzie się podział antysystem?

tenetetraditiones.blogspot.com 5 dni temu

Pierwsza tura przedterminowych wyborów prezydenta Krakowa przyniosła wynik, który powinien skłonić dawnych wyborców Konfederacji do postawienia sobie zasadniczego pytania: co zostało z ugrupowania, które miało przeciwstawiać się politycznemu układowi, zamiast zapewniać mu kolejne głosy? Konfederacji Mentzena i Bosaka nie udało się choćby zarejestrować własnego kandydata, Bartosza Bocheńczaka, ponieważ nie zebrano wymaganej liczby ważnych podpisów poparcia. To organizacyjna kompromitacja formacji aspirującej do współrządzenia Polską, za którą odpowiadają jej działacze i kierownictwo. Według opublikowanych danych exit poll OGB aż 61,9% badanych deklarujących głosowanie na Konfederację w wyborach parlamentarnych w 2023 roku poparło 27 IX 2026 r. Łukasza Gibałę. Michał Klimek, kandydat Konfederacji Korony Polskiej, otrzymał w tej grupie 19%, Michał Drewnicki z PiS — 14,8%, a Monika Piątkowska i Aleksandra Owca po 2,1%. Niemal dwie trzecie dawnego elektoratu formacji występującej przeciw POPiS oddało więc głos na polityka z przeszłością w Platformie Obywatelskiej i Ruchu Palikota. Trudno o bardziej wymowny obraz ideowego bankructwa.

Trzeba przy tym pamiętać, iż badana grupa obejmowała wyborców wspólnej Konfederacji z 2023 roku, a więc również ludzi, którzy w tej chwili popierają Konfederację Korony Polskiej. Te 19% nie jest zatem wynikiem poparcia Klimka wśród samego dzisiejszego elektoratu Mentzena i Bosaka. Najprawdopodobniej było ono jeszcze niższe, skoro część głosujących na Klimka stanowili sympatycy Korony, pozostający wierni własnemu środowisku. Bez szczegółowego podziału nie wyliczymy dokładnego odsetka, ale samo zestawienie pokazuje skalę odejścia od deklarowanej alternatywy wobec dotychczasowego układu. Większość badanego elektoratu wybrała Gibałę, chociaż dostępny był kandydat reprezentujący nurt autentycznie ideowy, antysystemowy, wolnościowy, narodowy i katolicki.

Pierwsza tura: żadnego usprawiedliwienia „mniejszym złem”

Głosowanie na Gibałę już w pierwszej turze zasługuje na jednoznaczne potępienie polityczne. Był odpowiedni kandydat — Michał Klimek — a dostępne sondaże wyraźnie wskazywały na drugą turę. Ostatnie badanie OGB dla LoveKraków, przeprowadzone 23–24 września, dawało prowadzącemu Gibale 32,88%. Wcześniejszy sondaż tej pracowni wskazywał 39,17%. Żaden z tych wyników nie osiągał większości potrzebnej do zakończenia wyborów w pierwszej turze. Nie było więc podstaw, aby przedstawiać pominięcie Klimka i głosowanie na Gibałę jako konieczny ratunek przed natychmiastowym zwycięstwem kandydatki popieranej przez KO. Pierwsza tura była właśnie momentem na poparcie własnych zasad, wzmocnienie własnej reprezentacji i walkę o wprowadzenie jej do dalszej rywalizacji. Można było oddać głos na kandydata odpowiadającego deklarowanym przekonaniom, pozostawiając rozstrzygnięcie ewentualnego „mniejszego zła” na później. Tymczasem większość badanego elektoratu dawnej Konfederacji od razu zasiliła polityka wywodzącego się ze środowisk, którym rzekomo miała się przeciwstawiać. Był to dobrowolny wybór już na etapie, na którym Klimek pozostawał na karcie wyborczej. Cóż zostało z obietnicy przewrócenia stolika? Najwyraźniej wystarczy przesiąść się do innego miejsca przy tym samym stole i ogłosić to antysystemowym sukcesem. Tu nie ma żadnego usprawiedliwienia.

Nieudana rejestracja Bocheńczaka nie pozostawiała wyborców bez alternatywy. W wyborach uczestniczył kandydat Korony, a jego postulaty — sprzeciw wobec SCT, ograniczanie obciążeń podatkowych i kosztów funkcjonowania miasta — powinny przemawiać właśnie do ludzi deklarujących wolnościowe przekonania. Kierownictwo neo-Konfederacji powinno odpowiedzieć, dlaczego po własnej organizacyjnej porażce nie udzieliło mu poparcia. Skoro tak chętnie przedstawia swoją formację jako przeciwnika układu, należało oczekiwać konkretnych działań wzmacniających dostępną alternatywę. Antysystemowa retoryka, która kończy się przed podjęciem takiej decyzji, pozostaje pustą polityczną reklamą bez pokrycia.

