Nie znała hindi, a o Indiach wiedziała niewiele. Jednak dr Helena Pyz nie potrafiła odmówić Bogu. Zostawiła Polskę, by ratować ludzi wyrzuconych poza margines społeczeństwa. Kim jest lekarka, która po ponad 37 latach leczenia trądu i opieki nad kilkoma tysiącami dzieci odbiera na Zamku Królewskim wysokie odznaczenie?
Więcej artykułów o Kościele znajdziesz na stronie głównej: ewtn.pl
Photo credit: Archiwum Jeevodaya
Jeśli chcesz być na bieżąco zapraszamy do zapisania się do newslettera.
Helena wychowywała się w Warszawie, w domu żyjącym patriotyzmem. Choć rodzice w powojennym systemie stracili niemal wszystko, ojciec nigdy nie szedł na kompromisy z sumieniem – zamiast na pochody pierwszomajowe, chodził na pielgrzymki na Jasną Górę i nosił baldachim podczas procesji Bożego Ciała. To w takiej atmosferze wzrastała Helena.
3 maja 2026 roku, podczas uroczystości z okazji Święta 3 Maja na Zamku Królewskim w Warszawie, dr Helena Pyz została odznaczona przez Prezydenta RP Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski za wybitne zasługi w niesieniu pomocy drugiemu człowiekowi oraz wieloletnią działalność medyczną i misyjną.
Choroba
Gdy miała dziesięć lat, zachorowała na Heinego-Medina. To wirusowe porażenie dziecięce, które atakuje układ nerwowy, prowadząc do niedowładów i zaniku mięśni. – „Nie mogłam podnieść choćby kubka i czułam straszliwą bezsilność” – wspomina po latach. Choroba zostawiła ślad na całe życie: najpierw chodziła o kulach, dziś, aby się poruszać, potrzebuje wózka inwalidzkiego.
Choroba kształtowała w niej wytrwałość. Helena nauczyła się nie korzystać z żadnej taryfy ulgowej. Zafascynowana pracą lekarzy, którzy walczyli o jej sprawność, postanowiła, iż sama założy biały fartuch. Mimo porażenia prawej nogi, dzięki żmudnej rehabilitacji wróciła do szkoły i skończyła medycynę.
Świecka misjonarka
„Bóg nie był dla mnie oczywistością, raczej kimś, kogo uparcie szukałam na pątniczych szlakach i podczas nocnych adoracji, gdy w ciszy warszawskich kościołów kłóciłam się z Nim o sens mojego cierpienia” – wspomina. Dopiero ta intymna, czasem trudna relacja, pozwoliła jej usłyszeć cichy głos, który miał zmienić jej życie.
Miała 22 lata, gdy wstąpiła do Instytutu Prymasa Wyszyńskiego, bo chciała oddać życie Bogu, ale nie w zakonie. Członkinie Instytutu żyją w świecie i nie noszą habitów – w ten sposób docierają tam, gdzie nie dotrze ksiądz czy siostra zakonna.
Jako internistka w warszawskiej przychodni Helena miała już poukładane życie. Angażowała się w działalność „Solidarności”, m.in. kolportując podziemną prasę i książki katolickie.
Skok w nieznane
Jej życie zmieniło się pod wpływem… jednego zdania. Usłyszała je u znajomej. Ktoś z gości opowiadał o ośrodku dla chorych na trąd w Indiach.
„Pozostawi tysiące osób, chorych na trąd, bez opieki” – usłyszała. Chodziło o śmiertelnie chorego ks. Adama Wiśniewskiego, jedynego lekarza, założyciela ośrodka Jeevodaya w środkowych Indiach.
– Poczułam, jakby to było osobiste zaproszenie – mówi. Znając swoje ograniczenia nie wiedziałam, czy będę istotnie potrzebna i wystarczająco pomocna w tak innych warunkach. Ale to był imperatyw. A od kierownika duchowego usłyszałam: „Musisz być wierna sobie”.
Nie znała języka ani kraju, ale wiedziała jedno: tam może być bardziej potrzebna niż w warszawskiej przychodni. Gdy po dwóch latach formalności dotarła do Jeevodaya, ks. Adam już nie żył.
Początki były dramatyczne: ośrodek tonął w długach, brakowało pieniędzy na ryż, leki i prąd. Setki pacjentów zbiegały się na wieść o nowym lekarzu, a ona musiała uczyć się leczenia chorób tropikalnych na żywym organizmie.