Druga tura: „mniejsze zło” trzeba wykazać

W czerwcu zeszłego roku, w artykule „Wybory raz jeszcze — komentarz narodowo-katolicki”, broniłem taktycznego głosu na Karola Nawrockiego przeciw Rafałowi Trzaskowskiemu. Podtrzymuję zasadę, którą wówczas przedstawiłem. Głosowanie na niedoskonałego kandydata może być dopuszczalne, o ile służy powstrzymaniu rzeczywistego, poważniejszego zła. Nie oznacza automatycznej akceptacji całego programu, politycznego zaplecza ani wszystkich działań wybranego człowieka. W tamtych wyborach wskazywałem konkretną różnicę w sprawach fundamentalnych, która uzasadniała taki wybór.

Nie zamierzam jednak zamieniać tej zasady w wygodne rozgrzeszenie każdego politycznego oportunizmu. Mniejsze zło wymaga wskazania konkretnego większego zła, któremu oddanie głosu ma zapobiec. Hasło „byle nie kandydatka Tuska” samo w sobie niczego nie rozstrzyga. Nie wystarcza również zapewnienie, iż jej przeciwnik jest „bardziej niezależny”. Trzeba wykazać rzeczywistą różnicę w sprawach istotnych moralnie i politycznie: jakie poważne szkody jego zwycięstwo powstrzyma i na czym opiera się wiarygodność takiego oczekiwania. Przywoływani przeze mnie moraliści dopuszczają wprawdzie głos taktyczny choćby w rywalizacji dwóch niegodnych kandydatów, jeżeli istnieje proporcjonalnie poważna przyczyna. Nie nakazują jednak wynajdywania takiej przyczyny za wszelką cenę. Na obecnym etapie nie widzę dostatecznej podstawy, aby rekomendować Gibałę według kryteriów, którymi uzasadniałem zeszłoroczny wybór Nawrockiego. o ile istotnej różnicy w przewidywanych skutkach rządów nie można wykazać, odmowa poparcia obu kandydatur pozostaje konsekwentnym stanowiskiem. Nie oznacza powrotu do przekonania, iż każdy głos na mniejsze zło jest grzeszny. Oznacza odmowę używania tej zasady jako pustej etykiety, przyklejanej do wcześniej podjętej decyzji politycznej. W tym przypadku nie mamy bowiem żadnego „mniejszego zło” zła, obaj kandydaci są w zasadzie identyczni.

Gibała zadeklarował w rozmowie z RMF FM dokonywanie transkrypcji zagranicznych aktów małżeństw jednopłciowych. Przedstawił też wizję miasta neutralnego wobec religii, które nie powinno pomagać instytucjom religijnym. Uprzejmość wobec prawicowych wyborców nie czyni z niego obrońcy katolickiego ładu. Jego deklaracje trzeba oceniać według tej samej miary, którą stosujemy do kandydatów Platformy. Inaczej „mniejsze zło” staje się wymówką pozwalającą zaakceptować u jednego polityka to, co słusznie potępiamy u drugiego.

Wolnościowy szyld, przymus i straszenie wojną

Do obrazu obecnego kierunku neo-Konfederacji dochodzą niedawne wypowiedzi jej lidera. Sławomir Mentzen domaga się przywrócenia poboru do wojska oraz powszechnych szkoleń wojskowych dla dziewiętnastolatków, uzasadniając ten postulat rzekomym zagrożeniem ze strony rosyjskiej. We wpisie z 1 października stwierdził o młodych ludziach: „Nie zdążą uciec za granicę”. Dalej kreślił wizję zablokowanych dróg i przyszłych pokoleń zmuszonych do służby w armii rosyjskiej. Gdy przychodzi do uzasadnienia obowiązkowych szkoleń, wolnościowy szyld ustępuje miejsca przymusowi i straszeniu młodych ludzi rosyjską armią.

Obrona Ojczyzny jest sprawą poważna, sprawą wagi najwyższej. Tym bardziej nie wolno sprowadzać jej do emocjonalnego szantażu i przedstawiać rzekomej wojny z Rosją jako nieuchronnej przyszłości Polski. Sprzeciw wobec obowiązkowego poboru do wojska czy szkolenia nie oznacza sprzeciwu wobec budowania zdolności obronnych, szkolenia ochotników czy sprawnie zorganizowanych rezerw. Mentzen powinien wykazać konieczność proponowanego rozwiązania, zamiast przedstawiać jego przeciwników jako ludzi odbierających Polsce możliwość obrony. Od polityka występującego pod wolnościowym szyldem należy wymagać szczególnie mocnego uzasadnienia dla narzucania obywatelom kolejnego obowiązku. Straszenie zamkniętymi drogami ucieczki tego uzasadnienia nie zastępuje.

Polska powinna zdecydowanie sprzeciwiać się działaniom prowadzącym do rozszerzenia wojny — również nieodpowiedzialnym posunięciom państw NATO, które mogłyby sprowokować dalszą eskalację. Musimy także przeciwstawiać się wykorzystywaniu zagrożenia wojennego do ograniczania praw obywatelskich i odsuwania wyborów. Wiceminister Ireneusz Raś mówił już publicznie o możliwości nieprzeprowadzenia przyszłorocznego głosowania w związku z eskalacją rosyjskiej agresji. Takie wypowiedzi wymagają szczególnej czujności. Instytucje stanu nadzwyczajnego nie mogą służyć przedłużaniu władzy rządu Donalda Tuska.

Stan wojenny lub wyjątkowy wprowadzony choćby tylko we wschodnich województwach miałby konsekwencje dla terminu wyborów parlamentarnych w całym kraju. Nie jest jednak decyzją samego rządu: wprowadza go Prezydent RP na wniosek Rady Ministrów, przy spełnieniu konstytucyjnych przesłanek. Tym bardziej należy stanowczo odrzucić wszelkie próby używania tego mechanizmu jako politycznego wybiegu. Bezpieczeństwo państwa nie może być pretekstem do zabezpieczania interesów obecnej władzy przed oceną obywateli.

Popieramy wzmacnianie obronności i modernizację polskiej armii. Równocześnie podstawowym obowiązkiem władz pozostaje dyplomatyczne dążenie do normalizacji stosunków ze wszystkimi sąsiadami i zachowania pokoju. Silna armia powinna wspierać politykę chroniącą Polskę przed wojną. Bezpieczeństwa Ojczyzny nie buduje się przez nieustanne straszenie obywateli (m.in. kompromitującymi alertami RCB mylącymi lubelskie z lubuskim), ale przez odpowiedzialną obronę, samodzielną dyplomację i konsekwentne unikanie eskalacji. Polska za pokojem!

Kraków słyszał te ostrzeżenia już wcześniej

Szczególnie wymowna pozostaje sprawa śp. Stanisława Papieża, ponieważ dotyczy tego samego krakowskiego środowiska. W jednej z ostatnich publicznych wypowiedzi, opublikowanej na Tenete w 2023 roku, zarzucał Konradowi Berkowiczowi wykluczenie go z kandydowania w krakowskim okręgu oraz jednoosobowe decydowanie o składzie listy. Ostrzegał przed dominacją liberałów i osób podporządkowanych Nowej Nadziei, przypominając, iż Konfederacja miała reprezentować również antysystem narodowy i katolicki. Opisywał konkretne decyzje, przez które wspólne ugrupowanie przestawało zapewniać temu nurtowi należną reprezentację. Dzisiejszy wynik nie pojawił się w politycznej próżni.

Nie zaczęliśmy o tym pisać po porażce Klimka. Już w 2021 roku publikowaliśmy „Lewackie odchyły liberałów z Konfederacji”, wskazując rozbieżność między konserwatywnym wizerunkiem ugrupowania a światopoglądowymi stanowiskami części jego działaczy. W komentarzu redakcyjnym ostrzegaliśmy, iż utrzymywanie takiej sprzeczności będzie wymagało ideowych ustępstw. W marcu 2025 roku, w tekście „Ostateczna kompromitacja neo-Konfederacji”, powróciłem do tego problemu przy okazji konfliktu wokół usunięcia panów posłów Grzegorza Brauna i Włodzimierza Skalika oraz partyjnego kongresu. Krakowskie wybory dostarczają kolejnego przykładu skutków polityki, przed którą ostrzegaliśmy od lat.

Antysystemowości nie mierzy się liczbą efektownych filmików, zasięgami ani umiejętnością wygłaszania wolnościowych haseł. Sprawdza się ją w decyzjach, zwłaszcza wtedy, gdy trzeba poprzeć własne zasady kosztem politycznej wygody lub partyjnych interesów. W Krakowie własny kandydat neo-Konfederacji odpadł przed głosowaniem, kierownictwo nie poparło kandydata Korony, a większość badanego elektoratu dawnej Konfederacji wybrała Gibałę. W tych wyborach antysystemowa retoryka nie przełożyła się na poparcie dostępnej alternatywy. Zamiast odbierać głosy politykom dawnego układu, większość badanego elektoratu dawnej Konfederacji pomogła jednemu z nich wejść do drugiej tury. Za brak poparcia Michała Klimka odpowiada kierownictwo formacji, na czele ze Sławomirem Mentzenem i Krzysztofem Bosakiem. To oni firmują politykę ugrupowania, które miało odcinać POPiS od władzy, a coraz wyraźniej szuka dla siebie miejsca przy tym samym stoliku. Kolejnego przykładu dostarcza Zielona Góra: neo-Konfederacja wspólnie z PiS popiera w wyborach uzupełniających do Senatu Janusza Kubickiego, byłego działacza SdRP i SLD, mimo zapowiedzianego startu Tomasza Naruszewicza z Konfederacji Korony Polskiej. Tak wygląda ich „wywracanie stolika”: porozumienie z PiS i poparcie polityka z wieloletnią przeszłością w postkomunistycznej lewicy. Te decyzje pokazują, iż jedyną antysystemową partią w Sejmie pozostaje Konfederacja Korony Polskiej. Nie po to budowano alternatywę wobec POPiS, aby jej wyborców przyzwyczajać do głosowania na kolejne odmiany tego samego politycznego układu. Chyba iż neo-Konfederacja już uznała ten układ za swoje miejsce.

Michał Paweł Mikłaszewski

Materiały:

Idź do oryginalnego materiału