„W Indiach trąd to wyrok wykluczenia – chorych uznaje się za „niedotykalnych”. Rodziny wyrzucają ich z wiosek, mężowie zostawiają żony” – mówi. Na początku pod opieką Heleny było ok. 200 mieszkańców. Przez lata rozbudowała ośrodek do kilkunastu domów, kościoła, szkoły i hosteli. Zaczęła przyjmować dzieci, bo kobiety z niższych kast umierały przy porodach, a rodziny nie miały jak wykarmić niemowląt.
Matka odrzuconych
Przez 30 lat dr Helena stała się dla mieszkańców kolonii trędowatych kimś więcej niż lekarzem. Stała się matką. „Dla mnie to byli po prostu bracia w Chrystusie” – wyjaśnia. Ratowała noworodki znalezione na drodze, jak Chhoti, której rodzina prawdopodobnie chciała się pozbyć, bo była dziewczynką. Wykarmiła niemowlęta ważące półtora kilograma, jak Savitri Sahu, która dziś jest piękną 27-letnią kobietą.
Pod opieką dr Heleny znajdują się dzieci, które w indyjskim systemie kastowym nie miałyby szans. Są to nie tylko najmłodsi dotknięci trądem, ale przede wszystkim zdrowe dzieci chorych rodziców, które z powodu stygmatyzacji rodziny są wyrzucane poza nawias społeczeństwa. Często trafiają tu niemowlęta skrajnie niedożywione, osierocone lub porzucone przez bliskich, którzy nie są w stanie ich utrzymać. w tej chwili w samym ośrodku przebywa około 300 osób, a dr Helena zapewnia im nie tylko opiekę medyczną i dach nad głową, ale przede wszystkim miłość i poczucie godności, których odmówił im świat. I to, czego brakowało najbardziej: edukację. Są 2 szkoły: z językami hindi i angielskim jako wykładowymi. To otwiera przed tymi ludźmi świat.
Choć sama od 2012 roku porusza się na wózku inwalidzkim, nie pyta Boga „dlaczego?”. – Cierpienie daje szansę innym, by mogli się o mnie zatroszczyć – uśmiecha się. Dziś Jeevodaya to tętniące życiem miasteczko, gdzie wykluczeni odnajdują godność.
Szkoła szansą na przyszłość
– W minionym roku szkolnym w internatach Jeevodaya mieszkało 126 dzieci, a do obu szkół uczęszczało ponad 1300 uczniów – wylicza dr Helena. – To jest ważne, bo utrzymanie obu placówek daje większe szanse na przyszłość naszym podopiecznym. Najważniejszym w nich jest sprawa integracji ze społeczeństwem, czego początku ja właśnie jestem świadkiem. Założyciele Jeevodaya tego nie dożyli.
Lekarka podkreśla, iż choć liczba chorych na trąd spada, osób na trwale stygmatyzowanych trądem jest bardzo dużo. Oni nie mają szansy na żadną pracę, leczenie, a ich dzieci na edukację. w tej chwili naszą największą bolączką są stałe remonty. Budynki są stare, a monsuny nieubłagalne. Internat chłopców wymaga generalnej odnowy. Każda, najdrobniejsza suma może poprawić naszą kondycję, a nie możemy przecież uszczuplać nakładów na wyżywienie czy naukę”.
Misja szczęścia
Dr Helena Pyz ma dziś 78 lat i czuje się szczęśliwa.
– jeżeli pójdzie się drogą, na którą Pan nas zaprasza, człowiek będzie uszczęśliwiać wszystkich wokół – kończy z przekonaniem. W utrzymaniu Jeevodaya kluczową rolę pełni Instytut Prymasa Wyszyńskiego, którego członkinie prowadzą Sekretariat Misyjny w Warszawie, organizując „Adopcję Serca” i zbiórki na leki.
– Wiem z własnego doświadczenia, iż dobro wraca. Więcej: wiele razy widziałam, iż obdarowujący znacznie więcej „zyskiwał” nic obdarowany… – podsumowuje dr Helena.
Dorota Niedźwiecka
Wesprzyj misję dr Heleny: Więcej informacji o „Adopcji Serca” i możliwościach wsparcia remontów znajdziesz na stronie ośrodka www.jeevodaya.org lub na FB Sekretariat Misyjny Jeevodaya
Instytut Prymasa Wyszyńskiego
Sekretariat Misyjny Jeevodaya
ul. Młodnicka 34
04-239 Warszawa
Konta bankowe:
złotówkowe
16 1020 1097 0000 7102 0004 8736
euro
74 1020 1097 0000 7302 0124 1082
SWIFT (BIC Code) BPKOPLPW

1 godzina temu


.webp)
.webp)








![Spalarnia odpadów coraz bliżej. Jest gwarancja finansowania dla inwestycji [WIDEO]](https://wlkp24.info/wp-content/uploads/2026/05/UMOWA-ELEKTROCIEPLOWNIA.webp)


